Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2025

Kołowrotek

Darek Pietrzak

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę

Gubię wątek i dni.

Kontynuując wątek późnego dorastania, moje żyćko z młyńskiego koła, wolno mlącego ziarna, zmieniło się w rozpędzony kołowrotek. Sama cykliczność mi nie przeszkadza, bo jest naturalnie wpisana w funkcjonowanie natury. Natomiast męczy mnie aktualne tempo.

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam

Na pierwszej stacji, teraz, tu!

Wcześniejszy schemat Wolne - Obowiązki polegał głównie na tym, że w czasie wolnym w zależności od jego długości, jechałem na wycieczkę, plener fotograficzny, wieśkę itd., albo szedłem do kina, koncert, wystawę czy imprezkę. Obecnie wkradła się powtarzalność, która w różnych wariantach wygląda następująco: dniówka, kino, robienie jedzenia na kolejny dyżur, kąpiel, spanie, kolejna dniówka, kino, kąpiel, spanie, pranie, zakupy, kino, nocka, wyjazd na wieśkę. Tutaj czas ciutkę zwalnia, ale również kręci się wokół obowiązków, bo ciągle jest coś zrobienia na ojcowiźnie, a jeszcze czasem mamie trzeba w czymś pomóc.

... nie chcę z nikim ścigać się, z sił opadam

Przez życie nie chcę gnać bez tchu.

Dłuższe wyjazdy odpadają, bo zwierzęta wymagają opieki, a nie mam sumienia zostawiać je na dłużej pod opieką sąsiadki, która dogląda je gdy dyżuruję. Nałóg komiksowy choć powoli, systematycznie ograniczany i tak uległ zatarciu, bo nawet nie mam czasu, żeby czytać to co zalega na hałdzie wstydu. Wyprawy tylko krótkie, jedno lub dwudniowe. Życie towarzyskie również zdechło.

... życie przecież po to jest, żeby pożyć

By spytać siebie, "mieć czy być"?

Nim w kołowrotku pęknie nić.

Powiedziałem o tym "życiowym kołowrotku" koleżance, na co ona wypaliła - "Witamy w dorosłości"!

niedziela, 19 października 2025

Immersyjny wypad

Od śmierci taty funkcjonuję w przelocie pomiędzy Bydgoszczą, a wieśką, nie mając czasu na zwykły relaks, bo ciągle coś. Wernisaż Kaśki w lubelskiej Galerii Labirynt, który był zaraz po pogrzebie, to był tylko ekspresowy wypad, żeby choć na sekundę oderwać się. Dopiero w ostatni czwartek udało mi się wyjechać rozrywkowo, na dwa koncerty w różnych miastach, z biletami kupionymi na początku roku.
Najpierw wyjazd do Wrocławia, gdzie zupełnie przypadkiem, niedaleko wynajmowanego apartamentu, natknąłem się na postmodernistyczną kamienicę zaprojektowaną przez Wojciecha Jarząbka, którą chciałem zobaczyć od bardzo dawna.

Wieczorem w Hali Stulecia odbył się koncert Kasi Nosowskiej i Piotra Roguckiego zatytułowany "Światło i Mrock", reklamowany jako pierwszy w Polsce koncert immersyjny, w którym podobno publiczność decyduje w jakiej aranżacji chce usłyszeć utwory. Nie do końca chce mi się wierzyć, że słuchacze faktycznie mieli na to wpływ, ale nie zmienia to faktu, że show było zajebiste, a wykonywane utwory idealnie wybrane pod wykonawców. Dodatkowo występowali jeszcze goście specjalni, czyli Doda i Kazik Staszewski.
W piątek wczesnym rankiem wyjazd Pendolino do Warszawy. To był mój pierwszy raz i szczerze mówiąc, gdyby nie promocyjna cena to bym się nie zdecydował, bo nie poczułem specjalnej różnicy od zwykłego "pośpiecha".
W stolicy najpierw zostałem zaciągnięty na wystawę immersyjną o Chopinie i było to tak gówniane doświadczenie, że nawet jednego zdjęcia tam nie zrobiłem. Później w Muzeum Warszawy wystawa "Lato, które zmieniło wszystko",  opowiadająca o Festiwalu Młodzieży w 1955 roku. Rewelacja!!!
Na koniec dnia w klubie Niebo, wystąpiła szwedzka artystka Ionnalee, której aktualna trasa została zorganizowana z okazji dziesięciolecia wydania przepięknego albumu "Blue". Wyszedłem stamtąd zachwycony, z nową jej płytą pod pachą.
Jeszcze chciałem być na wernisażu wystawy Zbigniewa Kasprzaka, na który pobiegłem lekko spóźniony do Muzeum Karykatury, by dopiero na miejscu przekonać się, że... pojebałem muzea, bo event odbywał się w Muzeum Komiksu... w Krakowie, więc wracając spacerkiem do mieszkania, zahaczyłem o socmodernistyczny blok.

wtorek, 16 września 2025

Praca zdalna, czyli dorastanie pięćdziesiony

Korzystając z tygodnia wolnego, nadrabiam blogowe zaległości. Życie w zawieszeniu i kursowanie między dwoma domami, zdecydowanie nie służy pisarskiemu czy fotograficznemu eskapizmowi.

Zwierzając się ostatnio w pracy, o tym jak obecnie wygląda moje żyćko, jedna z koleżanek skwitowała ten płaczliwy bełkot, że w końcu czas dorosnąć. Dziesięć lat młodsza kobieta, próbuje wyjaśnić prawie półwiecznemu dziadowi, dlaczego jest mu obecnie gorzej niż do tej pory. W sumie przyznałbym jej rację, gdybym te wszystkie problemy, z którymi aktualnie się boksuję, wygenerował osobistą ignorancją, głupotą i krótkowidztwem. Tylko, że tak się składa iż zdecydowaną większość przyjąłem w spadku po tacie, wraz z dobrodziejstwem inwentarza. Ktoś powie... trzeba było nie brać! I pewnie z jednej strony miałby rację. Nie zamierzam tutaj pisać jakie to są problemy, bo te są od tego, żeby je rozwiązywać, więc mam nadzieję, że prędzej czy później to nastąpi. Chciałbym się skupić na tej mitycznej dorosłości, czy może dojrzałości, skutecznie do tej pory omijanej, świadomie decydując się na życie poza systemem, bo właśnie o to "siostrze Kasi" chodziło, gdy zdiagnozowała moje aktualne źródło utrapienia. Według niej powinienem być POSIADACZEM dóbr wszelakich, a nie beztrosko żyć TU i TERAZ, nie myśląc o tym co przyniesie los. ABY ŻYĆ - TRZEBA MIEĆ!!!

W zeszłym tygodniu byłem na spotkaniu licealistów. Było miło!!! Ludzie choć 30 lat starsi, nic się nie zmienili, tylko tematyka rozmów ciut inna. Pomijając wspomnienia, gadka toczyła się wokół aktualnego życia. W pewnym momencie złapałem się na tym, zresztą interlokutorzy również to zauważyli, że siedzę, słucham i praktycznie się nie odzywam. Wynikało to z tego, że tematyka była mi znana tylko w teorii, bo praktycznie byłem zielony jak trawa latem. Brak małżonki/ka, dzieci, mieszkania / domu, kredytu, skutecznie wyeliminowały mnie z dyskusji. Czy poczułem się gorszy? NIE!!! Zresztą nie czułem się też tak w liceum, choć pochodziłem ze wsi, dorastając w innym środowisku. Czułem się jak bohater jednej z moich ulubionych piosenek Reni Jusis, który "prędzej czy później będzie taki jak MY wszyscy".

wtorek, 13 maja 2025

Justyna Steczkowska

Z Juśką zaiskrzyło od jej telewizyjnego debiutu w "Szansie na sukces" (bynajmniej nie tego falstartu z Trubadurami), którą wtedy namiętnie oglądałem, marząc o własnej karierze wokalnej. Pojawiła się tam ubrana w czarny, fikuśny kombinezon, który doceniła Nina Terentiew i jak odpaliła "Boskie Buenos", to Józkowi Józefowiczowi ewidentnie faja sterczała (mi chyba też ale nie pamiętam). Później zwyciężyła opolskie "Debiuty" i taka jeszcze nieopierzona, choć potężnie charyzmatyczna, poleciała "Sama" do Dublina na Eurowizję. Dziwaczny to utwór i raczej spodziewałem się, że świata nim nie zawojuje, ponieważ był zbyt... artystyczny do tego formatu, ale pokochałem go od pierwszej góralskiej nutki. Wróciła na tarczy, a opinia publiczna ją zaorała. Wydała debiutancki album "Dziewczyna szamana", który odtwarzałem zapętlony przez kilka miesięcy i regularnie do niego wracam. Kolejne płyty i single (posiadam prawie wszystkie), czasem lepsze, czasem gorsze, a im bardziej skręcała w kierunku miałkiego popu, tym mniej mnie zachwycała. Będąc nieobiektywnym w zachwycie nad jej talentem, jedyne co mogę jej zarzucić to kulejąca dykcja, przez którą niektóre śpiewane przez nią teksty są ledwo zrozumiałe, a do tego dość infantylne (głównie te napisane przez nią samą). Bardzo rzadko chodzę na koncerty oraz inne wydarzenia masowe, ponieważ niezbyt komfortowo czuję się w tłumie, szczególnie w ciasnych, zamkniętych pomieszczeniach. Jednak od paru lat staram się przezwyciężać tą fobię, dzięki czemu jesienią 2023 roku pierwszy raz podziwiałem ją na żywo, podczas trasy koncertowej "Steczkowska / Demarczyk". OMG!!! To było niesamowite doznanie audiowizualne! Dzisiaj po trzydziestu latach znowu rywalizuje w konkursie Eurowizji. Po materiałach i występach promocyjnych widać, że odrobiła lekcję z poprzedniej porażki. Piosenka "Gaja" jest skoczna, wpadająca w ucho, ma słowiański sznyt, a wykonanie na żywo robi spore wrażenie. Czy to wystarczy żeby tym razem osiągnąć wyższą lokatę, albo nawet sam szczyt? Trzymam kciuki, choć konkurencja w tym "discopolowym" show jest mocna.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Śreżoga czyli berek z cieniami

Po seansie "Perfect Days" Wima Wendersa doszedłem do wniosku, że mógłbym sprzątać tokijskie kible. Bohaterem filmu jest milczący, pogodny Japończyk w średnim wieku, który funkcjonuje w stałej rutynie. Przed świtem budzi go dźwięk zamiatanej ulicy, wstaje, składa futon, poranna toaleta, podlewa kolekcję drzewek bonsai, ubiera roboczy kombinezon, wsiada do auta, wypija kawę z automatu, wrzuca w kaseciaka jakiś szlagier z lat młodości i w rytm muzyczki mknie przez miasto by szorować designerskie toalety. Przerwa śniadaniowa na parkowej ławeczce, gdzie na chybił trafił strzela "małpką" migotanie światłocienia w koronach drzewa, po robocie kąpiel w publicznej łaźni i obiad na mieście, wieczorna lektura i lulu z sennymi powidokami. Tak dzień w dzień... Czasem kogoś spotka, coś niespodziewanego się wydarzy, zagra w kółko i krzyżyk z nieznajomym. Potem nadchodzi dzień wolny, śpi trochę dłużej, sprząta maciupcie mieszkanko, pakuje brudne ciuchy i rowerem jedzie do pralni, zahacza o punkt foto gdzie oddaje wypstrykany film do wywołania, odbiera zdjęcia i kupuje kolejną kliszę, wpada do ulubionej knajpki, szlaja się po okolicy. 

NUDA fhój!!! Film streszczony. W tym szaleństwie jest metoda, bo chodzi o pochwałę rutyny, czerpania przyjemności z drobiazgów oraz slow life, aż chce się tak żyć, nawet jeśli robota dosłownie gówniana. Ten obrazek jest sterylnie perfekcyjny, bo zaczyna się od sprzątania, opowiada o sprzątaczu i jego uporządkowanym żywocie, w którym nawet jak pojawi się jakaś zmienna, to jest niczym błysk słońca lub liścia cień, a egzystencja płynie dalej w krystalicznej sławojce. 
Piękne zdjęcia, świetna muzyka, dobre aktorstwo, scenografia oraz kostiumy git, rzekłbym współczesna baśń, delikatnie podśmiardywująca coelhowską fizolofią, bo prawdziwe życie zdecydowanie bardziej jebie sraką, jednak "w szambie można długo i wygodnie żyć, byle tafla ścieku była gładka".

niedziela, 3 kwietnia 2022

I want to write on bicycle...

Najlepsze teksty pisze mi się na... rowerze!

Te, z których jestem najbardziej zadowolony, zrodziły się w trakcie jazdy do i z pracy. Około 40 minut pedałowania, zamienia się w myślenie o różnych sprawach. Gdybym tylko miał możliwość faktycznego notowania tych konceptów w czasie rzeczywistym, ten blog byłby znacznie bogatszy w treści. Ponura rzeczywistość jednak wygląda w ten sposób, że gdy dojadę na miejsce, to albo przez 12 godzin dyżuru o tym zapomnę, albo jak wrócę do domu, nie mam już siły, żeby zasiadać jeszcze do komputera i siłą rzeczy również taki tekst odchodzi w niepamieć. Jedynie część dojrzewa w trakcie kręcenia kolejnych kilometrów, aż w końcu znajduję czas i chęci, żeby przelać te myśli w słowo pisane.



środa, 16 marca 2022

Tylko jedno w głowie mam...

Czy Szkoci mają hopla na punkcie porcelany, będąc w rodzinie narodów anglosaskich?

Nie mam pojęcia!!!

Natomiast w tym kraju dzieje się historia ćpunów, opisana w powieści "Trainspotting", napisanej przez Irvine'a Welsh'a. Jej ekranizacja jest moim numero uno wśród filmów, a pochodzący stamtąd monolog, zaczynający się słowami CHOOSE LIFE, stał się moim życiowym mottem.

W przypadku porcelanowej główki , zakupionej od Ende Ceramics, pozwoliłem sobie na małe odstępstwo od założeń gromadzonej kolekcji, gdyż poprosiłem o wspomniany wyżej cytat, wymalowany złotymi literami.

Towarzyszący polaroidom komiks, został wydany przez Wytwórnię Słowoobraz. "Prison Pit" jest totalną, odjechaną jazdą bez trzymanki, gdzie wszystkie wydzieliny i kończyny fruwają jak stado jerzyków, a czytelnik myślący, że autor wyprztykał się z chorych pomysłów, zostaje bez przerwy zaskakiwany z każdą kolejną stroną.


poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Dyptyk erotyczny

Zeszłego roku, gdy gościłem u siebie Julkę, poszliśmy na fordońską plażę naturystyczną, gdzie oprócz księżniczkowej sesji, postanowiliśmy również zrobić ten "niewinny" dyptyk. 

Oczywiście w ramach sprawiedliwego współautorstwa, Julia otrzymała polaroida ze mną, a ja zatrzymałem jej wizerunek.

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Wstyd zamaskowany

Miesiąc temu skończyłem żreć prochy na... melancholię, która zawitała w moim życiu jakieś sześć lat temu. Wówczas psychoterapia i rzucenie się w wir pracy, wyciągnęły mnie na powierzchnię. Przez parę lat było znośnie, ale znowu dojebało rok temu, jednak tym razem postanowiłem wspomóc się medykamentami.

Z racji tego, że jestem niepoprawnym śmieciarzem, w kuchni uzbierałem pokaźny stos pustych blistrów po lekach, które przerobiłem w symboliczną maskę greckiej komedii.

Leki nie zmieniają cudownie rzeczywistości, ani nie nadają sensu życia. Po prostu pudrują na różowo cały ten syf. Pomijając efekty uboczne, najbardziej irytowała mnie totalna blokada płaczu. Jest Tobie chujowo, a Ty nawet się kurwa rozbeczeć nie możesz, dlatego z radością powitałem pierwszą łzę, która spłynęła po policzku, podczas kinowego seansu.

Prezentowane polaski są z kolei nawiązaniem do filmu "Maska", w którym życiowy przegryw znajduje w rzece maskę, po założeniu której jego egzystencja zmienia się diametralnie. Tylko czy na lepsze? Notabene Jim Carrey, brawurowo grający w tym filmie tytułową rolę, również od lat walczy z depresją.

No więc puentując, ten miesiąc mija i póki co jest nawet nieźle, ale obstawiam głównie odpowiednią porę roku i permanentny urlop, z którego właśnie się zupełnie, permanentnie wyprztykałem.

poniedziałek, 26 października 2020

Splin wiekuisty

Na początku tego roku jeden z wpisów poświęciłem depresji, chorobie z którą zmagam się od 2015 roku. Być może wewnętrznie  przeczuwałem jej nawrót, choć żadne racjonalne przesłanki tego nie zapowiadały. Przy okazji blogowego jubileuszu wspomniałem, że stan ten ewidentnie przekłada się również na moją aktywność sieciową (ilość oraz jakość wpisów). Skoro jednym z jej synonimów jest marazm, to nie dziwota że odechciewa się wszystkiego - spania, seksu, jedzenia (to akurat na plus), sprzątania (mieszkanie wygląda jak po wybuchu gazu), pozowania, pisania czy życia.

LUZ!!!

Przed ostatecznym rozwiązaniem powstrzymuje mnie kilka rzeczy, choć myślę o nim intensywnie (jak? gdzie? kiedy? itd.). Po pierwsze jestem zbytnim tchórzem. Znaczy nie boję się samej śmierci i tego co będzie potem, tylko blokuje mnie wizja, że mi nie wyjdzie i to dopiero będzie DRAMAT! Po drugie, nie ukrywajmy że samobójstwo jest szczytem egoizmu, do którego chory ma oczywiście prawo, natomiast bliscy i dalsi muszą dalej z tym faktem żyć. Po trzecie mam do skończenia projekt, więc na bank nie w tym roku.

Poprzednim razem o mojej walce wiedziały ze dwie osoby, a ewentualnie kilka mogło się czegoś domyślać. Teraz postanowiłem, nie ukrywać się z tym specjalnie, co nie oznacza, że będę bez przerwy oznajmiał jak mi jest w życiu chujowo, a ludzie mają mi współczuć i wyrażać wsparcie. Choroba jak każda inna, tylko zostaje na całe życie jak HIV czy opryszczka. Postaram się czasami coś tam skrobnąć jak na froncie oraz jak w sumie do tego doszło.

Wpis ilustrowany zdjęciami Magdaleny Russockiej.

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

M

Właśnie wpadł do mnie przyjaciel. Co prawda ostatnio kontakt nam się z różnych przyczyn urwał, jednak wiem że mógłbym na niego liczyć w każdej potrzebie z wzajemnością. 

Przyjechał się pożegnać, bo emigruje, żeby układać sobie życie za granicą. 

Znamy się stosunkowo niedługo, bo chyba dwa i pół roku. Nasza znajomość zaczęła się przez portal randkowy i pamiętam jak dziś, gdy z duszą na ramieniu zakomunikował mi, że jest nosicielem, a na mnie nie zrobiło to większego wrażenia, co chyba lekko go zmieszało.

Jest typem człowieka, który nigdy się nie poddaje i znajduje promień nadziei nawet w najciemniejszej dupie. 

Wyjeżdża, a ja czuję jakbym znowu tracił kolejny kawałek siebie, w niewielkim przedziale czasowym.

Powodzenia Przyjacielu.


Nekrofilia,

... czyli jak w krótkim czasie dorobić się obsesji na punkcie trupa, którego za życia ledwo się znało?

Osoba za życia musi być po prostu miła (tak bezinteresownie), inteligentna i oczytana, żeby móc o czym rozmawiać podczas spędzania wspólnie czasu.

Odejść śmiercią nagłą i tragiczną, w momencie Waszej znajomości, gdzie kompletnie nie wiadomo w jakim kierunku ona się potoczy. Czy zostaniecie przyjaciółmi (co było wielce prawdopodobne), a może jednak nic nie znaczącymi znajomymi z plaży?

Osierocić dwójkę dzieci i zostawić kochającą żonę w żałobie, więc zaczynasz zadawać sobie odwieczne pytanie ludzkości o sens i sprawiedliwość życia i śmierci.

Będąc jednym z ofelionowych współtwórców, zginąć według przewodniego motywu projektu, czyli utonąć, przez co rozkminiasz, czy to jest jakiś znak, dlaczego On, a nie Ty, skoro codziennie ryzykujesz w ten sposób swoje życie, a i tak od dawna nie masz chęci do życia.

Zostać pochowanym w niewielkiej odległości od miejsca zamieszkania, co ułatwia regularne odwiedzanie ziemnego wzgórka, ozdobionego kwiatami i zwieńczonego krzyżem, do którego gadasz, zwierzając się z aktualnych uczuć i przeżyć.

Samemu trzeba być w nie najlepszej  kondycji psychicznej, spowodowanej wieloma czynnikami.

piątek, 7 sierpnia 2020

R.I.P. Robert

Oficjalnie poznaliśmy się na początku czerwca, gdy poprosiłem go o zrobienie zdjęcia w projekcie ofelionowym

Był bardzo zestresowany zaistniałą sytuacją, że obcy, nagi facet, prosi go o cyknięcie fotki jakimś dziwnym aparatem, gdy ten będzie udawał trupa leżącego gdzieś w zalanej Wisłą trawie, jednak dzielnie podołał zadaniu, a w trakcie późniejszej rozmowy, nawiązała się niezobowiązująca znajomość naturystyczna.

Tak. Spotkaliśmy się na dzikiej, fordońskiej plaży naturystycznej, Właściwie to widywaliśmy się już rok wcześniej, ale wtedy chyba zaczynał swoją "przygodę" z golizną w naturze, bo był tak wystraszony, że nawet cześć nie był w stanie odkiwać i kryjąc się za rowerem, nerwowo wciągał majtki gdy widział, że ktoś patrzy.

Bawiło mnie to.

Przy bliższym poznaniu okazał się niezwykle miłym, ciekawym oraz inteligentnym rozmówcą. Pracownik poczty, z wiadomych przyczyn był bardzo zdenerwowany pseudowyborami prezydenckimi. Żona pracująca w moim zawodzie, ale w innym szpitalu, z którą pod koniec czerwca obchodził rocznicę ślubu. Dwójka nastoletnich dzieci (córka i syn), z których był bardzo dumny.

W sumie przez te dwa miesiące spotkaliśmy się kilka razy i korzystając z okazji, że już był przyuczony do obsługi Polaroida, za każdym razem "wykorzystywałem" go do robienia zdjęć.

Ostatni raz widzieliśmy się w połowie lipca. Później zaczynał urlop i wybierał się z rodziną nad morze.

Korzystając z wolnego popołudnia i pięknej pogody, dzisiaj także wypoczywałem nad rzeką. W pewnym momencie podszedł do mnie inny znajomy plażowicz, pytajać czy wiem coś o tym, że osoba bywająca tutaj, niedawno utopiła się w Sarbinowie i wczoraj odbył się jej pogrzeb w Fordonie. Chwilę później doznałem silnego uczucia deja vu, że niedawno niepokoiłem się przedłużającą się nieobecnością Roberta, po czym pojawił się nagle roześmiany i skarcił mnie za takie myśli. 

Nie zastanawiając się wsiadłem na rower i pojechałem na cmentarz, znalazłem świeży grób i wszystko co mi o sobie powiedział się zgadzało.

Jakbym dostał obuchem w potylicę. Usiadłem na pobliskiej ławce i zalałem się łzami, głównie z powodu całej niesprawiedliwości życia i śmierci.

Robert w moim życiu był zaledwie meteorem, który zjawił się tylko na chwilę.

To nic, że na nagrobku widnieje zupełnie inne imię. Pod tamtym był kochającym synem, bratem, mężem i ojcem. W mojej pamięci zostanie uśmiechniętym, ciągle wystraszonym swoją nagością rówieśnikiem, współplażowiczem i rozmówcą.

Powyższe zdjęcie wystalkowałem z jego profilu fejsbukowego, będące jego pierwszym profilowym.

Póki co mam niewielkie doświadczenie w żegnaniu bliskich i znajomych. Odeszli moi dziadkowie, ciocia którą ledwo znałem, Andrzej Bersz jako przykład znanej i lubianej postaci, która gaśnie zbyt szybko, szwagierka mojego brata, osieracająca trójkę dzieci, w pamieć wryła mi się nagła śmierć na białaczkę salowego z poprzedniej pracy, bo to ona dobitnie uzmysłowiła mi jak ulotne jest życie. Tragiczna śmierć Roberta przypomniała mi tamte uczucia i fakt, że bardzo łatwo przywiązuję się do ludzi, natomiast niezwykle trudno godzę się z ich stratą.

Byłbym beznadziejnym przypadkiem Nieśmiertelnego.

środa, 5 sierpnia 2020

Princess Julie Caroline

W minionym tygodniu, wizytą zaszczyciła mnie ar(t)ystokratka polskiej sceny modelingowej - Julia Karolina. Zażyczyła sobie, abym zabrał ją na fordońską plażę naturystyczną, a w ramach transakcji wiązanej, poprosiłem ją o sesję polaroidową.
Najpierw zrobiliśmy test porównawczy dwóch aparatów.
Polaroid 600
Polaroid SX-70
 Natomiast po wszystkim domaczałem po niej sukienkę, w ramach cyklu ofelionowego.
 Z racji tego, że jesteśmy sobie bardzo bliscy, ostatecznie skończyliśmy w krzakach pełnych komarów, gdzie poczyniliśmy bardzo intymny dyptyk do szuflady.

wtorek, 4 sierpnia 2020

niedziela, 26 lipca 2020

Mielnickie stepy, czyli kniahini i kozak

Z tym pozowaniem jest czasem tak miło, że można wbić się w oryginalne kostiumy filmowe i po swojemu odegrać jakąś postać, tak jak to było w przypadku bohaterów "1920 Bitwa Warszawska".
Tytuł posta nie pozostawia wątpliwości, że na tapetę wjechało "Ogniem i mieczem", gdyż na pierwszej Misji Wschód, odbywającej się w nadbużańskim Mielniku, mieliśmy wypożyczone stroje z tych dwóch filmów.
W rolę Kniahini Kurcewiczowej wcieliła się Agnieszka, którą rewelacyjnie postarzyła Ula Maksymiuk, a fotografował jej mąż Grzegorz, w ruinach mielnickiego kościoła, przy Górze Zamkowej.
Pewnie ktoś się zastanawia, dlaczego ten mój Bohun taki gładziutki na twarzy, niczym pupcia niemowlęcia? Również ubolewam nad tym faktem, niestety z przyczyn logistycznych, zdjęcia te były robione po sesji, w której byłem śliczną Panną Młodą.
W drodze na plan, Krzysiek Płoch zrobił mi w biegu jeden z ulubionych portretów.