Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2026

Alcoholic Memorial Wall


Mój tata był alkoholikiem.

Na szczęście kompletnie niegroźnym. Po prostu lubił sobie dziabnąć, najlepiej w towarzystwie. Pod wpływem nie był obcesowy, chamski, czy agresywny. Jak już zatankował pod korek, szedł grzecznie lulu do łóżka.

Dziadek po kądzieli pił zawodowo, bo był gorzelnianym, dziadka po mieczu nie przypominam sobie z kieliszkiem czy kufelkiem, ale synowie, czyli mój ojciec i jego brat alkoholizowali się dość często i regularnie.

Z pustych butelek jakie po tatku zostały, wymurowałem trzy ściany. Białą, zieloną i brązową, a jeszcze sporo (chyba większa połowa) materiału została. 
Część "cegiełek" jest również moim udziałem. Od roku nie piję! Nie rzuciłem kompletnie, bo w tym czasie były trzy upojne epizody.
Nie starałem się budować jakoś specjalnie ładnie, ściany są krzywe (momentami nawet bardzo), butelki brudne, a część z nich popękana. 
Jaki nałóg, taki memoriał. 

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Już minął rok

To jest ostatnie zdjęcie taty jakie opublikował na facebook'u dwa dni przed swoją śmiercią. Jedną nogą stoi w Belgii, a drugą w Holandii.

Ten rok minął bardzo szybko i dość sporo wydarzyło się w tym czasie. Nie ma już kotki Agaty, Fiona i Shrek nauczyli się sporo ogłady przez ten czas, a "królowa" to nawet sama zaczęła spontanicznie wchodzić do wody!!! Co prawda robiliśmy to stopniowo, gdy rzucałem jej patyk coraz dalej od brzegu. W tym czasie jej syn patrzył na to z pogardą, w bezpiecznej odległości około 50 metrów od jeziora. Na początku roku dostałem wypowiedzenie najmu lokum w Fordonie, po dwudziestu latach mieszkania w tym miejscu. Zatem siłą rzeczy muszę zintensyfikować prace wykończeniowe domku po tacie, żeby z końcem roku zamieszkać tu na stałe. Niedawno skończyłem edukować się na specjalizacji pielęgniarskiej i teraz czeka mnie tylko jesienny egzamin państwowy. Rozważam zmianę pracy, skoro ostatnia rzecz (mieszkanie) jaka mnie trzymała w Juraszu właśnie się kończy.

Zatem wszystko wskazuje, że na półwiecze życia czekają mnie spore zmiany... Pożyjemy... Zobaczymy...

czwartek, 14 maja 2026

Melancholijny ćpun

Jakoś chyba dwa lata temu, trafiłem w sieci na informację, że Ketamina będąca lekiem, który czasem używamy w pracy przy znieczulaniu pacjentów, ma nowe zastosowanie w leczeniu depresji, a że lubię "eksperymentować" na sobie, żeby w dyskusji na jakiś temat być praktykiem czegoś, a nie tylko teoretykiem, to również ten medykament użyłem na sobie.

Specyfik chociaż jest ściśle reglamentowany, zabierałem jako resztki po znieczuleniu, bo zazwyczaj wszystkiego się nie zużywa, a pozostałość w fiolce po prostu wyrzuca. Najtrudniej jest sobie samemu założyć wenflon... Znaczy technicznie przy moich żyłach to bułka z masłem, tylko trzeba pokonać psychiczny opór, żeby samemu się dziabnąć. Nigdzie w internetach nie znalazłem jakie jest dawkowanie w psychiatrii, natomiast wiem jakie jest w anestezjologii, więc żeby być w miarę świadomym i nie odlecieć w zaświaty, choć kopa daje niezłego, po prostu ją miareczkowałem.

Jakbym miał do czegoś porównać jej działanie po podaniu, to jakby wrzucić bardzo musującą tabletkę do szamba, czyli efekt zaczyna się od "dna", czyli podstawy mózgownicy, by dość szybko poczuć "bąbelki" na powierzchni. Pomijam oczywiście efekty uboczne, które również występują, ale dość szybko mijają. Póki co przez te dwa lata specyfik zastosowałem czterokrotnie, więc raczej uzależnionym narkomanem nie jestem, natomiast nie jestem w stanie określić ,na ile to jest faktyczne działanie długofalowe, a na ile efekt placebo, ale po każdym kolejnym razie, "gnojowica" staje się jakby bardziej przejrzysta.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Rzutem na taśmę...

 ... wrzucam jakiś pościk, żeby choć jeden był w miesiącu kwietniu.

Zapierdalando trwa w najlepsze, dzieje się mnóstwo i choć pomysły na wpisy są, to nie ma kiedy ich produkować. Jednym z nich miał być nawiązujący do bożonarodzeniowego, gdzie opowiadałem o swojej pierwszej choince, która trwała aż do pierwszego dnia wiosny, aby to strojne drzewko spalić jako Marzannę.

Aktualnie jestem na urlopie i ogarniam wiejskie tematy. Porządków po tacie nie ma końca: segregacja przydasi, katalogowanie księgozbioru, wyjadanie resztek po nim. Zima się skończyła, trzeba ukulać opału na kolejną (kupiłem sobie piłę łańcuchową), założyłem miniogródek, załadowałem kompostownik na full, zrobiłem dwa kolejne podejścia, umocniłem groblę nad jeziorem, bo się lekko rozjechała. 

Z racji wypowiedzenia po dwudziestu latach mieszkania we Fordonie, muszę hacjendę względnie ogarnąć do końca roku. Powoli zacząłem zwozić rzeczy z miasta tutaj, niedługo zacznę ocieplać pozostałą resztę, a potem kopanie studni, wykończenie łazienki i stworzenie komiksoteki marzeń.

sobota, 24 stycznia 2026

Memories summoner

Wczoraj była rocznica urodzin mojego taty. Korzystając z pobytu na wieśce, podjechałem w jego rodzinne strony, żeby odwiedzić bliskie mu miejsca, w których pewnie spędzał mnóstwo czasu i miał stamtąd bez liku doświadczeń oraz wspomnień. 

Dom rodzinny w Czersku Świeckim wybudował mój dziadek z gliny i słomy. Rozbudował i zmodernizował go mój wujek, który zmarł ponad 3 lata temu i od tego czasu stoi pusty. 
Niedaleko na "Pustkowiu" niszczeje dom tatowego wujka i jeszcze kilka lat minie, aż zupełnie popadnie w ruinę.
Po gospodarstwie cioci Trudy zostało kilka wiekowych drzew owocowych i rozłożysty świerk, który posadzono obok domu.
Podczas tej nostalgicznej podróży znowu naszła mnie myśl, jaki sens ma ludzka chęć posiadania? Miejsca, które wcześniej tętniły życiem wielodzietnych rodzin, gdzie każdy miał jakieś marzenia, cele, troski, ulubione rzeczy, pamiątki, dzisiaj rozpadają się w proch.
W serii komiksów o przygodach Lanfeusta z Troy, w jednej z krain żyli bogowie. Niektórzy niezwykle potężni, inni po prostu dziwni, a ich moc zależała od ... ludzi w nich wierzących. Umieszczona jest tam niezwykle wzruszająca scena, podczas której jeden z nich znika, bo właśnie umarła ostatnia osoba w niego wierzącą.
Z ludźmi jest jeszcze bardziej prozaicznie i cokolwiek znaczymy za życia, a po naszej śmierci pozostaje tylko gromadzony przez nas majątek, o który szarpią się nasi spadkobiercy, garść przedmiotów które dla nas były cenne, a dla innych to zwykłe kurzołapy, bo przecież mają SWOJE SSSSSKARBY, a te po kimś można ewentualnie spieniężyć, rozdać, wyrzucić lub zniszczyć. 
Jednostki to mały pikuś, skoro w proch sypią się całe cywilizacje albo w niepamięć odchodzą wierzenia jak chociażby słowiański panteon, który z braku pisemnego dziedzictwa jest teraz zaledwie marną rekonstrukcją.
Lubię urbex!!! Wchodzić w opuszczone przestrzenie, śmierdzące stęchlizną, gdzie kiedyś żyli czy pracowali ludzie. Lubię gromadzić artefakty i przydasie! W każdym przedmiocie jest wspomnienie lub wyobrażenie o KIMŚ kiedyś dla kogoś ważnym!

niedziela, 18 stycznia 2026

Downhill convention

Po prawie dwóch tygodniach dość sporych mrozów, kilka dni temu nastąpiła odwilż, a wraz z nią gołoledź, by znowu przymrozić. Było bajkowo, choć niebezpiecznie, a spontaniczny jednodniowy wyjazd na wieśkę skończył się wielogodzinnym czekaniem na kolei na pociąg powrotny. Jak byłem na stacji po 19tej, to pociągu z16tej jeszcze nie było, a jak wreszcie po 21 przyjechał zupełnie inny skład, to tamtego nadal ni widu ni słychu.
Od jutra zaczynam praktyki ze specki, czując lekki stres. Nie jest on związany z tym, że lękam się powinięcia nogi, niczym na ślizgawce, tylko bardziej tego, że ogarnięcie tego czasowo będzie wymagało dość sporych fikołków logistycznych, ale skoro robiło się studia na dwóch kierunkach, z często pokrywającymi się zjazdami, to co tam jakaś nauka, praca, życie na dwa domy i inne przyjemności, przez najbliższe minimum pół roku.
Choć aura za oknem wymarzona, zimowa, z mrozem szczypiącym w policzki i nos, krą spływającą Wisłą, ino zasp śnieżnych brakuje do pełni szczęścia, to psychicznie czuję jakbym zjeżdżał z górki. Może nie jest to niekontrolowany ślizg z Nosala, a raczej slalom na oślej łączce, to jednak z każdym dniem jestem coraz niżej, pomimo dorzucenia dodatkowego leku. Choć ciemna dolina jeszcze daleko, to chciałbym się już zatrzymać, a nie potrafię.

piątek, 9 stycznia 2026

Lost lives

Jestem przegrywem!!!

Czasem nachodzą mnie takie myśli, które wydaje mi się, że nie są związane ze zniżką nastroju, tylko obserwacją ludzi wokół.

Nie jest łatwo starać się żyć alternatywnie według własnych zasad, a nie tych dyktowanych przez społeczny dyskurs. Nawet jeśli masz wyjebane na ten współczesny dobrostan, to i tak znajdą się "życzliwi", którzy dziwią się wielce i dają "dobre" rady. Jednak najgorzej bywa, gdy najbliżsi starają się w dobrej wierze umeblować egzystencję.

Zdarza mi się rozmyślać jak wyglądałoby moje żyćko, gdybym na rozdrożach poszedł inną ścieżką? Został leśniczym, albo nauczycielem, założył rodzinę, gromadził dobra lub zwiedzał świat... Gdybym słuchał siebie, a nie kogoś bliskiego, bo jestem jak to pokorne cielę żrące trawsko tam gdzie pastuszek wskazuje. Krowy w stadzie upasione, ta ma lepsze korytko, inna bardziej lśniące futro, ładnej brzęczący dzwonek. Łąka pachnąca ziołami, niczego nie brakuje, brzuch pełen, słonko miło przygrzewa i choć wewnętrzy wilk wyje wzywając w leśną głuszę, to mościsz sobie kawałek obory po swojemu, bo lękasz się zmian.

czwartek, 13 listopada 2025

Kołowrotek

Darek Pietrzak

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę

Gubię wątek i dni.

Kontynuując wątek późnego dorastania, moje żyćko z młyńskiego koła, wolno mlącego ziarna, zmieniło się w rozpędzony kołowrotek. Sama cykliczność mi nie przeszkadza, bo jest naturalnie wpisana w funkcjonowanie natury. Natomiast męczy mnie aktualne tempo.

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam

Na pierwszej stacji, teraz, tu!

Wcześniejszy schemat Wolne - Obowiązki polegał głównie na tym, że w czasie wolnym w zależności od jego długości, jechałem na wycieczkę, plener fotograficzny, wieśkę itd., albo szedłem do kina, koncert, wystawę czy imprezkę. Obecnie wkradła się powtarzalność, która w różnych wariantach wygląda następująco: dniówka, kino, robienie jedzenia na kolejny dyżur, kąpiel, spanie, kolejna dniówka, kino, kąpiel, spanie, pranie, zakupy, kino, nocka, wyjazd na wieśkę. Tutaj czas ciutkę zwalnia, ale również kręci się wokół obowiązków, bo ciągle jest coś zrobienia na ojcowiźnie, a jeszcze czasem mamie trzeba w czymś pomóc.

... nie chcę z nikim ścigać się, z sił opadam

Przez życie nie chcę gnać bez tchu.

Dłuższe wyjazdy odpadają, bo zwierzęta wymagają opieki, a nie mam sumienia zostawiać je na dłużej pod opieką sąsiadki, która dogląda je gdy dyżuruję. Nałóg komiksowy choć powoli, systematycznie ograniczany i tak uległ zatarciu, bo nawet nie mam czasu, żeby czytać to co zalega na hałdzie wstydu. Wyprawy tylko krótkie, jedno lub dwudniowe. Życie towarzyskie również zdechło.

... życie przecież po to jest, żeby pożyć

By spytać siebie, "mieć czy być"?

Nim w kołowrotku pęknie nić.

Powiedziałem o tym "życiowym kołowrotku" koleżance, na co ona wypaliła - "Witamy w dorosłości"!

piątek, 31 października 2025

Co tam u piesków, czyli jak prawie oddałem tacie nerkę

03.04.2024.
Przełom października i listopada to nostalgiczny czas wspomnień i zadumy, a w tym roku dla mnie wyjątkowy po stracie jednego z rodziców. Na poczet tego wpisu przejrzałem galerię zdjęć w telefonie, w poszukiwaniu ostatniej fotografii  ojca. Z lekkim niedowierzaniem znalazłem ją dopiero na początku zeszłorocznego lata, czyli rok przed jego śmiercią. Namówiłem wtedy rodziców, żeby zjeść wspólny obiad nad jeziorem, gdzie wiosną zrobiłem plażę z prawdziwego zdarzenia, czyli wykarczowałem trzcinę, wykopałem niewielką zatoczkę, w miejsce starego pomostu usypałem ziemną groblę, a całość obsiałem trawą. W tak pięknych okolicznościach przyrody zasiedliśmy przy niewielkim, metalowym stoliku ogrodowym. Porobiłem kilka fotek i żeby zaprezentować je wszystkim zainteresowanym, czyli naszej niewielkiej rodzinie, założyłem grupę na messengerze.
30.06.2024.
Gdy zawoziłem tatę na dworzec kolejowy w Laskowicach, skąd jechał pociągiem do Poznania, a z kolei stamtąd poleciał do Brukseli, nawet przez myśl mi nie przeszło, że widzę go ostatni raz. Wychodząc z auta poprosił mnie, żebym pożyczył mu saszetkę na dokumenty i inne pierdoły, zwaną potocznie nerką. Z racji tego, że zostawałem na wieśce opiekować się zwierzakami, oddałem mu ją chętnie, ale niestety Chudy Heniek nie zdołał się w nią zapiąć, bo roztył się z wiekiem. Będąc już w Belgii, cisnął mojego brata na oglądanie jak największej ilości atrakcji, bo zawsze był głodny wrażeń w nowym miejscu. Dzień przed powrotem do kraju zmarł nagle. Jeszcze wieczorem odgrażał się, że nie ma długiego leżakowania, bo zwiedzać, oglądać, poznawać, a gdy nie wstał na śniadanie, znaleźli go martwego, klęczącego przy krześle. Z zagranicy wrócił spopielony w urnie, spontanicznie zwiedzając w koszyku jakiś dyskont spożywczy, bo brachol zeschizował, że mogą z parkingu ukraść auto z nim w środku.
17.06.2025.
Lato zleciało jak z bicza strzelił i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że w ferworze walki na kilku frontach przegapiłem żałobę, chociaż te wszystkie etapy przeżywam i nie dotarłem jeszcze do ostatniego, czyli akceptacji. W Albertówce, która formalnie już jest moja, czuję się jak kustosz muzeum, ogarniając sprawy urzędowe, prostując różne kwestie po tatku, opiekując się psami i kotką. Nie potrafię cieszyć się tym miejscem tak jak dawniej. Porządkując jego dobytek, ciągle zastanawiam się co wyrzucić, zostawić, zniszczyć, schować, przekazać, starając się jak najmniej naruszyć zastaną tkankę. Nieekologicznych stosów całopalnych było pięć, tyle samo pełnych pojemników na odpady zmieszane, ogromna kolekcja czasopism lotniczych, modelarskich i militarnych pojechała na drugi koniec kraju, niezłożone modele prawie sprzedane, zapasów żywnościowych (mrożonki, suszonki, zaprawy) jeszcze nie przejadłem, za pokaźny księgozbiór ciągle się zabieram, fotografie wstępnie posegregowałem, a park narzędziowo-maszynowy na szczęście ogarnął Kamil, załatwiając trzy pokaźne regały magazynowe. Na przyszły rok zostało wykończenie domu (dokończenie ocieplenia elewacji, doprowadzenie wody, zrobienie łazienki, magazynu na komiksy i warsztatu, założenie ogródka) i dopiero wtedy można pomyśleć o sprowadzeniu się na swoje.
31.10.2025.
Z kimkolwiek teraz bym nie rozmawiał, to prędzej czy później pada sakramentalne pytanie - Co tam u piesków? Chuj tam ze mną!!! Liczą się te jebane kundle, na widok których każdy wpada w zachwyt, bo takie śliczne, łagodne i pogodne. W sumie to prawda. Nigdy nie widziałem, żeby na kogoś chociażby zęby wyszczerzyły, nie licząc radosnego obszczekiwania na powitanie. Praktycznie zawsze były z tatą, więc nie dziwota, że ludzie interesują się ich losem, który niewiele się zmienił. Gdy ojciec gdzieś wyjeżdżał, to przejmowałem rolę ich opiekuna na te 3-5 dni i były wtedy trochę mniej beztroskie, czekając na powrót swojego Pana oraz auta, żeby znowu pojeździć po okolicy. Po jego śmierci było tak samo, ale gdzieś tak po 10 dniach od jego niebytu, stały się totalnie apatyczne, nie opuszczając łóżka w którym spał. Teraz już jest OK. Staram się przyjeżdżać na wieśkę jak najczęściej, a doraźnie zagląda do nich sąsiadka, mama lub Kamil. Skończyła się wieczna laba, a zaczęła nauka. Na początek chodzenie na smyczy. Wszyscy mówili, że dorosłe psy nie ogarną tematu i faktycznie był dramat (wyrywanie, szarpanie, leżenie plackiem), ale po dwóch tygodniach załapały. Komenda "Zostań" to niestety do tej pory w ich wykonaniu jest zabawa w "Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!". Na komendę "Dom" gdzie miały iść grzecznie do domu, udawały że nie słyszą, albo spierdalały do lasu. Dopiero niedawno nauczyłem je zostawać w domu gdy gdziekolwiek wyjeżdżam, bo wcześniej biegły za mną. Ćwiczymy coraz dłuższe zamknięcie w domu, bo na zimę, gdy nie będzie kto mógł rozpalić w kominku, będę chciał je zabrać do Bydgoszczy. Fiona latem gdzieś skaleczyła sobie bok i potrzebne było szycie, a Shrek został wykastrowany, żeby nie miał już takiej potrzeby biegania po wsi. Jeszcze jest kotka Agata, która rozchorowała się wiosną i już kilka razy przymierzałem się do skrócenia jej egzystencji, ale ostatnio nastąpiła cudowna poprawa.
08.05.2024.


środa, 22 października 2025

Babranina

Z pisaniem tego bloga, jak i robieniem czegokolwiek innego, niezwiązanego z pracą i życiem codziennym jest różnie. Czasem idzie jak zjazd na nartach z Nosala, innym razem człowiek przedziera się przez zarośnięte chaszczami bagno, a pomysły na kolejne wpisy zdychają szybciej niż się rodzą. Aktualnie mobilizuję się tylko do weekendowych SZF. Mam jakiś pomysł, żeby spisać historie rodzinne, co jest skutkiem śmierci taty. Na pierwszy ogień pójdzie dziadek Ludwik, ale chciałbym najpierw zobaczyć jedną wystawę w Gdańsku. Wisi zaległa relacja z kaśkowego wernisażu w Lublinie. W głowie kołacze jakiś koncept na miłosną opowieść. Przydałby się też raport, z tego co się działo przez ostatnie miesiące. Świeżych polaroidów póki co brak, bo nie było zbytnio możliwości ich robienia, kursując między wieśką, a miastem.

wtorek, 8 lipca 2025

Miesięcznica

Miesiąc po tym jak tato poleciał odwiedzić brata w Belgii, przyśnił mi się pierwszy raz odkąd zmarł (dzisiaj miesięcznica). Sen jak to sen, był dziwny ale pozytywny. Wrócił w nim jak gdyby nigdy nic z tej wycieczki i był mocno zaskoczony tym co zastał, czyli stanem rzeczywistym. Zasiana na drodze i podjeździe w ramach niespodzianki trawa, już mocno wzeszła, choć nie wszędzie i słabo, bo susza i nie ma kiedy oraz jak jej regularnie podlewać. Beztroskie do tej pory psy, z oporami uczą się nieznanych wcześniej komend oraz rytmu dnia wyznaczanego przez właściciela. Nie ma jego wysłużonego auta, ani większości już niepotrzebnych ubrań, a śmietnik prawie pełen tłuczonego szkła. Dom opróżniony z cennych rzeczy, żeby jakiś łasy na cudzą własność złodziej, nie czuł potrzeby wchodzenia do niego, widząc przez umyte okna, że szkoda jego fatygi, co i tak zarejestrowałyby czujne oczy kamer. Jego ukwiecony dziesiątkami wiązanek i wieńców grób skrywa urnę. Tylko czyje są w niej prochy skoro on stoi tu i teraz i się dziwi?!!! Wysłuchał co się stało i działo przez tą spontanicznie przeciągniętą do miesiąca podróż, spokojnie akceptując te wszystkie zmiany i wzruszony... obudziłem się.

To był bardzo trudny czas! Gdyby nie wsparcie bliskich oraz znajomych byłoby jeszcze ciężej. Wczorajsza wieczorna NIESPODZIANKA dała mi nadzieję na lepsze jutro. Otrzymałem od moich współpracowników, na których bez przerwy psioczę i narzekam... ROWER ELEKTRYCZNY!!! 

Poczułem się dokładnie tak samo, gdy parę lat wcześniej, po spaleniu tatowego domu i prawie całego dobytku, ludzie (nawet obcy) gremialnie rzucili się z pomocą! 

DZIĘKUJĘ!!! <3 

Ktoś sobie może pomyśleć - Na chuj mu bicykl!? Wbrew pozorom bardzo ułatwi mi on funkcjonowanie, skoro świadomie postanowiłem żyć bez auta, a teraz zmuszony jestem dzielić tą egzystencję na dwa oddalone od siebie domy.

czwartek, 26 czerwca 2025

Stabilnie chujowo


Powyższy obrazek Maxa Atlanty idealnie obrazuje mój aktualny stan życiowo-duchowo-psychiczny, z czego ostatni kadr wbrew pozorom wprowadza optymistyczny akcent. Minęły już prawie 3 tygodnie odkąd zmarł tato. Psycholodzy wyróżniają kilka etapów żałoby, które niekoniecznie muszą następować po sobie i trwać w różnym czasie. Z racji tego, że nie miałem bezpośredniej styczności z ciałem ojca, a wraz z rodziną pochowaliśmy w niewielkim, cmentarnym dołeczku tylko urnę z prochami sprowadzonymi z Belgii, do teraz myślę że już za chwilę Henio wróci do Albertówki, a życie będzie toczyło się jak dawniej. 
Jeszcze na początku czerwca, we wpisie z okazji Dnia Dziecka, jak i w mowie pogrzebowej, wspominałem o tym, że do tej pory miałem miłe żyćko. Zresztą to dorosłe również starałem się tak ułożyć, żeby płynęło umiarkowanie, ale przynajmniej bez raf koralowych, lodowych gór czy wodogrzmotów. Po tym nagłym zgonie przeżywam prawdziwy rollercoaster. Okazuje się, że rodziciel skrywał przed najbliższymi sporo tajemnic, które dopiero teraz wychodzą na światło dzienne. Wywaliło mnie to daleko z dotychczasowej strefy komfortu, więc naprzemiennie dopadają mnie napady paniki, smutku, żalu, czy gniewu. Życie toczy się dalej swoim rytmem, a podświadomość funduje fikołki, nad którymi racjonalny umysł przestaje panować. 
Najważniejsze, że w tych trudnych chwilach mogę liczyć na wsparcie najbliższych oraz różnych znajomych.

środa, 30 kwietnia 2025

Józek Robotnik w trzech aktach

Jutro Święto Pracy, stąd polaski przedstawiające przepiękny kościół socmodernistyczny pod wezwaniem św. Józefa Robotnika, wybudowany w robotniczych Kielcach, które w czasach Polski Ludowej były zagłębiem komunistycznym.
W związku z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi, zrobiłem sobie w Latarniku Wyborczym test, potwierdzający jedynie moje lewicowe poglądy. Niestety obecnie polska lewica jest mocno podzielona i rozdrobniona, a osób kandydujących do roli Żyrandola vel Długopisu, z tej strony sceny politycznej jest aż trójka: Joanna Senyszyn, Magdalena Biejat oraz Adrian Zandberg. Każdy ma swoje plusy i minusy, więc któryś z nich mój głos w pierwszej turze otrzyma, bo sondaże raczej szans na drugą nie dają, tym bardziej że ogólnoświatowy trend polityczny, wskazuje na prawoskręt.
Parę dni temu zastanawiałem się czemu pierwszomajowe pochody, choć zdechły z przyczyn oczywistych, nie mogłyby właśnie teraz być zorganizowane? Bo się źle kojarzą? Z jednej strony agitacja obecnie działa głównie w social mediach, z drugiej strony przyszła jakaś moda na marsze. Zaczęło się chyba od kameralnych smoleńskich, potem niepodległościowe, Strajk Kobiet czy dumne czerwcowe

wtorek, 9 czerwca 2020

Obse(n)sja

Jutub przez przypadek uzmysłowił mi ostatnio, skąd pochodzi ścieżka dźwiękowa moich nostalgicznych snów.

środa, 11 marca 2020

Klasyczny bul dópy

Subiektywna, zakulisowa opowieść o formacie telewizyjnej "śniadaniówki", w postaci pysznej, niskokalorycznej papki dla ludu, czyli jak kąsać rękę, która Ciebie promuje.  
Piątego marca otrzymałem zaproszenie do wystąpienia w programie "Dzień dobry TVN", w pogaduszkach na temat "Pasja większa niż życie".
Zgodziłem się bez zastanowienia, głównie żeby zmierzyć się z nowym wyzwaniem, czyli udzielaniem się na żywo, przed liczną publicznością.
Niewielki zgrzyt nastąpił, gdy zostałem poproszony o przesłanie zdjęć z pracy, bo autentycznie nie posiadam w swoim archiwum takich, które bez przypału mógłbym upubliczniać, bo albo są już stare, albo ze współpracowaniami lub pacjentami (kwestia RODO), albo jakieś głupawki. Pani cisła o te foty, więc znalazłem jakieś w miarę sensowne z siatą w windzie, gdy wracam na oddział z paszą dla wygłodzonych kur. Ostatecznie poszło bez sensu, bo występujący ze mną pani adwokat oraz pan chirurg, jakoś nie zostali pokazani w wizytówce, podczas wykonywania pracy zawodowej.
Kolejny zgrzyt - zdjęcia modelingowe. Zaproponowałem żeby gdzieś tam wspomnieć o moim ofelionowym projekciku, na co dostaję odpowiedź, że nie mogą promować (sic!). 
No NIE!!! 
Faktycznie nie pokazują! 
Przypominam - temat PASJA
Ofelion to nonprofitowy temat przewodni tej pasji.
No to jak Państwo tak, to ja Wam wyślę same najpiękniejsze, artystyczne zdjęcia ofelionowe. Oczywiście prosili o dobrą rozdzielczość i bez golizny. Ostatecznie wieczorem przed emisją dowiaduję się, że sami se z fejsa ściągli, zatem to pieprzenie o rozdzielczości to pic na wodę. No więc proszę, żeby chociaż pokazali co wybrali, a tam kolejny fuckup, bo jedna fota z używką na pierwszym planie. Zasugerowałem żeby wyciąć i tu nawet posłuchali.
Na planie stawiłem się zgodnie z wytycznymi godzinę przed wejściem na antenę.
Papierologia, tapetowanie, szybkie omówienie scenariusza, mikrofonik i JAZDA.
Siadamy na wyznaczonych pozycjach, w ostatniej chwili dosiadają się prowadzący.
3...2...1... AKCJA!
Na pierwszy ogień stała bywalczyni programu prawniczka-piosenkarka, że se gra na pianinie, flecie oraz innych instrumentach. Opowiada barwnie, kwieciście i z sensem jakieś dwie minuty.
Następnie doktor-pianista z milionem dodatkowych pasji. Nie omieszkano wspomnieć, że w tym zawodzie tyle nauki i pracy (pielęgniarka nie musi mieć wykształcenia i doświadczenia), a gdzie czas na granie. Pierdoli trzy minuty, z czego jedną o synu (chyba też jako pasji), wtrącając wymownie patrząc na prawniczkę, że mają takie wymagające, odpowiedzialne, stresujące zawody, że muszą jakoś odreagować (tu chciałem mu tętnicę przegryźć, co chyba nawet widać po grymasie).
Na końcu pielęgniarz-model-performer-artysta (połechtały te słowa wypowiedziane przez Kingę), choć jeszcze wiedzieli (widziałem scenariusz), że jestem leśniczym i biologiem, a drugą pasją są komiksy. Nie omieszkano wspomnieć, że na modelingu można zarabiać, choć od wielu lat dopłacam (na MRJ poszło jakieś 800 zł, na polaroidowego Ofeliona około 3 tys.). Coś tam poYYYpowiadałem trzy po trzy, przez niecałe dwie minuty, świecąc śnieżnobiałymi licówkami i bezskutecznie starając się opanować zwichnięty nadgarstek.
Finałowo pani mecenas plumka na pianinie, podśpiewując rzewnie, prowadzący znikają bez cześć na powitanie, ani całujcie nas w dupy na pożegnanie, my siedzimy udając że słuchamy, aplauz Piotra z offu.
KURTYNA.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Fordon

Mieszkam w Fordonie ponad dekadę.  
W myśl powiedzenia "Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma", polubiłem tą bydgoską dzielnicę do tego stopnia, że stałem się lokalnym patriotą i uważam, że powinna funkcjonować jako osobna miejscowość, a wchłonięcie tej przytulnej mieścinki w latach 70-tych przez Bydgoszcz, było de facto gwałtem na jej mieszkańcach.
Na swój własny użytek stworzyłem jego dwujęzyczny neologizm fromDOM, a młodzieżowy skrótowiec to 4don.
Fordon można z grubsza podzielić na dwie części. Małomiasteczkowy, malowniczy Stary Fordon oraz ogromne, peerelowskie blokowisko wybudowane na terenie lotniska, które ciągle powiększa swój areał. Mieszkam gdzieś pomiędzy, dzięki czemu wszędzie mam blisko. Wystarczy kwadrans spacerkiem, a jestem na piaszczystej, wiślanej plaży albo malowniczych górkach. Jedyne czego mi tutaj brakuje to kina.
Dzisiaj przypada setna rocznica powrotu Fordonu do macierzy, czyli wolnej Polski.
W ramach PADOCa, postanowiłem uczcić ten historyczny moment, ubierając się w biało-czerwone barwy narodowe, wpinając w kołnierzyk fordoński herb, a także trzymając w dłoniach białą różę, nawiązującą do tegoż.