sobota, 5 września 2026

Nigdy w życiu!

Przez ostatnie dni cała plotkarska Polska żyła dramą związaną z brakiem Joasi Jabłczyńskiej jako Tosi, w kontynuacji polskiej komedii romantycznej "Nigdy w życiu!", która jak na polskie standardy była bardzo dobrą produkcją. Przy okazji przypomniała mi się pewna sesja zdjęciowa, o której wspominałem w tym miejscu

Miał być to kalendarz dla czasopisma "Gala", gdzie znane celebrytki występowały w towarzystwie mniej lub bardziej nagich mężczyzn. Dzięki temu miałem okazję pozować razem ze wspomnianą wyżej aktorką, która prywatnie okazała się niezwykle sympatyczną, ciepłą i miłą osobą, odwożąc mnie nawet po robocie swoim autem do centrum Warszawy na pociąg.
Autorem zdjęć jest Adam Balcerek pseudonim Black, również mega zajebisty typ człowieka.
To wszystko przypomniało mi też, że miałem wrócić do regularnego publikowania zdjęć w cyklu Saturday Zbok Fever i co... jak zwykle brak czasu oraz zarobiony jestem, ale właśnie zacząłem urlop... letni.
Niestety pamięć już nie ta, zatem kompletnie nie pamiętam jak nazywali się współmodel, ekipa realizacyjna czy "celebrytki" z jeszcze jednej fotki.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Robotyczna propaganda

W czasach świetności tego bloga stworzyłem cykl "Gryzące problemy", który przedstawiał kwestie uwierające mnie w wykonywanej pracy. Powstały zaledwie trzy wpisy, bynajmniej nie dlatego że wyczerpały się tematy. Moja pracownicza, mentalna wątroba wyprodukowała już hektolitry żółci, a przez te wszystkie lata nabawiła się marskości, więc chyba najwyższy czas żeby powrócić do tego cyklu.

W lipcu tego roku nasza "radosna" klinika, zaczęła nowy rozdział we współczesnej medycynie. Wykonaliśmy pierwszy zabieg z wykorzystaniem robota Da Vinci, co zostało hurraoptymistycznie przedstawione w ogólnodostępnych mediach. Z racji tego, że miałem wątpliwą (nie)przyjemność znieczulania pierwszych dwóch operacji, podzielę się moimi wrażeniami i spostrzeżeniami.
Z dziennikarskich informacji można wysnuć błędny wniosek, że skoro zabieg(i) odbywał(y) się na dzieciach, to pacjenci byli mali, a tymczasem były to wyrośnięte nastolatki, zatem samo znieczulenie jak i operacja wyglądała jak u dorosłych. Cytując jednego z operatorów:
- Wdrożenie chirurgii robotycznej u dzieci wymaga znacznie więcej niż tylko opanowania obsługi konsoli operatora. To proces obejmujący standaryzację procedur, przygotowanie anestezjologów dziecięcych, pielęgniarek operacyjnych i zaplecza organizacyjnego.
Z anestezjologicznego punktu widzenia, taki zabieg niczym nie różni się od zwykłej laparoskopii, zatem nie trzeba się do niego jakoś specjalnie przygotowywać. Problem zaczyna się w "zapleczu organizacyjnym", bo słynny robot pracuje w zupełnie innej części naszego szpitala. Niby nic dopóki jest spokój, pomijając fakt że trzeba tam wybrać się z własnym sprzętem do znieczulenia, a na tzw. wózku wyjazdowym posiadamy podstawowe rzeczy. Pracujesz w nieznanym sobie miejscu (aparat do znieczulenia chociaż taki sam), magazyn anestezjologiczny na czas zabiegu jest udostępniony, ale kompletnie nie znasz jego topografii, więc w razie sytuacji wymagającej błyskawicznej reakcji może być... ciężko cokolwiek znaleźć. Nie masz też żadnego kompetentnego backupu, bo macierzysty oddział jest "lata świetlne" stąd, więc z anestezjologiem musicie poradzić sobie sami. O ile podczas pierwszego zabiegu byłem z lekarką, która wie co robi i potrafi pracować zespołowo, to na drugi zabieg poszedł lekarz, który nie dość że chujawie, to jedynie potrafi rozkazywać, a ordynatorka moje wątpliwości co do tej persony totalnie zignorowała i choć znieczulenie oraz zabieg odbyły się bez komplikacji, to spełniły się wszystkie obiekcje, przez co ten drugi zabieg chociaż prostszy, był dla mnie niezwykle wyczerpujący psychicznie. Operacja dobiega końca, ale pacjenta trzeba wybudzić, a wybudzeniówki akurat w tej części bloku operacyjnego brak, zatem z takim mało jeszcze stabilnym pacjentem, trzeba przemieścić się piętro wyżej, gdzie takie stanowiska mają, ale przystosowane dla dorosłych pacjentów, albo śmigać labiryntem korytarzy oraz windą z parteru na piąte piętro na oddział macierzysty.
Tak! Wiem! Nie od razu Rzym zbudowano! Jednak z mojej perspektywy te zabiegi organizacyjnie były jakimiś leśnymi szałasami, a nie marmurowymi świątyniami.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Kintsugi Joker

Pięć lat temu odtrąbiłem odstawienie proszków na depresję, tworząc z tej okazji maskę z blistrów po tabsach, do których nadal wracam co jakiś czas, posiłkując się jeszcze ćpieniem ketaminy. Ostatnia przerwa trwała ze trzy miesiące i aktualnie znowu ł(y)kam.

Z kolei kilka lat temu pożyczyłem pewnej transce maskę z kolekcji Mr.J., na jakiś queerowy występ, z którego niestety wróciła "odrobinę" sfatygowana. Na szczęście z pomocą ruszyła Mania, zajmująca się profesjonalnymi naprawami przedmiotów metodą kinstugi.

W tej naprawionej wersji, przypomina mi ona maskę Safina z filmu "No Time To Die".

wtorek, 28 lipca 2026

Aktywna prokrastynacja

Dom nad jeziorem stoi... Jego wykańczanie również. Znaczy coś tam zostało zrobione, ale nie w takim tempie, w jakim bym sobie życzył. Zamiast robić cokolwiek maluśkimi kroczkami, prokrastynuję dookoła głównego tematu, czyli dokończyłem szklane ściany pod domkiem letniskowym, dbam o ogródek i kwiatki, poprawiam i reperuję jeziorne nabrzeże. 
Dzisiaj wybiórczo pieliłem pole, czyli wyrywałem dwa gatunki roślin, a zostawiałem całą resztę "chwastów", żeby się rozsiewała i wzmacniała, tworząc przez kolejne lata namiastkę kwietnej łąki. Przez cały dzień ogarnąłem zaledwie ułamek całego pola, a zebrane "plony" posłużyły do swoistego faszynowania drogi dojazdowej.
 

sobota, 4 lipca 2026

Alcoholic Memorial Wall


Mój tata był alkoholikiem.

Na szczęście kompletnie niegroźnym. Po prostu lubił sobie dziabnąć, najlepiej w towarzystwie. Pod wpływem nie był obcesowy, chamski, czy agresywny. Jak już zatankował pod korek, szedł grzecznie lulu do łóżka.

Dziadek po kądzieli pił zawodowo, bo był gorzelnianym, dziadka po mieczu nie przypominam sobie z kieliszkiem czy kufelkiem, ale synowie, czyli mój ojciec i jego brat alkoholizowali się dość często i regularnie.

Z pustych butelek jakie po tatku zostały, wymurowałem trzy ściany. Białą, zieloną i brązową, a jeszcze sporo (chyba większa połowa) materiału została. 
Część "cegiełek" jest również moim udziałem. Od roku nie piję! Nie rzuciłem kompletnie, bo w tym czasie były trzy upojne epizody.
Nie starałem się budować jakoś specjalnie ładnie, ściany są krzywe (momentami nawet bardzo), butelki brudne, a część z nich popękana. 
Jaki nałóg, taki memoriał. 

piątek, 19 czerwca 2026

Efekt Fiony

Gdy rano wstawałem do pracy, Fiona przebudziła się i zeskakując z fotela, aby przenieść się do pokoju Kaśki zrzuciła kocyk, którym była przykryta, ten pociągnął za sobą pluszaka Sticha, który spadając wprawił w ruch psią piłeczkę, ta potoczyła się przez cały pokój wpadając na rolkę stretchu, a ona upadając przewróciła kartony, te z kolei wyprowadziły z równowagi dwie wieże ułożone z hachettowych kolekcji komiksowych Marvela oraz DC... Jak to wszystko upadło i hukło, to miałem wrażenie, że jednak nastąpiła katastrofa budowlana, zarywając podłogę od ciężaru tych wszystkich woluminów, a niebo (znaczy sufit) spadł sąsiadom na głowy. Klasyczny EFEKT MOTYLA, tylko że na poczet tego wpisu ociupinkę go ubarwiłem.

W mojej egzystencji właśnie następują zmiany, o czym wspominałem już wcześniej. Moją strategią życiową jest płynięcie z nurtem życia, choć jakieś ostatnie dwadzieścia lat to była raczej stagnacja w coraz bardziej zabagnionym bajorze... No i teraz mogę sobie pogdybać, kiedy nastąpił ten efemeryczny trzepot motylich skrzydełek, powodujący przerwanie tamy, a to akurat nastąpiło w dniu śmierci taty.
Może to było zaproszenie koleżanek na działkową imprezę, a gdy jej termin się zbliżał, u taty zdiagnozowano raka prostaty. Może parę lat wcześniej jak ojciec wylądował na świeckim SORze z krwawiącymi wrzodami żołądka. Może parę miesięcy później gdy spłonął jego holenderski domek, a osoba organizująca zbiórkę pieniędzy na jego odbudowę, przywłaszczyła całą zebraną sumę. Może to nastąpiło gdy poznałem ćpuna, alkoholika i seksoholika, który chwilę później trafił na zamknięty odwyk. Chyba, że to była chwila gdy oddziałowa wzięła mnie kiedyś na bok i oznajmiła, że zapisała mnie na specjalizację. Niewykluczone, że owym efektem było ponowne zaproszenie "kur" nad jezioro, aby opić wyleczenie ojcowego nowotworu, by parę tygodni przed balangą ten kipnął nagle i niespodziewanie. 

Ktoś mógłby się w tych wydarzeniach dopatrywać znaków-sraków, ja wolę powiedzieć jebło to jebło, na chuj drążyć, karawana jedzie dalej, a na horyzoncie majaczą nowe krajobrazy, które być może są szarymi mirażami, albo zbliżającą się Apokalipsą, skoro komiks o nim wylądował najdalej.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Już minął rok

To jest ostatnie zdjęcie taty jakie opublikował na facebook'u dwa dni przed swoją śmiercią. Jedną nogą stoi w Belgii, a drugą w Holandii.

Ten rok minął bardzo szybko i dość sporo wydarzyło się w tym czasie. Nie ma już kotki Agaty, Fiona i Shrek nauczyli się sporo ogłady przez ten czas, a "królowa" to nawet sama zaczęła spontanicznie wchodzić do wody!!! Co prawda robiliśmy to stopniowo, gdy rzucałem jej patyk coraz dalej od brzegu. W tym czasie jej syn patrzył na to z pogardą, w bezpiecznej odległości około 50 metrów od jeziora. Na początku roku dostałem wypowiedzenie najmu lokum w Fordonie, po dwudziestu latach mieszkania w tym miejscu. Zatem siłą rzeczy muszę zintensyfikować prace wykończeniowe domku po tacie, żeby z końcem roku zamieszkać tu na stałe. Niedawno skończyłem edukować się na specjalizacji pielęgniarskiej i teraz czeka mnie tylko jesienny egzamin państwowy. Rozważam zmianę pracy, skoro ostatnia rzecz (mieszkanie) jaka mnie trzymała w Juraszu właśnie się kończy.

Zatem wszystko wskazuje, że na półwiecze życia czekają mnie spore zmiany... Pożyjemy... Zobaczymy...