Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2026

W kryzysie

Z depresją tańcuję od ponad dekady, więc już zdążyłem się przyzwyczaić do jej wygibasów i to nie będzie kolejny wpis z serii jak mi źle i chujowo, bo starając się spojrzeć z boku oraz obiektywnie, to wcale tak nie jest, tylko percepcja rzeczywistości jest zupełnie inna. Potrafię się z niej śmiać, ale to nie jest śmiech przez łzy, tylko totalnie czarny gęsty i cuchnący jak smoła humor, gdzie rzucając żartem, który mnie bawi, spotykasz się z reakcją w stylu WTF, albo ejjjjjj.... nie wolno z tego żartować. Czas gdzie miotałem się zupełnie zanurzony w mule, nie wiedząc gdzie góra, gdzie dół, gdzie przód, a gdzie tył, mam nadzieję że kompletnie przeminął. Obecnie pływam w wodzie, czasem mętnej, czasem przejrzystej, a jej nurt bywa rwący. Grunt, że potrafię już rozpoznawać pierwsze symptomy tąpnięcia i odpowiednio wcześnie na nie reagować.

Zgodnie z prognozami żyćko nabrało takiego tempa, że serio nie mam czasu na skrobanie postów, czy wręcz czytanie tych jeszcze publikowanych. Ba!!! Nawet na komiksiki średnio go styka, więc choć ograniczenia zakupowe wdrożone, to hałda wstydu powoli zmienia się w górotwór. W minioną sobotę zamiast moich ulubionych Złotych Kurczaków, odbyły się pierwsze Podziemne Kocury, w tym samym miejscu i formule. Jednym z zakupionych tam zinów jest kolejny stworzony przez Anię Krztoń, której twórczość bardzo lubię i cenię za autobiograficzne wiwiseksje, podane w ironiczno-nostalgicznym sosie z dużą dawką humoru.

niedziela, 14 grudnia 2025

Kaganiec komiksowej oświaty

W zeszłym tygodniu, w Bydgoszczy, zupełnie niezależnie od siebie odbyły się dwa spotkania z komiksowymi twórcami.

Najpierw w bibliotece Londynek z fanami obrazkowych historyjek spotkał się Andrzej O. Nowakowski, autor starszego pokolenia, który debiutował w bydgoskim "Dzienniku Wieczornym". Nie licząc pani prowadzącej rozmowę oraz fotografki, zawitało tam około dziesięciu starych dziadów (mam wrażenie, że byłem najmłodszy w tym gronie), wspominających czasy sumiennego polowania i wycinania komiksowych pasków z gazet, w siermiężnych czasach PRL-u. Rysownik opowiadał barwnie i ciekawie, a najbardziej zelektryzowała mnie informacja, że w latach '90 padł pomysł stworzenia komiksowej instytucji, umiejscowionej w budynku mocno kulejącej wtedy budowy Opery Nova, co potem wykiełkowało w zupełnie niespodziewanym kierunku, czyli organizację festiwalu Camerimage.

Dzień później, również w bibliotece, ale tym razem należącej do UKW, swój najnowszy komiks "Pandora" - Kamil Dukiewicz, który notabene jest również doktorantem wspomnianej uczelni. Słuchaczy była podobna ilość, jednakże obu płci, a tym razem zdecydowanie zawyżałem średnią wieku, a jednocześnie byłem jedyną osobą, która pojawiła się na tych dwóch eventach. Wspominam o tym nie dlatego, żeby się pochwalić jak bardzo śledzę wydarzenia kulturalne (nie tylko komiksowe), tylko żeby ponarzekać jak kiepsko komiks jest promowany, jako sztuka i rozrywka. W pewnym momencie prowadzący to drugie spotkanie, zadał pytanie, cudownie się przy tym przejęzyczając, czy Kamil będący jednocześnie twórcą, fanem oraz badaczem tej dziedziny, nie ma ciągot żeby ponieść kaganiec komiksowej oświaty w mieście nad Brdą oraz czy czuje się członkiem komiksowego środowiska w tej okolicy. Ten odpowiedział, że według niego środowisko raczej nie istnieje, bo do tego potrzebna jest sieć powiązań wśród scenarzystów, rysowników, recenzentów, naukowców oraz odbiorców, a takiej nie dostrzega, a co najwyżej zna kilku innych twórców.

Komiks ogólnie w naszym kraju funkcjonuje gdzieś na obrzeżach kulturowego mainstreamu. Co jakiś czas, do nieco szerszej publiczności przebije się jakiś twórca czy tytuł, ale jak chcesz o nim porozmawiać z przeciętnym Kowalskim, to ten raczej prycha lekceważąco. Bydgoszcz w historii tego medium jest/była dość prężnym ośrodkiem. Stąd pochodzi jeden ze starych Mistrzów - Jerzy Wróblewski, wymieniany jednym tchem obok Rosińskiego, Polcha, Baranowskiego, Christy, Pawel, czy Chmielewskiego. W czasach Wielkiej Komiksowej Smuty funkcjonowała tutaj grupa Studio Komiks Polski, z takimi rysownikami jak Andrzej Janicki, Jacek Michalski, Krzysztof Różański, parę lat później kultową serią Osiedle Swoboda - Michał Śledziński jasno zabłysnął na komiksowym firmamencie, a przecież są jeszcze bracia Wyrzykowscy, czy niezwykle płodny scenarzysta Maciej Jasiński. Odbyło się też tutaj parę edycji Bydgoskiej Soboty z Komiksem. Można rzec potencjał spory, tylko organizacja, koordynacja, finansowanie i promocja praktycznie zerowe.

niedziela, 19 października 2025

Immersyjny wypad

Od śmierci taty funkcjonuję w przelocie pomiędzy Bydgoszczą, a wieśką, nie mając czasu na zwykły relaks, bo ciągle coś. Wernisaż Kaśki w lubelskiej Galerii Labirynt, który był zaraz po pogrzebie, to był tylko ekspresowy wypad, żeby choć na sekundę oderwać się. Dopiero w ostatni czwartek udało mi się wyjechać rozrywkowo, na dwa koncerty w różnych miastach, z biletami kupionymi na początku roku.
Najpierw wyjazd do Wrocławia, gdzie zupełnie przypadkiem, niedaleko wynajmowanego apartamentu, natknąłem się na postmodernistyczną kamienicę zaprojektowaną przez Wojciecha Jarząbka, którą chciałem zobaczyć od bardzo dawna.

Wieczorem w Hali Stulecia odbył się koncert Kasi Nosowskiej i Piotra Roguckiego zatytułowany "Światło i Mrock", reklamowany jako pierwszy w Polsce koncert immersyjny, w którym podobno publiczność decyduje w jakiej aranżacji chce usłyszeć utwory. Nie do końca chce mi się wierzyć, że słuchacze faktycznie mieli na to wpływ, ale nie zmienia to faktu, że show było zajebiste, a wykonywane utwory idealnie wybrane pod wykonawców. Dodatkowo występowali jeszcze goście specjalni, czyli Doda i Kazik Staszewski.
W piątek wczesnym rankiem wyjazd Pendolino do Warszawy. To był mój pierwszy raz i szczerze mówiąc, gdyby nie promocyjna cena to bym się nie zdecydował, bo nie poczułem specjalnej różnicy od zwykłego "pośpiecha".
W stolicy najpierw zostałem zaciągnięty na wystawę immersyjną o Chopinie i było to tak gówniane doświadczenie, że nawet jednego zdjęcia tam nie zrobiłem. Później w Muzeum Warszawy wystawa "Lato, które zmieniło wszystko",  opowiadająca o Festiwalu Młodzieży w 1955 roku. Rewelacja!!!
Na koniec dnia w klubie Niebo, wystąpiła szwedzka artystka Ionnalee, której aktualna trasa została zorganizowana z okazji dziesięciolecia wydania przepięknego albumu "Blue". Wyszedłem stamtąd zachwycony, z nową jej płytą pod pachą.
Jeszcze chciałem być na wernisażu wystawy Zbigniewa Kasprzaka, na który pobiegłem lekko spóźniony do Muzeum Karykatury, by dopiero na miejscu przekonać się, że... pojebałem muzea, bo event odbywał się w Muzeum Komiksu... w Krakowie, więc wracając spacerkiem do mieszkania, zahaczyłem o socmodernistyczny blok.

sobota, 14 czerwca 2025

Nago-Głośno-Dumnie, czyli jak uczestniczyć i być nieobecnym

Pod koniec pandemicznego roku 2020, ni z gruchy ni z pietruchy odezwała się do mnie Kaśka, z propozycją wystąpienia w dokumentalnym serialu o życiu polskiego kłirowa, gdzie jedną ze śledzonych postaci miła być ta wariatka. Dzieło gdzieś od roku było w trakcie nagrań, zbliżając się do finiszu i Kimiuszka postanowiła dodać jeszcze HamKid'owy wątek, jako ważny etap w jej życiu.

Przyznam się, że nie byłem zachwycony tym pomysłem, ale ostatecznie wyraziłem zgodę, bo takiego doświadczenia w CV jeszcze nie posiadałem.

Dellfina Dellert
Na początku grudnia na fromdomskich włościach zawitała Maupa, żeby ogarnąć mieszkaniowy syf, bo ja nie zamierzałem. Była mocno zdziwiona, że po latach niebytu praktycznie nic się w tym mieszkaniu nie zmieniło.

Agnieszka Mazanek
W Mikołajki przyjechała ekipa realizatorska, czyli dwie reżyserki (Agnieszka i Delfina), operatorka Wera wraz z ostrzycielem, dźwiękowiec Bartek oraz producentka. Obczaili teren, wstępnie zaplanowaliśmy działania, zostawili sprzęt, by dzień później zacząć kręcić.

Plan był ambitny, napięty i rozłożony na dwa dni zdjęciowe, a że byłem w trakcie robienia rocznego, polaroidowego projektu ofelionowego, to on również został uwzględniony w harmonogramie. 
Weronika Bilska
Pierwszego dnia pojechaliśmy na spacer po Ostromecku, by na powrocie machnąć w Wiśle, specjalnie przygotowanego na tą okazję Ofeliona, w stylizacji dedykowanej jednemu z kaśkowych dzieci housowych - Johnny'emu d'Arc, który parę lat później "zasłynął" jako Pani Joanna z Krakowa.
W mieszkaniu zaaranżowaliśmy "romantyczny" obiad, a gdy po nim pojechałem do pracy na nockę, Kaśka w ramach show dziarała sobie nogę.
Rano zaliczyłem ponockową drzemkę, a jak filmowcy znowu przyjechali i się zainstalowali, to odegraliśmy wspólne śniadanie, połączone z ploteczkami na temat innych uczestników dokumentu. Następnie przystąpiliśmy do robienia tzw. setek, czyli odpowiadania na różne pytania dotyczące naszej znajomości. Muszę przyznać, że z jednej strony starałem się być boleśnie szczery, ale sprzedawałem tą prawdę grając lekko zestresowanego. Popołudniu nagrania jak transka szlaja się po fordońskich chaszczach.
Na wieczór przygotowaliśmy kolejny perfomance, polegający na goleniu mnie na łysą pałę oraz malowaniu ryjca przez Kaśkę, podczas którego spontanicznie wpadłem na pomysł, aby działa posthamkidowe nazwać KAtastrOFa.
Działania te miały na celu ucharakteryzowania mnie na kaśkowe podobieństwo do kolejnego Ofeliona.
Wieczorem wyciągnęliśmy teczki ze starymi pracami Arka, żeby powspominać przy nich wspólną, radosną tfurczość. Wzruszeń i ataków śmiechu było przy tym co niemiara.
Na tym skończyła się moja praca nad tym wiekopomnym dziełem, choć przygoda trwała dalej. Gdzieś w drugiej połowie kolejnego roku, przyjechał tutaj ubrany na pomarańczowo, brodaty freak, który był jednym z montażystów, ewidentnie zafascynowanym osobą Kaśki, ponieważ parę miesięcy później oficjalnie wyoutował się jako transpłciowa kobieta, a rok temu wzięła udział w programie "Pytanie na śniadanie", o tym jak rozmawiać o transpłciowości.
Klaudia Kowalska
Rok po nagraniach, odwiedziłem Kimiuszkę oraz Klaudię w podwarszawskiej Podkowie Leśnej, gdzie zamieszkały razem tworząc queerowy, patchworkowy dom otwarty w stylu "Pełnej chaty". Jednego wieczora urządzono imprezę, na której pojawiła się prawie cała ekipa realizatorska, dzięki czemu mogłem zrobić im polaroidowe portrety.
Tymczasem produkcja zaliczała kolejne opóźnienia, zmiany producenta (miał być Netflix, ostatecznie został HBO Max), z tego co wiem, wielokrotnie modyfikowano koncepcję serialu, a w związku z tym bez przerwy był on cięty i montowany od nowa. Początkowy zamysł był taki (przynajmniej taki mi przedstawiono), że poznajemy dziesiątkę postaci z polskiego świata burleski oraz dragu, których losy wzajemnie się przeplatają, bo to stosunkowo mikrych rozmiarów bagienko, a każdej osobie poświęcono jeden odcinek. Ostatecznie narracja mocno ewoluowała i została podporządkowana queerowej transformacji chłopaka jednego z głównych bohaterów, gdzie pozostałe postaci stają się pewnego rodzaju mentorami tejże przemiany.
Czy takie podejście jest lepsze dla tego serialu? Uważam, że TAK!!! Czy to jest sprawiedliwe i fair wobec wszystkich występujących? Absolutnie NIE!!! Czy jest mi przykro, że mój występ został totalnie wycięty? Wręcz się cieszę, że tak się stało!!! Wygibasy te w tak zaserwowanej formule, nie wnosiłyby do fabuły niczego sensownego. Od początku byłem nastawiony raczej sceptycznie i zrobiłem to tylko na prośbę Kaśki. Przeżyłem dzięki temu fajną przygodę, nabrałem kolejnych doświadczeń, poznałem ciekawych ludzi, a w szczególności odnowiłem przyjaźń z Kaśką, z którą chociażby w okresie nagrywania serialu, zarejestrowaliśmy miłosne uniesienia obcych, zaliczyłyśmy nocne ekscesy dragusek, cyknęliśmy kolejny ofelionowy duet oraz wybłagałem malowanego Farfocla co jest moim osobistym NAGO! GŁOŚNO! DUMNIE!

poniedziałek, 5 maja 2025

Cyrku śnienie w operze

Z okazji XXXI Bydgoskiego Festiwalu Operowego poszedłem po pracy na muzyczno-taneczny spektakl w dwóch odsłonach Phenix/Vertikal, stworzone przez Mourada Merzouki'ego wraz z jego zespołem Kafig.

Phénix to spotkanie tańca hip-hopowego, muzyki barokowej i elektronicznej. Na scenie czworo tancerzy nawiązuje dialog z solistką grającą na violi da gamba (barokowy poprzednik wiolonczeli). Wyjątkowość tego zestawienia dodatkowo podkreślają pojawiające się momentami electro dźwięki, inspirowane muzyką J. S. Bacha. 

Vertikal to występ na skrzyżowaniu tańca, lotów i wspinaczki. Dziesięciu tancerzy eksploruje przestrzeń powietrzną, łącząc hip-hop z tańcem wertykalnym, a ich relacja z podłożem ulega radykalnej zmianie... wzlot i upadek, poszukiwanie lekkości i gra z grawitacją. 


Oglądając te występy poczułem się sztywny i stary, bo to co wyczyniają ze swoimi ciałami osoby tańczące, przyprawia o zawrót głowy. Właściwie wszystko było tutaj oszałamiające i bliskie perfekcji. Scenografia w drugiej części składająca się z pięciu mobilnych skrzyń, po/przez które tancerze "przenikają" wzdłuż, wszerz, wzwyż czy w poprzek. Oświetlenie tworzące odpowiedni nastrój i wrażenie przestrzeni. Muzyka, którą chętnie przygarnąłbym na fizycznym nośniku. Choreografia i jej wykonanie - WOW!!! Podziwiając ten spektakl miałem wrażenie snu na jawie, bądź wirtualnej rzeczywistości rodem z matrixa
Mimo tych wszystkich atutów cały czas moje odczucia były dość... ambiwalentne, bo odzierając całość z całej artystycznej otoczki, były to po prostu cyrkowe sztuczki, więc zastanawiałem się czy budynek operowy jest właściwym miejscem do ich prezentacji, a może po prostu stałem się zwykłym, zrzędliwym dziadersem, przestającym nadążać za rozwojem sztuki.

niedziela, 16 marca 2025

Vanham Rosekson

W polskim komiksowie jest taka postać, którą obdarzono nabożnym kultem, tak samo jak jednego z jej współtwórców, a próba konstruktywnej krytyki kończy się odsądzeniem od czci i wiary. Mowa oczywiście o Wikingu z Gwiazd, czyli Thorgalu Aegirssonie, który jest moim rówieśnikiem. Będąc dzieciakiem znałem tylko jedną jego przygodę, wydaną przez KAW, totalnie zaczytaną i rozpadającą się "Wyspę wśród lodów". W pamięć wryła mi się scena stylizowana na rajski ogród, w której ukochana głównego bohatera sięga po owoc i w mgnieniu oka wszystko wokół zamarza. Chronologicznie oraz całościowo zacząłem poznawać tą serię podczas studiów, gdy jedna z koleżanek wiedząc o mojej kiełkującej miłości do komiksów, podarowała mi pierwsze 16 tomów opublikowanych przez Orbitę, dorzucając jeszcze przygody Szninkla. To było coś jak urodzinowy tort, z wisienką na szczycie! WOW!!! Niesamowite doświadczenie poznać jednym tchem historię Thorgala i jego rodziny, obserwując rozwój kreski Grzegorza Rosińskiego oraz kunszt pisarski Jeana van Hamme'a, którzy stworzyli niezwykle barwną i pojemną gatunkowo serię.

Aktualnie na polskim rynku obok siebie publikowane są najnowsze przygody, które już nie są tworzone przez ojców marki, a także wznowienie całej serii, z wypasionymi dodatkami i właśnie ta edycja skłoniła mnie do ponownego przeczytania całości oraz popełnienia tego wpisu. Miło sobie przypomnieć dlaczego zafascynowała mnie ta opowieść, by z czasem znużyć, a nawet drażnić. Dzięki dodatkom poznać kontekst powstawania kolejnych albumów, a to rysownik znudził się rysowaniem skandynawskich krajobrazów, więc scenarzysta wysłał ich za ocean, jeden z bohaterów musiał zginąć, bo nie przepadał za nim jeden z "rodziców", a przy okazji dodawało to sporej dawki dramaturgii albo seria przestała być prepublikowana w odcinkach w młodzieżowym czasopiśmie, więc autorzy mogli zaprezentować więcej golizny lub Grzesiu przeprowadził się do Szwajcarii, zatem jeden album rozgrywa się w górskiej scenerii. Takich smaczków jest więcej, a ja bardzo lubię wszelakie mejkingofy.

Narodowość Thorgala jest problematyczna ponieważ wychował się wśród Wikingów, ale pochodzi od ludu Atlantów, który wieki wcześniej spierdolił w kosmos, by znowu wrócić na Ziemię. Jeżeli dodamy do tego, że jego twórcy pochodzą z różnych krajów, bo rysownik jest Polakiem, a scenarzysta Belgiem, to robi się z tego niezły galimatias, podobnie jak w jego życiorysie, który ogólnie jest przygodową obyczajówką, zahaczającą o fantasy, SF, thriller czy horror, a bohaterowie nie dość że podróżują po różnych zakątkach świata, to również śmigają na osi czasu.

Seria urzekła mnie z kilku powodów. Najbardziej lubię ją za to, że Thorgal ze wszystkich sił broni wolności własnej oraz najbliższych, starając się nie narzucać innym. Spodobały mi się rysunki, które ewoluowały z albumu na album, a Rosek (pseudonim Rosińskiego na zachodnim rynku), co jakiś czas zmieniał styl rysowania. Początki były dość nieśmiałe, ale z ciekawymi dla oka eksperymentami w kadrowaniu, później kreska stawała się coraz bardziej czysta, precyzyjna i szczegółowa, by z czasem, gdy autor poznał rysowanych bohaterów jak własną kieszeń, stawać się bardziej szkicową i niechlujną, a pod koniec niezwykle efektownie eksplodować stylem malarskim. Bardzo cenię rodzinność sagi, co wielokrotnie podkreślali jej twórcy oraz to, że bohaterowie starzeją się i dojrzewają z każdym kolejnym tomem. Głównych bohaterów, czyli Thorgala i jego ukochaną Aaricię poznajemy gdy są jeszcze nieformalną parą młodych ludzi, już w drugim albumie mają wziąć ślub, a w trzecim wyruszają w podróż (poślubną) w poszukiwaniu swojego miejsca i szczęścia, na świat przychodzi pierworodny Jolan, życie coraz bardziej (z różnych powodów) się komplikuje, a potem rodzi się córka Louve... Opowiadane historie są różnorodne i niezwykle wciągające, jednak w pewnym momencie seria dostała zadyszki i zaczęła zjadać swój własny ogon, a opowieść stała się brazylijską telenowelą. 

Jestem zdania, że trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Najpierw z serialem pożegnał się jego pierwotny scenarzysta, popełniając pod koniec kilka na serio słabych strzałów, potem pokład opuścił Pan Grzegorz i ewidentnie widać (mimo końcowej zmiany stylu malowania), że był już zmęczony tematem. Niestety nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka i bohaterów męczą (dosłownie i w przenośni) kolejni twórcy, a seria doczekała się kilku spinofów, których jakość jest raczej średnia.

poniedziałek, 24 lutego 2025

Diva

Czy można recenzować film, jeżeli nie obejrzało się go do końca? Myślę, że w pewnych przypadkach TAK!!! Chodząc tak często do kina doszedłem do etapu, w którym zacząłem szanować swój czas, a jeśli widzę, że twórcy jakiegoś dzieła ewidentnie go marnują, to nie ma sensu dalej w to brnąć.

Wczoraj po pracy postanowiłem obejrzeć biografię największej operowej diwy i już pierwsza scena, gdzie widzimy piękny salon, a w nim ludzie krzątający się wokół ciała, nie napawała optymizmem, bo trwa i trwa i trwa i zaczyna się pierwszy akt. No i to akurat było spoko, bo stwierdziłem "dam temu czemuś kredyt zaufania, na czas trwania tejże odsłony".
Marię Callas gra tutaj Angelina Jolie i nawet znośnie odnajduje się w tej roli, choć w momentach śpiewanych widać, że to nie ona wydaje te dźwięki. Gwiazda snuje się po apartamencie, Paryżu, operze, kawiarniach i gwiazdorzy, choć jej blask już mocno przygasł.
Olśniewające kostiumy, śliczna scenografia, ładne kadry, a ja cały czas odnoszę wrażenie, że to wszystko poklejone na ślinę i rozłazi się w szwach. Emocje zerowe, żadnego zaangażowania, a wata fabularna wyłazi z każdej strony.

Z niecierpliwością czekam aż ta tortura się skończy, tym bardziej że baba obok świeci smartwatchem non stop po oczach, zatem wraz z pojawieniem się planszy Akt 2, opuszczam kinową salę bez żalu.

Fotograficzną oprawę i zarazem zapchajdziurę tej krótkiej recenzji, stanowią kadry poczynione przez Joe Zawadę, a makijaż został wykonany przez Hannę Piotrowską.

środa, 15 stycznia 2025

Za długi

Taki tytuł miałby mój recenzencki fanpage filmowy, gdybym taki założył. Odkąd jestem posiadaczem karty Unlimited Cinema City, kino stało się moim czwartym domem, zaraz po fordońskim mieszkaniu, rodzinnej wieśce i pracy. Chodząc dość często na różne filmy, bardzo wyostrzył mi się krytycyzm w stosunku do długości oglądanych dzieł i pierwszy zarzut do większości z nich brzmi właśnie, że są zbyt rozwlekłe. Sporo scen jest kompletnie niepotrzebnych dla fabuły i często autorów łapię na wizualnej masturbacji, bo przecież obrazek taki piękny i szkoda go wywalić lub chociażby skrócić.

The Outrun również jest długaśny, bo trwa niecałe dwie godziny, ale póki co to najlepszy film jaki widziałem w tym roku, a było ich już osiem. Jedynie trzecia część Sonic'a nie marnowała czasu, ale czego się spodziewać po ekranizacji przygód najszybszego jeża na świecie. Swoją drogą bawiłem się świetnie, więc powtórzyłem seans w formacie 4DX. Wracając do wspomnianego wcześniej filmu, być może moja ocena nie jest obiektywna, bo od początku utożsamiłem się z główną bohaterką i całą opowieścią na kilku poziomach. Rona jest biolożką, pochodzi i mieszka na wietrznych Orkadach, choć studiowała w Londynie, często farbuje włosy, rodzice mieszkają osobno, mama w kamienicy, tata w domku holenderskim (zupełnie takim samym jaki zjarał się mojemu ojcu), żeby poradzić sobie z alkoholizmem, ucieka na przysłowiowy koniec świata. Podobały mi się rozwlekłe kadry pokazujące surowy krajobraz, muzyka słuchana przez bohaterkę, hektolitry przewalającej się z hukiem oceanicznej wody, a w niej foki baraszkujące wśród wodorostów, nawet miejskie lokacje miały swój urok, gra aktorska Saoirose również bez zastrzeżeń.

piątek, 3 stycznia 2025

Folie a deux

Opowieść o chujowym żywocie Artura Flecka, wzbudzała spore kontrowersje już od początku ogłoszenia pomysłu jej powstania, bo reżyser nie ten, aktor totalnie niepasujący do roli, postać odegrana perfekcyjnie przez inną osobę... Generalnie NIE!!! Film ostatecznie trafił do kin, zachwycił większość recenzentów, widzowie też tłumnie ruszyli przed ekrany, przyniósł spore zyski, czyli SUKCES. Kibicowałem temu projektowi odkąd się o nim dowiedziałem, co zaowocowało projektem Mr J, który jest w zdecydowanej topce rzeczy, które poczyniłem fotograficznie. Philips jak amen w pacierzu powtarzał, że dzieło jest skończone i nie ma już zamiaru cokolwiek dopowiadać, natomiast Phoenix zarzekał się, że rola tak go wymemłała psychicznie i fizycznie, że nie zamierza drugi raz w nią wchodzić. Właściciele marki rozochoceni wynikami finansowymi Jokera, prawdopodobnie postanowili przyjechać do tych osób śmieciarką kasy, a ta jak wiadomo nie śmierdzi oraz dali im totalną wolność twórczą, więc ci ostatecznie dali się skusić. Psychofani najpierw gromko krzyknęli HURRRA, do czasu gdy twórcy ogłosili, że tym razem będzie to musical, a rolę ukochanej przyjęła... Lady Gaga. Znowu zaczęło się kręcenie nosem, aż nadszedł dzień premiery i... mówiąc kolokwialnie NIE PYKŁO, bo twórcy zagrali wszystkim na nosie i stworzyli film, który jest niczym rewers do awersu tej samej monety. Niby kontynuacja, ale nie na zasadzie, bardziej, więcej, mocniej, tylko totalna dekonstrukcja stworzonego mitu. Osobiście to kupuję, natomiast jako osoba empatyczna, współczuję ten ogromny ból pękających dup fanatyków części pierwszej. Premierę oglądałem w formacie IMAX (po raz pierwszy w życiu), wracając z Sanatorium.

Napisałbym coś więcej od siebie, ale nie widzę potrzeby, skoro o wiele lepsze recenzje przeczytałem na fejsbukowych fanpejdżach Komiks On oraz Magazyn Kreski, które pozwoliłem sobie tutaj skompilować i zredagować, bo po latach blogowania nauczyłem się, że żywot stron internetowych jest krótki, przez co często znikają z domeny publicznej, a linki do nich są martwe i kontekst wielu napisanych tutaj zdań traci sens.

„Joker: Folie à deux" to WIELKIE KINO, które jednocześnie ma w sobie chyba wszystko, żeby wzbudzać masową niechęć. To właściwie anty-sequel, anty-blockbuster z blockbusterowym budżetem, manifest Philipsa zmęczonego widzeniem Arthura Flecka na koszulkach,  jako kostium halloweenowy czy tatuaż. Sposób w jaki druga część wchodzi w dialog z pierwszą jest przeciwny, hermetyczny, odrzucający i kompletnie niezgodny z oczekiwaniami widzów co do tego, jak miałaby wyglądać kontynuacja tej historii. Ten film olewa wszelkie komiksowe konotacje, chociaż bazuje na postaciach z komiksów. To właściwie eksperyment społeczny, w którym oczekiwania prawdziwej widowni w kinach odzwierciedlają oczekiwania ekranowego tłumu, zalewającego swoimi protestami brudne ulice Gotham City. Wszyscy bowiem chcą swojego Jokera. Wszyscy oprócz Arthura Flecka, który powołał go do życia. Pierwsze co przyszło mi na myśl po seansie to... czwarty Matrix, bo i tam reżyserka wykorzystała swoją okazję do rozliczenia się z filmu, który zrodził jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek. Dzieło jest rozczarowaniem fanów pierwszego filmu, którzy zamiast porcji rozrywki dostają opowieść brutalnie smutną, powolną i trudną, pokrywa się to z reakcją fanów Jokera w filmie, których idol nie chce już patrzeć, jak świat płonie. Wszyscy są na niego wściekli. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem kierunku, jaki wybrano dla tej kontynuacji oraz tytułowej postaci, której wspomniani wcześniej fani zdążyli już postawić pomnik, podobny do tych, jakie stawiano dla Tylera Durdena, Patricka Batemana, Tony'ego Montany, Rorschacha i wielu innych niebezpiecznych toksyków z rzekomym "sigma-power" mającym rozgrzeszać ich antyspołeczność i ogólne fiksum-dyrdum w bani. Nie wiem, czy to realne uwielbienie ludzi dla Jokera w prawdziwym świecie sprawiło, że reżyser postanowił zburzyć wszelką wcześniejszą symbolikę tej postaci. Myślę jednak, że wspólnie z głównymi aktorami sprawili, że nieco trudniej będzie teraz studiu Warner Bros. monetyzować Jokera/Arthura Flecka.

Kocham wszystkie sceny nagłego zatrzymania czasu i śpiewania dawnych szlagierów, jestem pod wrażeniem aktorskiej kreacji Gagi i przede wszystkim pod wrażeniem Philipsa, który na przekór wszystkim dość słusznie zarzucającym jedynce zbyt duże zapożyczanie z klasyki kina, robi coś kompletnie autorskiego, kompletnie oderwanego od tego, czym współcześnie sequel w teorii powinien być. Czytałem sporo zarzutów o nietrafiony pomysł musicalowych wstawek, które wpleciono, by współgrały z obecnością Gagi w filmie. Dla mnie były one raczej kwintesencją fantazji o miłości Lee Quinzel i Artura, ich intymnego sposobu komunikacji, wspólnego urojenia (patrzcie tytuł produkcji). Czy część z tych piosenek brzmiało dziwnie, nienaturalnie? Owszem. Fałsz jest wpisany w relację opartą na toksycznych fundamentach.

Odważna decyzja, która skończyła się finansową klapą, bo widownia nie polubiła drugiego Jokera chyba jeszcze bardziej niż krytycy, ale której nie umiem nie uszanować i która kupiła mnie swoją szczerością. Nie zmienia to faktu, że świadomy sprzeciw wobec oczekiwań i przyzwyczajeń mainstreamowej widowni, którą od dekad hoduje się na recyklingu tych samych historii, brzmi jak jakieś szaleństwo. 

Zagrywka godna Jokera. Brawo!!!

Tekst ilustrowany jest polaroidami poczynionymi podczas wspomnianego pleneru i trochę pokazuje w odwrotnym kierunku coś za co pokochałem polaroida, a zapomniałem chcąc zadowolić współtwórców. Chodzi mianowicie o niedoskonałości wywołane głównie ograniczeniami sprzętowymi, bo w tym wypadku pierwsze zdjęcie wyszło moim zdaniem zajebiście, natomiast widząc niezadowoloną minę Kariny, zrobiłem drugie modelem 600, żeby wyszło ostro. Dopiero obecny tam Arek Akki w kilku prostych (samolubnych) słowach przywołał mnie do porządku, że jako twórca nie mam zadowalać innych (nawet tych współtworzących) tylko SIEBIE!

wtorek, 17 grudnia 2024

Kapitan Rohan

Tradycji stało się zadość i przed świętami do kin trafił film ze świata Śródziemia, w którym cofamy się o jakieś 200 lat względem głównej opowieści o walce z Sauronem. Opowieść, której narratorką jest znana z trylogii Eowina, dzieje się na ziemiach Rohanu, a główną bohaterką jest dzielna księżniczka Hera. Nie dość, że piękna, to jeszcze silna, zwinna, sprytna i mądra, tylko co z tego skoro brak jej digidonga między nogami, więc większość mężczyzn bardziej lub mniej grzecznie ją olewa, na czele z charyzmatycznym tatulą. Świetnie jeździ konno, walczy na miecze oraz posługuje się tarczą, niczym Kapitan Ameryka. Intryga jest prosta, kolega z dzieciństwa zabiega o jej rękę, dostaje czarną polewkę i mamy tytułową wojnę, trup ściele się gęsto jak w dramatach Szekspira, w rytm znanych motywów muzycznych oraz miejscach już nam znanych, jednakże podane jest to w konwencji anime. Jak dla mnie spoko, choć nie do końca wykorzystany potencjał medium, gdzie można było popłynąć z fantazją i rozmachem, bez gargantuicznych kosztów, ani sama animacja nie zachwyca na tle arcydzieł gatunku. Chyba do znudzenia będę narzekał na długość filmów i brak odwagi w montażowych cięciach. Mimo pewnych mankamentów bawiłem się świetnie.

Tymczasem komiksowo zakończyłem czytać rewelacyjny run Kapitana Ameryki, napisany przez Eda Brubakera, który twierdzi w wywiadach, że to jego ulubiony bohater ze stajni Marvela. Tą chemię ewidentnie czuć podczas lektury, więc autor swojego oblubieńca dość szybko zabija (to się chyba nazywa toksyczna miłość), co odbiło się szerokim echem nawet w polskich masmediach. Luzik!!! Na początku tej opowieści wygrzebuje z grobu, jego kumpla z czasów 2 wojny światowej - Bucky'ego, który tkwił w nim od dziesięcioleci, a jego śmierć była taką samą traumą dla Steve'a, jak wujka Bena dla Spider-mena i tenże kolega przejmuje po nim schedę i tarczę. Trochę pospojlerowałem. W wydaniach zeszytowych mogły te wydarzenia nieźle szokować, ale od czego są wydania zbiorcze, które już w tytułach niczego nie ukrywają, także bez obaw... 

Rogers wrócił z zaświatów. Scenarzysta pisał te przygody przez prawie 10 lat!!! Do momentu zmartwychwstania czyta się to świetnie, jako krwisty kryminał połączony z thrillerem polityczny. Mam wrażenie, że Ed miał bardzo dużą swobodę i kredyt zaufania ze strony redakcji. Rysunkowo również jest rewelacyjnie. Później historia trochę siada jest już bardziej fragmentaryczna i mniej przemyślana jako całość, pisana na zasadzie od zadania do zadania, a rysownicy częściej zmieniają się w tych przygodach, choć nadal jest to porządny średniak superhero. Suplementem do całości jest jeszcze tom Zimowy Żołnierz, w którym czuć klimat początkowej opowieści o Kapitanie, choć sama historia faktycznie dzieje się po tych 9 tomach, w których zaczęto wątki do dziejących się tutaj wydarzeń. Podsumowując jest to jeden z najlepszych marvelowskich seriali.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Obrazkowe ćwierćwiecze, czyli niech żyje komiks!!!

Berenika Kołomycka kończy malować reklamę Strefy Niezalu

Pod koniec listopada odbył się w Państwowym Muzeum Etnograficznym mikrofestiwalik komiksowy "NŻK!". Zamierzenie lub nie, wyszedł on bardzo nostalgicznie, bo z okazji 20-lecia pierwszego wydania, wznowiony został album "Achtung Zelig!", w wersji kolorowej oraz kolekcjonerskiej B&W, w powiększonym formacie. 

Krzysztof Gawronkiewicz opowiada o swoim komiksie

Z kolei na cześć jednego z mistrzów polskiego komiksu, czyli Tadzia B., ukazały się "Najlepsze kawałki z Baranowskiego". 

Sam Mistrz dosiadł się spontanicznie, a mi kolana zmiękły jak dzierlatce

Wisienką na torcie było natomiast spotkanie z Produkt Crew, którzy reaktywowali się aby wysmażyć 24 numer tego zacnego periodyku i wtedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy rówieśnikami! 

Od lewej: Karol Kalinowski, Marek Lachowicz, Łukasz Chmielewski, Michał Śledziński, Piotr Mirski, Marcin Łuczak, Rafał Skarżycki, Tomasz Leśniak, Olaf Ciszak, Krzysztof Mirowski, Jan Sławiński

Znaczy z rednaczem Michałem Śledzińskim, pochodzącym notabene z Bydgoszczy, prawie ten sam rocznik, bo gówniakowi jednak rok i parę miesięcy brakuje do mnie. Natomiast z magazynem komiksowym "Produkt", równocześnie wkroczyliśmy do polskiego getta historyjek obrazkowych, zatem stuknęło nam ćwierćwiecze. W związku z tym postanowiłem również podzielić się swoją przygodą na tym poletku.

...

...

...

JPRDL!!!

Przez dwa bite dni przywoływałem wspomnienia, gdzie zdołałem nagryzdać trzy jebitne akapity o moich początkach w tej dziedzinie sztuki. Autentycznie musiałem tego bloga mocno pogrzebać w pamięci, skoro w przypływie olśnienia cofnąłem się w przeszłość, odkrywając że taką rzecz poczyniłem na początku jego pisania, w minicyklu  Komiksowa Dekada, robiąc to wtedy z większym polotem oraz dokładnością, ale zeznania się ze sobą zgadzają, chociaż wtedy celowo przekłamałem jeden istotny fakt, bo prawdziwą przygodę z kolorowymi zeszytami zacząłem w 1999 roku, ale żeby jakoś rocznicowo to wyglądało, początkowy rok skumulowałem w dwa. Pytanie czy niepamięć wsteczna odnośnie minionej dekady, wynika z nabytej w międzyczasie choroby psychicznej czy może są to objawy początkowej demencji starczej? Zatem komiksowe treści pojawiały się tutaj odpowiednio otagowane  dość regularnie, w postaci relacji z festiwali, recenzji komiksów, krótkich wspominek czy bardziej krytycznych postów. Cykl Tęczowy KomiX BOX pamiętam doskonale, bo jestem z niego bardzo dumny i aż się prosi o jakiś jubileuszowy aneks.

Zatem mając początkowe wspominki z bani oraz porządną bazę startową, mogę skupić się na ostatnich piętnastu latach raczej biernego (o)bycia w komiksowie. Wtedy pisałem, że jestem uczniakiem obrazkowej podstawówki, to teraz już chyba spokojnie mogę podchodzić do matury w tym zakresie. Puenta tamtych wpisów była raczej pesymistyczna, bo ryneczek wpadł w regres, ale parę lat później spektakularnie wskoczył na falę wznoszącą i mamy już wieloletnią hossę, choć malkontenci pewnie się ze mną nie zgodzą, bo co z tego że emitowana jest olbrzymia ilość woluminów, skoro nakłady dalej podobne. Wydawcy zagospodarowali różne nisze, przez co wybór gatunkowy również jest bogaty. 

Hegemonię nadal dzierży Egmont Polska, publikując przez te lata baaardzo dużo różnorodnych komiksików, a wspominany niedosyt Batmana to echa przeszłości i aktualnie strach lodówkę otworzyć, żeby z niej Uszaty nie wyskoczył. 

Parę lat temu wydawnictwo zaczęło mocno gospodarować dziecięcą łączkę, co się bardzo chwali, bo dzięki temu kolejne pokolenie Polaków, będzie lepiej ukształtowane w tym kierunku. Z tego działu wybieram jedynie pojedyncze perełki, a większość znam jedynie z samplera. Rok temu niespodziewanie ze stanowiska redaktora naczelnego zrezygnował Tomek Kołodziejczak, a zastąpiła go nikomu nieznana Martyna Chrzanowska. O ile on jest typowym geekiem znającym temat od podszewki, to póki co ona (przynajmniej na oficjalnych spotkaniach) jawi się jako człowiek od tabelek w excelu. Czas pokaże jak ta zmiana wpłynie bądź co bądź na cały rynek, bo nie ma co udawać, że Egmont w dużej mierze go kształtuje. 

Moi ulubieńcy z tamtych lat ciągle funkcjonują na rynku, utrzymując wysoki poziom publikacji. Mowa oczywiście o Kulturze Gniewu, która również utworzyła dziecięcy imprint "Krókie Gatki" oraz Timofie nadal nie bojącym się sięgać po jakieś niszowe twory. Notabene wspominany kiedyś przeze mnie "From hell" w niechlubnej wersji ekskluzywnej, stał się środowiskowym memem. Dzielnie sekunduje im Centrala, dość często publikująca rzeczy od naszego południowego sąsiada. Ongrys z polskimi klasykami, finiszuje z wydawaniem Kapitana Żbika, ale też wystartował z rewelacyjnym "Wydziałem 7", który ostatnio się od niego uniezależnił. Hanami bez przerwy publikuje niebanalne mangi. Niestety Taurus dał byczego ciała, rozgrzebując masę różnych serii, a potem ich nie kończąc. Ich flagowe "Żywe trupy" są tego najsmutniejszym przykładem i w sumie samo wydawnictwo mogłoby się aktualnie tak nazywać, bo od dłuższego czasu milczy. Choć trzeba oddać sprawiedliwość właścicielom, którzy również prowadzą świetny sklep komiksowy, o którym parę lat temu powstał rewelacyjny film dokumentalny "W Centrum Komiksu", ładnie opowiadający też o całym środowisku komiksiarzy.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o takich wydawnictwach jak Kurc, Studio Lain, Lost in time, Non Stop Comics, Scream, które dzielnie orają swoje nisze. Moim aktualnym faworytem powoli staje się Mandioca, orbitująca głównie w rejonie kultury iberoamerykańskiej, choć ich pierwsze albumy nie zachwycały. Intersującą ciekawostką jest również oficyna Tore, eksplorująca bogaty rynek włoskiej pulpy. Niestety dość szybko żagle zwinął queerowy Abiekt (późniejsze Wydawnictwo Komiksowe), ale tutaj parę lat temu wskoczył Jaguar, z bestsellerowym (średniackim moim zdaniem) "Heartstopperem".

A co tam Panie w imprezach komiksowych? Wiodący już wtedy prym Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier rozrósł się gigantycznie, ale niestety za wielkością nie poszła jakość. Już 15 lat temu wspominałem, że ten event zaczyna mnie męczyć, to teraz stał się przykrym obowiązkiem, bo przecież TRZEBA TAM BYĆ! Dyrektor Mamut już mógłby pójść na zasłużoną emeryturę, bo mam wrażenie (zresztą chyba nie tylko ja), że festiwal toczy się tylko prawem śnieżnej kuli, a świeżości tam tyle co w syberyjskiej zmarzlinie. OK!!! Żeby oddać Łodzi sprawiedliwość, w końcu na polskiej mapie zaistniało nowoczesne Centrum Komiksu i Narracji Interaktywnej, które oprócz wystawy stałej, prezentuje też różne wystawy czasowe. Ładnie zaś ewoluowała raczkująca wtedy Komiksowa Warszawa, podczepiając się z czasem pod Międzynarodowe Targi Książki. Jest to jednocześnie duży plus, bo dzięki temu z komiksem może zetknąć się dużo randomów, ale też minus, gdyż ginie gdzieś to w natłoku atrakcji. Trochę na ten temat wyiszczałem się w tym wpisie. Dlatego utwierdzam się w przekonaniu, że najlepiej mi na niszowych festiwalach. Do niedawna ulubionym był organizowany przez Łukasza Kowalczuka Rumia Comic Con, ale niestety rok temu zaliczył zgon. Po piętach deptały mu Złote Kurczaki i w sumie często wahałem się (w zależności od edycji), który jest bardziej zajebisty. FILu robi tam kawał porządnej roboty u podstaw. DOSŁOWNIE, bo impreza skupia się na niezalu, który przez te lata niezwykle się rozwinął, a wydawnictwa wydawane własnym sumptem, niczym nie odbiegają od profesjonalnych edytorów, a różnią się chyba jedynie nakładami. Ligatura ewoluowała w Poznański Festiwal Sztuki Komiksowej, który również jest bardzo przyjemną inicjatywą. Niestety umarła Bydgoska Sobota z Komiksem i od tego czasu w mieście nad Brdą nie dzieje się kompletnie nic, choć tradycje mamy bogate.

Przez te wszystkie lata poodchodziło trochę polskich twórców. Z racji wieku nie ma już wśród nas Szarloty Pawel, Papcia Chmiela, Bogusia Polcha, Tadzia Raczkiewicza. Imiennik tego ostatniego, niejaki Baranowski, świadomie i odważnie (szacun i podziw) żegna się z karierą, fanami oraz życiem, ogłaszając na ostatnim MFK, że zmaga się ze śmiertelną chorobą, rezygnując z dalszego leczenia. Stąd m.in. wspomniany we wstępie wspominkowy album oraz przekrojowa, oszałamiająca wystawa w EC1. Z rysowaniem już (na szczęście) skończył nasz eksportowy numer 1 - Grzegorz Rosiński. Jego flagowa seria "Thorgal", którym zachwycałem się przed laty, mniej więcej w tamtym okresie zaczęła staczać się po równi pochyłej. Scenariusze stawały się coraz bardziej nijakie, aż w końcu van Hamme zrezygnował z dalszego pisania, rysunki z albumu na album robiły się niechlujne (choć nadal z mistrzowskim sznytem). Potem Mistrz poszedł w styl malarski i to faktycznie miało efekt WOW, ale z czasem również zaczęło szwankować. Pominę milczeniem kolejnych scenarzystów, męczących dzielnego wikinga z rodziną oraz czytających te wypociny fanów. Grześ ograniczył się do robienia okładek kolejnych tomów i wdzięcznego gwiazdorzenia na festiwalach. W mojej ocenie zejście ze sceny nastąpiło tak z pięć lat za późno, ale na szczęście nikt nie czyta tej okrutnej krytyki (hahaha).

Niestety "Młode Wilki" również się zestarzały i zaczęły opuszczać watahę. Parę lat temu Andrzej Janicki, który na privie bardzo namawiał mnie to fotograficznego wcielenia się w Punishera. Termos, czyli wrocławski towarzysz zabaw Fila - Bartosz Słomka. Kompletnie niedoceniony Adrian Madej, którego "Misję" pośmiertnie wznowiła kg. Gdzieś w UK zaginął Michał Lasota, przy lekturze jego "Ławki" wybuchałem salwami śmiechu. Filip Myszkowski... ten akurat żyje i ma się świetnie, tylko rzucił komiks i fika koziołki na desce.

Ale, ale..., przecież komiks jak wiele innych aspektów wszechświata, nie znosi próżni, więc pojawiło się też dużo nowych wyjadaczy, tako wśród twórców jak i wydawców. Chyba najbardziej cieszy pojawienie się kobiet w niesławnych salkach potu, a wraz z nimi trochę świeżego powietrza oraz inne spojrzenie na tworzenie komiksu, które kładzie większy nacisk na emocjonalność i... codzienność. Bardzo lubię to co zinowo wyczynia Ania Krztoń, bajecznie malowane akwarele od Bereniki Kołomyckiej, czy oniryczne podróże Anubisa w wykonaniu Joanny Karpowicz, a to tylko wierzchołek babskiej góry lodowej. Wśród nosicieli chromosomu Y, choć niekoniecznie już takich młodych, lubię rzeczy wychodzące spod ręki Piotrka Nowackiego, czy ziomka po biologicznym fachu - Tomka Samojlika, choć nie samym cartoonem człowiek żyje. Polacy z sukcesem wypłynęli również na szerokie wody światowego mainstream'u. Rysunkowo Kasia Nie, Piotr Kowalski (ten on bezsensownej inby z plecami kobyłki), Jakub Rebelka czy Szymon Kudrański. W zeszłym roku Bartosz Sztybor jako pierwszy Polak otrzymał Nagrodę Hugo, za scenariusz do notabene polskiego towaru eksportowego "Cyberpunk 2077". Do grona światowych superbohaterów z hukiem wkroczył nasz swojski Wiedźmin.

Tyle newsów z kraju i ze świata, a co się wydarzyło przez te lata u mnie. Piętnaście lat temu wzmiankowałem, że niewinne hobby przybiera znamiona nałogu, no więc teraz mogę z czystym sumieniem stwierdzić TO JEST NAŁÓG!!! Diagnozę postawiłem w momencie, gdy ostatnią kasę na koncie i w portfelu potrafiłem przepierdolić na komiksy, których jeszcze nie miałem w kolekcji, bo z jedzeniem to się jakoś przebieduje do wypłaty. Przez długi okres czasu powtarzałem, że owszem uzależnienie, ale niespecjalnie szkodliwe dla mnie oraz otoczenia. Z racji tego, że sumiennie kataloguję swoją kolekcję, to wiem że na przestrzeni dwudziestu lat, średnia cena za pojedynczy egzemplarz wrastała stabilnie o złotówkę co 5 lat, natomiast w wyniku pandemicznych zawirowań PODWOIŁA się, co było jednym z powodów samoograniczania w nałogu, bo portfel dostał zadyszki, a kolekcja urosła do gargantuicznych rozmiarów i na chwilę obecną podzielona jest na dwa mieszkania. To co zacząłem zbierać jeszcze w domu rodzinnym tam pozostało, uzupełniane o kolejne albumy, jeżeli seria nadal jest kontynuowana. Natomiast znaczna większość jest w bydgoskim mieszkaniu, zajmując już przestrzeń we wszystkich pokojach. To kolejny powód rozpoczęcia tej nierównej walki, gdyż fizycznie miejsca zaczyna brakować oraz rosną obawy, że w pewnym momencie podłoga nie wytrzyma i spierdolę się na głowy sąsiadów, powodując katastrofę budowlaną, ewentualnie tomiszcza ulegną samozapłonowi i spłonie blok cały lub skończę marnie jak Hanka pod stosem kartonów. Póki co odwyk idzie marnie, ale jednak małymi kroczkami do przodu, choć każdy świadomie niezakupiony komiks BOLI. Jakieś 7 lat temu podczas lektury dobrego serialu sensacyjnego "Skalp", doszedłem do wniosku, że trzeba zmienić technikę czytania długich serii. Dotychczas czytałem takowe na bieżąco, ale z racji polityki wydawniczej, odbywało się to z przerwami, przez co zapominałem sporo wątków i niuansów. Postanowiłem więc czekać cierpliwie (zazwyczaj jakieś parę lat) na zakończenie serii i wtedy łykać to jako całość. Przerw w czytaniu nie ma, bo przecież publikowanych jest sporo zamkniętych albumów. Na festiwalach przestałem namiętnie stać w kolejkach po rysografy, bo w pewnym okresie robiłem TYLKO to oraz kompulsywne zakupy, które przeniosłem do sieci, gdyż z eventów wracałem obładowany jak ruska baba z targu. Nadal chorobliwie unikam festiwalowych beforów (introwertyzm ewidentnie się pogłębia), choć przez to tracę możliwość bliższego poznania komiksowa. Dla bywalców to prawdopodobnie żaden news, natomiast dla mnie odkryciem tego roku był fakt, że ten melon jest tym melonem! I takie odkrywanie informacji (dla niektórych oczywistych) jest MEGA!!! Jednak po tylu latach przemykania, ludzie zaczynają mnie kojarzyć, choć ja część z nich znam od 25 lat.

To może jeszcze odrobina wróżenia z fusów. Od lat już się straszy o zmierzchu literatury, szczególnie tej wydawanej na nieekologicznym papierze, a mimo wszystko dalej powstają te cudownie pachnące tony tomów, a podziwianie komiksów na ekranach nadal słabo funkcjonuje (przynajmniej w Polsce). Największym koszmarem na nadchodzące lata będzie póki co raczkujące ajaj. Osobiście wypatruję jak kania dżdżu regresu rynkowego. Znaczy to, że rynek obficie owocuje jest zajebiste, ale jak jebnie to nie będę musiał się ograniczać w nałogu.

Zacząłem komiksową przygodę razem z Produktem, tak jak ten przydługi wpis, więc skończę krótką recenzją jego ostatniego numeru. Chłopaki po gwałtownej śmierci periodyku, co jakiś czas odgrażali się, że już niebawem wracają ale na obiecankach się kończyło i dopiero za mordy wziął ich Marcin Łuczak. O dzięki Ci Panie!!! Chociaż...? Czy po tylu latach można jeszcze wejść do tej samej rzeki? Nazywa się tak samo, ukształtowanie terenu również to samo, nawet ryby i inne występujące tam żyjątka, choć starsze są te same, jednak woda zupełnie inna. Ewidentnie wszyscy rysownicy zaliczyli spory progres i nie dopadł ich jeszcze syndrom miszcza grzesia. Rysunkowo - PETARDA! 24 numer Produktu cierpi na coś, co było bolączką okresu Wielkiej Smuty, czyli olśniewające plansze, ze słabo napisanymi historiami, dlatego większość scenariuszy trzeszczy jako kontynuacje lubianych serii. Wtedy to była jazda po bandzie, teraz chodzenie przy poręczy. Autentycznie parę dni po lekturze nie potrafię sobie przypomnieć o czym były te historyjki, poza OS czy JJ. Świetnym pomysłem są... reklamy. Śledziu zacnie popłynął strumieniem świadomości w podpaskach. Publicystyka jest git, choć wieść gminna niesie, że tym razem felietoniści byli odpowiedzialni za tradycyjne igranie z dedlajnami. Edytorsko bez zarzutu. Czy warto? Dla fanów i komplecistów rzecz obowiązkowa. Nuworysze mimo walorów wizualnych, chyba nie do końca się odnajdą bez kontekstu poprzednich numerów, więc bardziej polecałbym im samodzielne wytwory produktowych tfurców.

Ament!!!