czwartek, 14 maja 2026

Melancholijny ćpun

Jakoś chyba dwa lata temu, trafiłem w sieci na informację, że Ketamina będąca lekiem, który czasem używamy w pracy przy znieczulaniu pacjentów, ma nowe zastosowanie w leczeniu depresji, a że lubię "eksperymentować" na sobie, żeby w dyskusji na jakiś temat być praktykiem czegoś, a nie tylko teoretykiem, to również ten medykament użyłem na sobie.

Specyfik chociaż jest ściśle reglamentowany, zabierałem jako resztki po znieczuleniu, bo zazwyczaj wszystkiego się nie zużywa, a pozostałość w fiolce po prostu wyrzuca. Najtrudniej jest sobie samemu założyć wenflon... Znaczy technicznie przy moich żyłach to bułka z masłem, tylko trzeba pokonać psychiczny opór, żeby samemu się dziabnąć. Nigdzie w internetach nie znalazłem jakie jest dawkowanie w psychiatrii, natomiast wiem jakie jest w anestezjologii, więc żeby być w miarę świadomym i nie odlecieć w zaświaty, choć kopa daje niezłego, po prostu ją miareczkowałem.

Jakbym miał do czegoś porównać jej działanie po podaniu, to jakby wrzucić bardzo musującą tabletkę do szamba, czyli efekt zaczyna się od "dna", czyli podstawy mózgownicy, by dość szybko poczuć "bąbelki" na powierzchni. Pomijam oczywiście efekty uboczne, które również występują, ale dość szybko mijają. Póki co przez te dwa lata specyfik zastosowałem czterokrotnie, więc raczej uzależnionym narkomanem nie jestem, natomiast nie jestem w stanie określić ,na ile to jest faktyczne działanie długofalowe, a na ile efekt placebo, ale po każdym kolejnym razie, "gnojowica" staje się jakby bardziej przejrzysta.