Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2026

Alcoholic Memorial Wall


Mój tata był alkoholikiem.

Na szczęście kompletnie niegroźnym. Po prostu lubił sobie dziabnąć, najlepiej w towarzystwie. Pod wpływem nie był obcesowy, chamski, czy agresywny. Jak już zatankował pod korek, szedł grzecznie lulu do łóżka.

Dziadek po kądzieli pił zawodowo, bo był gorzelnianym, dziadka po mieczu nie przypominam sobie z kieliszkiem czy kufelkiem, ale synowie, czyli mój ojciec i jego brat alkoholizowali się dość często i regularnie.

Z pustych butelek jakie po tatku zostały, wymurowałem trzy ściany. Białą, zieloną i brązową, a jeszcze sporo (chyba większa połowa) materiału została. 
Część "cegiełek" jest również moim udziałem. Od roku nie piję! Nie rzuciłem kompletnie, bo w tym czasie były trzy upojne epizody.
Nie starałem się budować jakoś specjalnie ładnie, ściany są krzywe (momentami nawet bardzo), butelki brudne, a część z nich popękana. 
Jaki nałóg, taki memoriał. 

piątek, 19 czerwca 2026

Efekt Fiony

Gdy rano wstawałem do pracy, Fiona przebudziła się i zeskakując z fotela, aby przenieść się do pokoju Kaśki zrzuciła kocyk, którym była przykryta, ten pociągnął za sobą pluszaka Sticha, który spadając wprawił w ruch psią piłeczkę, ta potoczyła się przez cały pokój wpadając na rolkę stretchu, a ona upadając przewróciła kartony, te z kolei wyprowadziły z równowagi dwie wieże ułożone z hachettowych kolekcji komiksowych Marvela oraz DC... Jak to wszystko upadło i hukło, to miałem wrażenie, że jednak nastąpiła katastrofa budowlana, zarywając podłogę od ciężaru tych wszystkich woluminów, a niebo (znaczy sufit) spadł sąsiadom na głowy. Klasyczny EFEKT MOTYLA, tylko że na poczet tego wpisu ociupinkę go ubarwiłem.

W mojej egzystencji właśnie następują zmiany, o czym wspominałem już wcześniej. Moją strategią życiową jest płynięcie z nurtem życia, choć jakieś ostatnie dwadzieścia lat to była raczej stagnacja w coraz bardziej zabagnionym bajorze... No i teraz mogę sobie pogdybać, kiedy nastąpił ten efemeryczny trzepot motylich skrzydełek, powodujący przerwanie tamy, a to akurat nastąpiło w dniu śmierci taty.
Może to było zaproszenie koleżanek na działkową imprezę, a gdy jej termin się zbliżał, u taty zdiagnozowano raka prostaty. Może parę lat wcześniej jak ojciec wylądował na świeckim SORze z krwawiącymi wrzodami żołądka. Może parę miesięcy później gdy spłonął jego holenderski domek, a osoba organizująca zbiórkę pieniędzy na jego odbudowę, przywłaszczyła całą zebraną sumę. Może to nastąpiło gdy poznałem ćpuna, alkoholika i seksoholika, który chwilę później trafił na zamknięty odwyk. Chyba, że to była chwila gdy oddziałowa wzięła mnie kiedyś na bok i oznajmiła, że zapisała mnie na specjalizację. Niewykluczone, że owym efektem było ponowne zaproszenie "kur" nad jezioro, aby opić wyleczenie ojcowego nowotworu, by parę tygodni przed balangą ten kipnął nagle i niespodziewanie. 

Ktoś mógłby się w tych wydarzeniach dopatrywać znaków-sraków, ja wolę powiedzieć jebło to jebło, na chuj drążyć, karawana jedzie dalej, a na horyzoncie majaczą nowe krajobrazy, które być może są szarymi mirażami, albo zbliżającą się Apokalipsą, skoro komiks o nim wylądował najdalej.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Już minął rok

To jest ostatnie zdjęcie taty jakie opublikował na facebook'u dwa dni przed swoją śmiercią. Jedną nogą stoi w Belgii, a drugą w Holandii.

Ten rok minął bardzo szybko i dość sporo wydarzyło się w tym czasie. Nie ma już kotki Agaty, Fiona i Shrek nauczyli się sporo ogłady przez ten czas, a "królowa" to nawet sama zaczęła spontanicznie wchodzić do wody!!! Co prawda robiliśmy to stopniowo, gdy rzucałem jej patyk coraz dalej od brzegu. W tym czasie jej syn patrzył na to z pogardą, w bezpiecznej odległości około 50 metrów od jeziora. Na początku roku dostałem wypowiedzenie najmu lokum w Fordonie, po dwudziestu latach mieszkania w tym miejscu. Zatem siłą rzeczy muszę zintensyfikować prace wykończeniowe domku po tacie, żeby z końcem roku zamieszkać tu na stałe. Niedawno skończyłem edukować się na specjalizacji pielęgniarskiej i teraz czeka mnie tylko jesienny egzamin państwowy. Rozważam zmianę pracy, skoro ostatnia rzecz (mieszkanie) jaka mnie trzymała w Juraszu właśnie się kończy.

Zatem wszystko wskazuje, że na półwiecze życia czekają mnie spore zmiany... Pożyjemy... Zobaczymy...

czwartek, 29 stycznia 2026

Domowi pupile

W moim życiu pojawiały się różne zwierzaki. Na początku były rybki, ale pamiętam je jak przez mgłę, bo byłem bardzo mały.

Następnie pojawił się pies, którego wspólnie z bratem i tatą wybraliśmy z całego miotu szczeniaków. Przygarnęliśmy akurat jego, bo miał na czole brązowe jajko. Na samym początku zafundowaliśmy mu istną karuzelę z imieniem, gdyż najpierw otrzymał Maksiu i jak już się do niego przyzwyczaił, to ojcu się odwidziało i zaczął do niego wołać Dolar i tak zostało, ale żeby nie było tak łatwo, to zdrobnienie od niego jest... Cent... tego już nie dał rady ogarnąć. Dolar był kundelkiem schodowo-domowym, czyli zazwyczaj miał swój kojec przed drzwiami mieszkania na klatce schodowej, a sporadycznie mógł przychodzić do mieszkania. Pieskiem był stadnym i terytorialnym, zatem dla swoich był milusi, natomiast obcych obszczekiwał, a nawet kąsał po łydkach, z tego powodu koledzy przychodzący do mnie w odwiedziny, musieli popisać się dość akrobatycznymi umiejętnościami. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zatem na półpiętrze (do tego miejsca Dolar wyznaczył swój areał) wdrapywali się na poręcz i albo wdrapywali się po niej, żeby ich bestia nie dosięgnęła, albo kijkiem sięgali do dzwonka. Do tego ganiał wszelkie zwierzaki i zdarzyło mu się zagryźć kilka kur, uwielbiał gonić wszelakie pojazdy, jednak pewnego razu przeszarżował i wpadł pod koło traktora. Na szczęście skończyło się na poturbowaniu prawej tylnej łapy, zatem od tego czasu sprawnie biegał na trzech, a ta była chroma. Kochałem go mocno!!! Niestety pewnego razu jeden z sąsiedzkich dzieciaków go szczuł, więc ten go ugryzł, zrobiła się chryja i Dolar został uśpiony. Ten dzień utkwił mi w pamięci na zawsze! Uważałem, że nasz kundelek został potraktowany niesprawiedliwie! Owszem! Był nadreaktywny, bo po prostu nikt go niczego nie nauczył (takie beztroskie czasy). Został ewidentnie sprowokowany przez gówniaka, a rany jako takiej nie było, tylko ślad po zębach. Gdy tato go zabrał, łudziłem się że po prostu gdzieś go wywiózł i nigdy nie pogodziłem się z jego uśpieniem. Nawet nie wiem gdzie został pochowany.

Kolejna była chomiczka, której imienia nie pamiętam, ani nie mam żadnego zdjęcia. Mieszkała w akwarium przykrytym grubą sklejką, na której położony był cylider silnikowy, a to i tak nie powstrzymywało jej przed namiętnym uciekaniem. Kiedyś podpatrzyłem jak to robi. Wchodziła na dach swojego domku i wspinając się dosłownie na palce, milimetr po milimetrze przesuwała pyszczkiem tą ciężką konstrukcję, aż szpara stawała się na tyle szeroka, że mogła przez nią się przecisnąć, podciągając się wcześniej na przednich łapkach. Na szczęście nie robiła na gigancie żadnych szkód, tylko chowała się zawsze w to samo miejsce. Robiła sobie gniazdko w wacie szklanej izolującej kuchenkę gazową... Chyba nie było to zbyt zdrowe, bo po kilku latach zdechła. Była zima, ziemia zmrożona, więc ukryłem jej ciało w stercie gałęzi, pod płotem po pałacowego parku. Jak przyszła wiosna i chciałem ją godniej pochować, z przyczyn oczywistych nie znalazłem trupa.

Po jej śmierci płakałem tak mocno, że babcia Irena będąca akurat u nas w gościnie, dała mi pieniądze na kolejnego pupila. Tym razem podszedłem do tematu bardzo świadomie oraz racjonalnie. Przewertowałem masę różnych hodowlanych przewodników, rozważając różne gatunki zwierząt, aż padło na papużki nierozłączki. Po pierwsze dlatego, że są ładne. Po drugie nie wymagają jakiejś nadmiernej opieki, więc jak mają pełny karmnik i poidełko, to mogą tak sobie funkcjonować bez opiekuna prze kilka ładnych dni. Po trzecie trzymając je w parach, tym bardziej nie potrzebny im jakoś specjalnie ludzki partner, bo zajmują się same sobą. Po czwarte wziąłem też pod uwagę średnią życia zwierzaków, no i nauka wskazywała, że akurat te papugi żyją około 8 lat, czyli akurat skończę podstawówkę i szkołę średnią, a jak pójdę na studia, to nie będę musiał kombinować nad ich opieką. W ten oto sposób do białej klatki trafiła parka - Punia i Zipo. Życie zweryfikowało te ambitne plany. Dość szybko, w przeciągu kilku tygodni Zipo zadziobał Punię, którą pochowałem na RODos obok ławeczki. Myślałem, że ten morderca dość szybko kipnie bez drugiej połówki, a ten zamiast ośmiu książkowych lat, przekroczył termin przydatności do życia o następne 10 lat!!! Zatem wyprowadzając się po studiach i okresie nieróbstwa do Bydgoszczy za pracą, musiałem ją zabrać ze sobą do wielkiego miasta. Wstyd się przyznać, bo już dawno straciłem do niej cierpliwość i pragnąłem jej rychłego odejścia w zaświaty, wystawiając ją na niekorzystne warunki atmosferyczne jak np. przeciąg w mieszkaniu, ale to chyba ją jeszcze bardziej uodparniało. Jej zgon ze starości przyjąłem z ulgą, a truchło pochowałem pod wielkim dębem, rosnącym na daczy nad jeziorem, dając początek rodzinnemu "pet sematary". Po jej odejściu stwierdziłem, że raczej wyrosłem z posiadania zwierząt, bo będąc już ukształtowanym wolnościowcem i opiekując się wcześniej różnymi zwierzętami, wiedziałem ile czasu, energii oraz obowiązków wiąże się z byciem opiekunem.

Gdy w rodzinnym mieszkaniu radośnie ćwierkały ptaki, do pracy mojego taty przybłąkał się kot, któremu nadał imię Wiktor i dopiero jak zajrzałem mu pod ogon, zwyrokowałem że to ona, więc została przechrzczona na Wiktorię. Tak jak piesek był pupilem domowo-klatkowym, tak kotka stała się zwierzakiem domowo-piwnicznym, czyli nocowała w piwnicy, a na dzień mogła być w domu. Miała piękne "czeczotowate" umaszczenie i w każdym mocie kociąt (a było ich klika) trafiał się przynajmniej jeden rudzielec. Formalnie nie byłem jej opiekunem, ale bardzo się do niej przywiązałem. Również żyła ponad kocią średnią, a gdy musiała zostać uśpiona, bo zupełnie straciła władzę w tylnych łapach, trzymałem ją do ostatniego tchnienia. Ona jako druga trafiła pod cmentarne drzewo.
Tutaj opowieść o zwierzakach mogłaby dobiec końca, ale nieznane są wyroki boskie. Kiedy tato postanowił zostać pustelnikiem nad jeziorem, sprawił tam sobie istny zwierzyniec. Najpierw przybłąkała się do niego szara kotka Agatka, potem z delegacji przywiózł suczkę Fionę, a te się rozmnożyły. Pierwsze mioty zostały rozdane, a z drugich miotów od kocicy zostały dwa białe kocury:  Leon i Lord, natomiast psią sforę zasiliły Żabka i Shrek.
Pierwszy wykruszył się Leon, zostając uznanym za zaginiętego w akcji, a po nim Lord, z czym wiąże się śmieszno-straszna opowieść. Na początku 2021 roku tato oznajmił, że Lordzik również zaginął. Przyszła wiosna pod koniec której, rodziciel musiał nagle trafić do szpitala, bo mu "wrzód pękł na żołądku", a że miał akurat gości, to postanowiliśmy pod jego nieobecność wysprzątać mu chawirę, bo mówiąc kolokwialnie tytanem czystości tatko nie był. W pewnym momencie z sypialni dobiegł krzyk Andżeliki, gdyż odnalazła ona na wpół rozkładającego się kociego trupa pod łóżkiem. Już wcześniej w domku coś mi śmierdziało, ale z powodu tego wszechobecnego syfu pomyślałem, że to psy naznosiły sobie jakieś stare kości z lasu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił z tej okazji żartu tacie. Zadzwoniłem do niego radośnie oznajmiając, że Lordzik się znalazł, a gdy ten się ucieszył odpowiedziałem, że przez pół roku wiernie leżał pod jego łóżkiem. Pochowałem go w lesie i w sumie dopiero teraz zacząłem się zastanawiać dlaczego nie pod dębem. Pewnie dlatego, że z synami Agaty znaliśmy się tylko z widzenia i nawet nie były specjalnie tulaśne, więc nie miałem do nich żadnych głębszych uczuć, a poza tym ten pochówek gdzie indziej, wpisuje się w casus jego zaginionego brata.
Psiaki choć na pierwszy rzut oka podobne, to każde z nich inne fizycznie i charakterologicznie. Fiona jako przewodniczka stada faktycznie rządzi: pierwsza do jedzenia, pierwsza do brojenia i typowy pies ogrodnika, czyli sama z czegoś nie skorzystam, ale innemu też nie dam, a do tego z obsesją na punkcie piłeczek oraz kopania dziur w ziemi. Myślę, że jest po części autystyczna z ADHD, bo jest wulkanem energii, ale piłkę daje tylko wtedy jak ona chce, a niedajborze jej zabierzesz, to zapamięta i już nigdy nie da. Tak samo jest z pieszczotami, które odbywają się tylko na jej zasadach, bo z jednej strony jest bardzo płochliwa, a z drugiej to bestia o sarnich oczach, nienawidząca innych psów i pierwsza rzucająca się do niesprowokowanego ataku, nawet na dużo większe osobniki. Shrek to takie duże dziecko. Niby głupiutki, ale szybko się uczy podglądając innych. Cholernie zazdrosny o pieszczoty i zawsze się wpycha pod rękę, choć głaskany i miziany jest inny zwierz. Wychowany razem z kotami, podpatrzył u nich, że mruczą jak jest im przyjemnie i na swój sposób też potrafi mruczeć podczas głaskania. Inną podejrzaną u innych sztuczką, że za "buziaki" oraz lizanie też można zarobić głaskanie i widać, że ewidentnie go to brzydzi i całuje na odpierdol, to wie że działa. Żabcia najmniejsza, ostatnia w szeregu i moim zdaniem najsprytniejsza, a przy tym największy pieszczoch z całej trójki. Najlepiej jakby ją non stop głaskać i trzymać na kolanach, gdzie spała jak kot. Niestety zginęła jak tacie spłonął domek. Przez długi czas liczyliśmy, że uciekła z domu z resztą zwierząt i zgubiła się w panice gdzieś w lesie, niestety sprzątając pogorzelisko odnalazłem jej niespalone ciało pod stertą nadpalonych ubrań, w miejscu gdzie stała szafa. Ze strachu zamiast uciec, schowała się w szafie i tam się zaczadziła, bo wyglądała jakby spała. Ona jako trzecia spoczęła na zwierzęcym cmentarzyku.
Po śmierci taty postanowiłem przygarnąć Agatę, Fionę i Shreka, choć mógłbym je przekazać komu innemu lub ostatecznie uśpić, ale nie potrafiłem tego zrobić. Agata już wiosną zachorowała, a mianowicie jej odbyt zaczął przypominać krwistego kalafiora. Początkowo próbowaliśmy to leczyć na różne sposoby, ale od razu z weterynarzem tato ustalił, że nie będą dokładać wiekowej już kocicy dodatkowych cierpień zabiegiem operacyjnym, którego skuteczność była nieprzewidywalna. Liczyłem, że choroba dość szybko ją dobije, natomiast ona znikała powoli (raz było lepiej, raz gorzej). Agata stała się dla mnie chodzącym wyrzutem sumienia!!! Z jednej strony patrzenie na to jak ją choroba wyniszcza było dobijające, a z drugiej strony nie miałem odwagi, żeby zakończyć ten stan. Do momentu choroby była moim ulubionym zwierzakiem, niezwykle mądrym, bardzo łownym i żywotnym kotem, a później ze wstydem przyznaję, że zaczęła mnie brzydzić i denerwować. Przymierzałem się kilka razy do jej uśpienia, jednak ten moment nadszedł dopiero parę dni temu (26I26). Od ponad tygodnia przestała oddawać stolec (prawdopodobnie się zniedrożniła), jadła coraz mniej i mocno wychudła, a w ostatnie dni głównie spała, choć nadal cudownie mruczała podczas głaskania. Samodzielnie ją uśpiłem za pomocą leków przyniesionych z pracy. Zasnęła spokojnie...
Zostałem z dwoma psami. Od lata uczyłem je różnych rzeczy, bo z tatą żyły zupełnie beztrosko i żadnych zasad, ale żebym mógł się nimi zająć musiały ogarnąć chodzenie na smyczy czy jakieś proste komendy. Nie było łatwo, szczególnie z Fioną, ale idziemy do przodu i wbrew obawom bezproblemowo odnalazły się w miejskiej dżungli.

sobota, 24 stycznia 2026

Memories summoner

Wczoraj była rocznica urodzin mojego taty. Korzystając z pobytu na wieśce, podjechałem w jego rodzinne strony, żeby odwiedzić bliskie mu miejsca, w których pewnie spędzał mnóstwo czasu i miał stamtąd bez liku doświadczeń oraz wspomnień. 

Dom rodzinny w Czersku Świeckim wybudował mój dziadek z gliny i słomy. Rozbudował i zmodernizował go mój wujek, który zmarł ponad 3 lata temu i od tego czasu stoi pusty. 
Niedaleko na "Pustkowiu" niszczeje dom tatowego wujka i jeszcze kilka lat minie, aż zupełnie popadnie w ruinę.
Po gospodarstwie cioci Trudy zostało kilka wiekowych drzew owocowych i rozłożysty świerk, który posadzono obok domu.
Podczas tej nostalgicznej podróży znowu naszła mnie myśl, jaki sens ma ludzka chęć posiadania? Miejsca, które wcześniej tętniły życiem wielodzietnych rodzin, gdzie każdy miał jakieś marzenia, cele, troski, ulubione rzeczy, pamiątki, dzisiaj rozpadają się w proch.
W serii komiksów o przygodach Lanfeusta z Troy, w jednej z krain żyli bogowie. Niektórzy niezwykle potężni, inni po prostu dziwni, a ich moc zależała od ... ludzi w nich wierzących. Umieszczona jest tam niezwykle wzruszająca scena, podczas której jeden z nich znika, bo właśnie umarła ostatnia osoba w niego wierzącą.
Z ludźmi jest jeszcze bardziej prozaicznie i cokolwiek znaczymy za życia, a po naszej śmierci pozostaje tylko gromadzony przez nas majątek, o który szarpią się nasi spadkobiercy, garść przedmiotów które dla nas były cenne, a dla innych to zwykłe kurzołapy, bo przecież mają SWOJE SSSSSKARBY, a te po kimś można ewentualnie spieniężyć, rozdać, wyrzucić lub zniszczyć. 
Jednostki to mały pikuś, skoro w proch sypią się całe cywilizacje albo w niepamięć odchodzą wierzenia jak chociażby słowiański panteon, który z braku pisemnego dziedzictwa jest teraz zaledwie marną rekonstrukcją.
Lubię urbex!!! Wchodzić w opuszczone przestrzenie, śmierdzące stęchlizną, gdzie kiedyś żyli czy pracowali ludzie. Lubię gromadzić artefakty i przydasie! W każdym przedmiocie jest wspomnienie lub wyobrażenie o KIMŚ kiedyś dla kogoś ważnym!

czwartek, 1 stycznia 2026

Pamiętny rok i plany na przyszłość

2025 będzie z tych przełomowych, które zapadają w pamięć!!! Ponarzekałem sobie na niego wcześniej, więc teraz pozostaje mi go jedynie bilansowo podsumować, jak to zrobiłem rok temu.

Niestety nie dobiłem do czterech tysięcy kilometrów przejechanych rowerem, choć i tak wynik 3552,7 km plasuje go na drugiej pozycji liczonych od pandemicznego roku. W sumie nie wiem czy jest sens jeszcze to zliczać, bo przerzuciłem się na elektryka, więc jest zdecydowanie lżej, choć staram się jeździć na minimalnym wspomaganiu, a większe włączać pod górkę czy wiatr.

W kinie tym razem byłem trochę mniej razy, bo "tylko" 117. Standardowa dwunastka najlepszych filmów wg kolejności oglądania: Sonic 3, Better Man, Flow, Dog Man, Nosferatu, Mickey 17, Bezcenny pakunek, Ostatnie podróż, Brzydka siostra, Fantastyczna Czwórka, Predator. Większość to animacje, filmy fantastyczne oraz s-f, a największym zaskoczeniem, bo nie dość że poszedłem na niego bez żadnych oczekiwań, raz przełożyłem seans, a fabuła podczas oglądania była bardzo intrygująca to Ostatni wiking.

W ograniczaniu komiksowego nałogu, udało mi się zejść do limitu zakładanego w zeszłym roku, zatem w porównaniu z 2024 wydawałem 500 złotych miesięcznie mniej, a na ten rok będę starał się zejść o kolejną pięćsetkę. Jako komplecista skupię się tylko na tych seriach, które rozpocząłem nabywać, a w nowe wchodzić bardzo świadomie i tak samo z pojedynczymi albumami. Mikrodawkowanie, jak ten odwyk nazwała Kaśka, poskutkowało tym że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, nie musiałem się bez przerwy zapożyczać oraz nie żałować na inne rzeczy, które do tej pory sobie odpuszczałem. Zresztą spora część tej nadwyżki, idzie teraz na zwierzyniec oraz eksploatację auta, które zakupiłem na spółkę z mamą.

Prowadzenie od ponad 10 lat rachunkowości, pozwala wychwycić różne tendencje w wydatkach, jak i zaplanować łatanie budżetu. Z takich ciekawszych obserwacji, o 40 zł spadły mi miesięczne wydatki na alkohol, bo od lipca praktycznie nie piję, po części dlatego żeby wspierać w abstynencji Kamila, chociaż bardziej z powodu przyjmowanych (znowu) antydepresantów. Zresztą na zdrowie wydawałem 1500 złotych więcej, ale głównie z powodu zaniedbanego zęba, który trzeba było wyleczyć kanałowo. Ciut mniej wydałem na szeroko pojętą kulturę, ale to raczej nie dziwi z braku na nią czasu. Ponad 100% podskoczyły mi dojazdy na wieśkę (pociągiem i autem), jednak to również nie jest zaskoczeniem, skoro aktualnie żyję na dwa domy. Dobrze, że Kaśka oficjalnie zamieszkała w Fordonie, współdzieląc czynsz oraz opiekując się teraz (w okresie zimowym) zwierzakami.

Sprawy po tacie w większości zostały wyprostowane i w sumie tylko jedna kwestia spędza mi sen z powiek, ale na chwilę obecną jest nie do rozwiązania, więc muszę się z nią po prostu oswoić i próbować znaleźć jakieś wyjście z patowej sytuacji. Prace jako takie ograniczone były do porządkowania i utylizacji "pamiątek" po Heńku, w czym ogromnie pomaga mi Kamil, bo głównie z powodów sentymentalnych nie byłem na siłach, żeby zrobić to samemu. W tym roku chciałbym dokończyć wykończeniówkę domu (ostatecznie zaizolować całość, mieć źródło wody, zrobić łazienkę). Jak starczy sił oraz finansów, to przygotować miejsce na komiksową kolekcję oraz ogródek, a sauna pozostaje jeszcze w sferze marzeń. Dopiero wtedy można zdecydować się na sprowadzenie się tutaj na stałe.

W pracy totalnie bez zmian, a specka nudna jak flaki z olejem i zwykłe zawracanie dupy. Jeszcze tylko pół roku praktyk na różnych oddziałach i jesienią egzamin.

czwartek, 25 grudnia 2025

Pała na wysokości, a po chuj na Ziemi

Nie lubię Świąt i całej tej dłuuugiej otoczki, zaczynającej się zaraz po Zaduszkach!!!

Ludzie opętani manią zakupów prezentowych, wybieraniem choinek, gotowaniem, pieczeniem i porządkami, a na dodatek zazwyczaj zgniła pogoda i dzionek krótki jak mój siusiak po morsowaniu.

Nie zawsze tak było. Pamiętam zimy wyglądające jak na ślicznym obrazku lub w hollywoodzkim filmie. Gdy napadało śniegu przynajmniej po kolana, to utrzymywał się on do marca, bo mróz trzaskał i nie odpuszczał po kilku dniach. Lepiło się bałwany, jeździło na sankach lub łyżwach, były śnieżkowe bitwy, zapasy w zaspach i kuligi. 

Okres adwentu był czasem oczekiwania i wieczorową porą szło się z samodzielnie wykonanymi lampionami do kościoła na roraty. Dopiero kilka dni przed wigilią w domu zaczynało pachnieć świętami - żywym świerkiem przyniesionym z lasu, pomarańczami, pieczonymi piernikami i gotowanym bigosem. Jeszcze tylko strojenie choinki, wypatrywanie pierwszej gwiazdki na niebie, rodzinna wieczerza, śpiewanie kolęd, wizyta Gwiazdora, nocna pasterka, w pierwsze święto odwiedziny u rodziny, a w drugie spacery po okolicy.

Im bardziej w dorosłość, tym mniej magii. Będąc już na swoim, znaczy wynajmowanym, nigdy nie miałem bożonarodzeniowego drzewka, ani nawet namiastki. Dopiero jakieś dwa lata temu stwierdziłem że czas najwyższy, a że od dłuższego czasu bolało mnie serduszko na widok dogorywających na śmietnikach iglastych trucheł, postanowiłem jednego zombiaka przygarnąć pod swój dach, tylko przegapiłem moment adopcji.

Podzieliłem się tym oryginalnym pomysłem koleżankom w pracy i w zeszłym roku jedna z nich zostawiła po świętach swoją jodełkę dla mnie, którą w połowie grudnia przywiozłem na wieśkę i postawiłem na tarasie. Najpierw ustroiłem ją gałązkami z owocami dzikiej róży, a czubek udekorowałem jemiołą, czyli magiczną rośliną Celtów, żyjącą w zawieszeniu pomiędzy niebem, a ziemią. Na to przyszły 52 łańcuchy z kolorowej krepy, 12 wełnianych pomponów i 4 kwiaty z papieru.

W domu między salonem, a kuchnią zawiesiłem również spory jemiołowy wiecheć, robiący za podłaźniczkę, przy oknie stanęło kolejne "magiczne" drzewko zmontowane z jesionowej gałęzi, czyli nordyckiego Yggdrasila oraz przywiązanych gałązek jemioły, a na oknie aztecka poinsencja. Jeszcze tylko nasrać na środku i będzie komplet!!!

To nie jest tak, że kompletnie zgrinchowałem, bo nie przepadam po prostu za świąteczną atmosferą, ale lubię elementy związane z tym okresem. Świąteczne swetry, szczególnie te najbardziej obciachowe, zimowe piosenki popowe, makowiec mojej mamy, no i te rzadkie już momenty prawdziwej, mroźnej, śnieżnej zimy.
Mikołaj w tym roku tradycyjnie ofelionował.

sobota, 6 grudnia 2025

Maxmodels is dead

foto Wojciech Szuster
Dobiega końca pewna epoka w środowisku polskiej fotografii, a mianowicie portal MAXMODELS zostaje zamknięty. Moja przygoda z modelingiem zaczęła się trochę z przypadku i dla beki, o czym rozpisywałem się tutaj, a platforma ta stała się jednym z kroków milowych w budowaniu portfolio oraz kariery. Pierwsze zdjęcie opublikowałem tam 16.06.2014 roku i był to plażowy portret wykonany przez Ryśka Łucyszyna, otwierający również ten wpis.
Opublikowałem tam 316 zdjęć, mój profil został skomentowany 336 razy oraz otrzymałem 118 referencji. Ta ostatnia rzecz była niezwykle pomocna w szukaniu kolejnych współtwórców, bo w łatwy sposób weryfikowała daną osobę. Owszem, często te miłe opisy były dawane na wyrost, jednak pisały je realne osoby, a nie sztuczne boty. 
W rankingu modeli zajmowałem tam zaszczytne drugie miejsce, natomiast w rankingu wszystkich profili, czyli modelek, fotografów, fryzjerów, wizażystów, stylistów, projektantów i retuszerów,  znalazłem się na końcu 9 strony będąc na 187 miejscu, co dobitnie pokazuje pozycję modeli w tym środowisku.Być może byłbym wyżej, ale zacząłem coraz mniej tam się udzielać, a ostatnie zdjęcie opublikowałem 12.02.2020. Po prostu z czasem nie dość, że wypaliłem się twórczo, oficjalnie przechodząc na fotoziutkową emeryturę w 2018 roku, to jeszcze uwierało mnie niezbyt klarowne podejściu adminów Maxmodels do prezentacji nagości, o czym napisałem tutaj.

Maxmodels w dobie samokreacji oraz promocji na instagramie, tiktoku czy onlyfansie stracił rację bytu. Zresztą od dłuższego czasu jakość publikowanych tam prac szorowała po dnie, zbliżając ten portal do tych randkowych z samojebkami. Trochę szkoda, że sporo linkowanych stąd profili będzie teraz trafiało w próżnię. Z drugiej strony, w pewien sposób odblokują mi się zdjęcia do ponownego opublikowania, bo ogólnie nie przepadam za śmieceniem, również w wirtualnym świecie, a pokazywanie tych samych materiałów w różnych miejscach uważam za przejaw syfiarstwa. Osobiście nie ubolewam, że zdechł, choć to kawał fotograficznej historii mojej, jak i środowiskowej. 
Śpij słodko aniołku!!!

piątek, 31 października 2025

Co tam u piesków, czyli jak prawie oddałem tacie nerkę

03.04.2024.
Przełom października i listopada to nostalgiczny czas wspomnień i zadumy, a w tym roku dla mnie wyjątkowy po stracie jednego z rodziców. Na poczet tego wpisu przejrzałem galerię zdjęć w telefonie, w poszukiwaniu ostatniej fotografii  ojca. Z lekkim niedowierzaniem znalazłem ją dopiero na początku zeszłorocznego lata, czyli rok przed jego śmiercią. Namówiłem wtedy rodziców, żeby zjeść wspólny obiad nad jeziorem, gdzie wiosną zrobiłem plażę z prawdziwego zdarzenia, czyli wykarczowałem trzcinę, wykopałem niewielką zatoczkę, w miejsce starego pomostu usypałem ziemną groblę, a całość obsiałem trawą. W tak pięknych okolicznościach przyrody zasiedliśmy przy niewielkim, metalowym stoliku ogrodowym. Porobiłem kilka fotek i żeby zaprezentować je wszystkim zainteresowanym, czyli naszej niewielkiej rodzinie, założyłem grupę na messengerze.
30.06.2024.
Gdy zawoziłem tatę na dworzec kolejowy w Laskowicach, skąd jechał pociągiem do Poznania, a z kolei stamtąd poleciał do Brukseli, nawet przez myśl mi nie przeszło, że widzę go ostatni raz. Wychodząc z auta poprosił mnie, żebym pożyczył mu saszetkę na dokumenty i inne pierdoły, zwaną potocznie nerką. Z racji tego, że zostawałem na wieśce opiekować się zwierzakami, oddałem mu ją chętnie, ale niestety Chudy Heniek nie zdołał się w nią zapiąć, bo roztył się z wiekiem. Będąc już w Belgii, cisnął mojego brata na oglądanie jak największej ilości atrakcji, bo zawsze był głodny wrażeń w nowym miejscu. Dzień przed powrotem do kraju zmarł nagle. Jeszcze wieczorem odgrażał się, że nie ma długiego leżakowania, bo zwiedzać, oglądać, poznawać, a gdy nie wstał na śniadanie, znaleźli go martwego, klęczącego przy krześle. Z zagranicy wrócił spopielony w urnie, spontanicznie zwiedzając w koszyku jakiś dyskont spożywczy, bo brachol zeschizował, że mogą z parkingu ukraść auto z nim w środku.
17.06.2025.
Lato zleciało jak z bicza strzelił i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że w ferworze walki na kilku frontach przegapiłem żałobę, chociaż te wszystkie etapy przeżywam i nie dotarłem jeszcze do ostatniego, czyli akceptacji. W Albertówce, która formalnie już jest moja, czuję się jak kustosz muzeum, ogarniając sprawy urzędowe, prostując różne kwestie po tatku, opiekując się psami i kotką. Nie potrafię cieszyć się tym miejscem tak jak dawniej. Porządkując jego dobytek, ciągle zastanawiam się co wyrzucić, zostawić, zniszczyć, schować, przekazać, starając się jak najmniej naruszyć zastaną tkankę. Nieekologicznych stosów całopalnych było pięć, tyle samo pełnych pojemników na odpady zmieszane, ogromna kolekcja czasopism lotniczych, modelarskich i militarnych pojechała na drugi koniec kraju, niezłożone modele prawie sprzedane, zapasów żywnościowych (mrożonki, suszonki, zaprawy) jeszcze nie przejadłem, za pokaźny księgozbiór ciągle się zabieram, fotografie wstępnie posegregowałem, a park narzędziowo-maszynowy na szczęście ogarnął Kamil, załatwiając trzy pokaźne regały magazynowe. Na przyszły rok zostało wykończenie domu (dokończenie ocieplenia elewacji, doprowadzenie wody, zrobienie łazienki, magazynu na komiksy i warsztatu, założenie ogródka) i dopiero wtedy można pomyśleć o sprowadzeniu się na swoje.
31.10.2025.
Z kimkolwiek teraz bym nie rozmawiał, to prędzej czy później pada sakramentalne pytanie - Co tam u piesków? Chuj tam ze mną!!! Liczą się te jebane kundle, na widok których każdy wpada w zachwyt, bo takie śliczne, łagodne i pogodne. W sumie to prawda. Nigdy nie widziałem, żeby na kogoś chociażby zęby wyszczerzyły, nie licząc radosnego obszczekiwania na powitanie. Praktycznie zawsze były z tatą, więc nie dziwota, że ludzie interesują się ich losem, który niewiele się zmienił. Gdy ojciec gdzieś wyjeżdżał, to przejmowałem rolę ich opiekuna na te 3-5 dni i były wtedy trochę mniej beztroskie, czekając na powrót swojego Pana oraz auta, żeby znowu pojeździć po okolicy. Po jego śmierci było tak samo, ale gdzieś tak po 10 dniach od jego niebytu, stały się totalnie apatyczne, nie opuszczając łóżka w którym spał. Teraz już jest OK. Staram się przyjeżdżać na wieśkę jak najczęściej, a doraźnie zagląda do nich sąsiadka, mama lub Kamil. Skończyła się wieczna laba, a zaczęła nauka. Na początek chodzenie na smyczy. Wszyscy mówili, że dorosłe psy nie ogarną tematu i faktycznie był dramat (wyrywanie, szarpanie, leżenie plackiem), ale po dwóch tygodniach załapały. Komenda "Zostań" to niestety do tej pory w ich wykonaniu jest zabawa w "Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!". Na komendę "Dom" gdzie miały iść grzecznie do domu, udawały że nie słyszą, albo spierdalały do lasu. Dopiero niedawno nauczyłem je zostawać w domu gdy gdziekolwiek wyjeżdżam, bo wcześniej biegły za mną. Ćwiczymy coraz dłuższe zamknięcie w domu, bo na zimę, gdy nie będzie kto mógł rozpalić w kominku, będę chciał je zabrać do Bydgoszczy. Fiona latem gdzieś skaleczyła sobie bok i potrzebne było szycie, a Shrek został wykastrowany, żeby nie miał już takiej potrzeby biegania po wsi. Jeszcze jest kotka Agata, która rozchorowała się wiosną i już kilka razy przymierzałem się do skrócenia jej egzystencji, ale ostatnio nastąpiła cudowna poprawa.
08.05.2024.


niedziela, 19 października 2025

Immersyjny wypad

Od śmierci taty funkcjonuję w przelocie pomiędzy Bydgoszczą, a wieśką, nie mając czasu na zwykły relaks, bo ciągle coś. Wernisaż Kaśki w lubelskiej Galerii Labirynt, który był zaraz po pogrzebie, to był tylko ekspresowy wypad, żeby choć na sekundę oderwać się. Dopiero w ostatni czwartek udało mi się wyjechać rozrywkowo, na dwa koncerty w różnych miastach, z biletami kupionymi na początku roku.
Najpierw wyjazd do Wrocławia, gdzie zupełnie przypadkiem, niedaleko wynajmowanego apartamentu, natknąłem się na postmodernistyczną kamienicę zaprojektowaną przez Wojciecha Jarząbka, którą chciałem zobaczyć od bardzo dawna.

Wieczorem w Hali Stulecia odbył się koncert Kasi Nosowskiej i Piotra Roguckiego zatytułowany "Światło i Mrock", reklamowany jako pierwszy w Polsce koncert immersyjny, w którym podobno publiczność decyduje w jakiej aranżacji chce usłyszeć utwory. Nie do końca chce mi się wierzyć, że słuchacze faktycznie mieli na to wpływ, ale nie zmienia to faktu, że show było zajebiste, a wykonywane utwory idealnie wybrane pod wykonawców. Dodatkowo występowali jeszcze goście specjalni, czyli Doda i Kazik Staszewski.
W piątek wczesnym rankiem wyjazd Pendolino do Warszawy. To był mój pierwszy raz i szczerze mówiąc, gdyby nie promocyjna cena to bym się nie zdecydował, bo nie poczułem specjalnej różnicy od zwykłego "pośpiecha".
W stolicy najpierw zostałem zaciągnięty na wystawę immersyjną o Chopinie i było to tak gówniane doświadczenie, że nawet jednego zdjęcia tam nie zrobiłem. Później w Muzeum Warszawy wystawa "Lato, które zmieniło wszystko",  opowiadająca o Festiwalu Młodzieży w 1955 roku. Rewelacja!!!
Na koniec dnia w klubie Niebo, wystąpiła szwedzka artystka Ionnalee, której aktualna trasa została zorganizowana z okazji dziesięciolecia wydania przepięknego albumu "Blue". Wyszedłem stamtąd zachwycony, z nową jej płytą pod pachą.
Jeszcze chciałem być na wernisażu wystawy Zbigniewa Kasprzaka, na który pobiegłem lekko spóźniony do Muzeum Karykatury, by dopiero na miejscu przekonać się, że... pojebałem muzea, bo event odbywał się w Muzeum Komiksu... w Krakowie, więc wracając spacerkiem do mieszkania, zahaczyłem o socmodernistyczny blok.