niedziela, 23 sierpnia 2026

Robotyczna propaganda

W czasach świetności tego bloga stworzyłem cykl "Gryzące problemy", który przedstawiał kwestie uwierające mnie w wykonywanej pracy. Powstały zaledwie trzy wpisy, bynajmniej nie dlatego że wyczerpały się tematy. Moja pracownicza, mentalna wątroba wyprodukowała już hektolitry żółci, a przez te wszystkie lata nabawiła się marskości, więc chyba najwyższy czas żeby powrócić do tego cyklu.

W lipcu tego roku nasza "radosna" klinika, zaczęła nowy rozdział we współczesnej medycynie. Wykonaliśmy pierwszy zabieg z wykorzystaniem robota Da Vinci, co zostało hurraoptymistycznie przedstawione w ogólnodostępnych mediach. Z racji tego, że miałem wątpliwą (nie)przyjemność znieczulania pierwszych dwóch operacji, podzielę się moimi wrażeniami i spostrzeżeniami.
Z dziennikarskich informacji można wysnuć błędny wniosek, że skoro zabieg(i) odbywał(y) się na dzieciach, to pacjenci byli mali, a tymczasem były to wyrośnięte nastolatki, zatem samo znieczulenie jak i operacja wyglądała jak u dorosłych. Cytując jednego z operatorów:
- Wdrożenie chirurgii robotycznej u dzieci wymaga znacznie więcej niż tylko opanowania obsługi konsoli operatora. To proces obejmujący standaryzację procedur, przygotowanie anestezjologów dziecięcych, pielęgniarek operacyjnych i zaplecza organizacyjnego.
Z anestezjologicznego punktu widzenia, taki zabieg niczym nie różni się od zwykłej laparoskopii, zatem nie trzeba się do niego jakoś specjalnie przygotowywać. Problem zaczyna się w "zapleczu organizacyjnym", bo słynny robot pracuje w zupełnie innej części naszego szpitala. Niby nic dopóki jest spokój, pomijając fakt że trzeba tam wybrać się z własnym sprzętem do znieczulenia, a na tzw. wózku wyjazdowym posiadamy podstawowe rzeczy. Pracujesz w nieznanym sobie miejscu (aparat do znieczulenia chociaż taki sam), magazyn anestezjologiczny na czas zabiegu jest udostępniony, ale kompletnie nie znasz jego topografii, więc w razie sytuacji wymagającej błyskawicznej reakcji może być... ciężko cokolwiek znaleźć. Nie masz też żadnego kompetentnego backupu, bo macierzysty oddział jest "lata świetlne" stąd, więc z anestezjologiem musicie poradzić sobie sami. O ile podczas pierwszego zabiegu byłem z lekarką, która wie co robi i potrafi pracować zespołowo, to na drugi zabieg poszedł lekarz, który nie dość że chujawie, to jedynie potrafi rozkazywać, a ordynatorka moje wątpliwości co do tej persony totalnie zignorowała i choć znieczulenie oraz zabieg odbyły się bez komplikacji, to spełniły się wszystkie obiekcje, przez co ten drugi zabieg chociaż prostszy, był dla mnie niezwykle wyczerpujący psychicznie. Operacja dobiega końca, ale pacjenta trzeba wybudzić, a wybudzeniówki akurat w tej części bloku operacyjnego brak, zatem z takim mało jeszcze stabilnym pacjentem, trzeba przemieścić się piętro wyżej, gdzie takie stanowiska mają, ale przystosowane dla dorosłych pacjentów, albo śmigać labiryntem korytarzy oraz windą z parteru na piąte piętro na oddział macierzysty.
Tak! Wiem! Nie od razu Rzym zbudowano! Jednak z mojej perspektywy te zabiegi organizacyjnie były jakimiś leśnymi szałasami, a nie marmurowymi świątyniami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz