W moim życiu pojawiały się różne zwierzaki. Na początku były rybki, ale pamiętam je jak przez mgłę, bo byłem bardzo mały.
Następnie pojawił się pies, którego wspólnie z bratem i tatą wybraliśmy z całego miotu szczeniaków. Przygarnęliśmy akurat jego, bo miał na czole brązowe jajko. Na samym początku zafundowaliśmy mu istną karuzelę z imieniem, gdyż najpierw otrzymał Maksiu i jak już się do niego przyzwyczaił, to ojcu się odwidziało i zaczął do niego wołać Dolar i tak zostało, ale żeby nie było tak łatwo, to zdrobnienie od niego jest... Cent... tego już nie dał rady ogarnąć. Dolar był kundelkiem schodowo-domowym, czyli zazwyczaj miał swój kojec przed drzwiami mieszkania na klatce schodowej, a sporadycznie mógł przychodzić do mieszkania. Pieskiem był stadnym i terytorialnym, zatem dla swoich był milusi, natomiast obcych obszczekiwał, a nawet kąsał po łydkach, z tego powodu koledzy przychodzący do mnie w odwiedziny, musieli popisać się dość akrobatycznymi umiejętnościami. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zatem na półpiętrze (do tego miejsca Dolar wyznaczył swój areał) wdrapywali się na poręcz i albo wdrapywali się po niej, żeby ich bestia nie dosięgnęła, albo kijkiem sięgali do dzwonka. Do tego ganiał wszelkie zwierzaki i zdarzyło mu się zagryźć kilka kur, uwielbiał gonić wszelakie pojazdy, jednak pewnego razu przeszarżował i wpadł pod koło traktora. Na szczęście skończyło się na poturbowaniu prawej tylnej łapy, zatem od tego czasu sprawnie biegał na trzech, a ta była chroma. Kochałem go mocno!!! Niestety pewnego razu jeden z sąsiedzkich dzieciaków go szczuł, więc ten go ugryzł, zrobiła się chryja i Dolar został uśpiony. Ten dzień utkwił mi w pamięci na zawsze! Uważałem, że nasz kundelek został potraktowany niesprawiedliwie! Owszem! Był nadreaktywny, bo po prostu nikt go niczego nie nauczył (takie beztroskie czasy). Został ewidentnie sprowokowany przez gówniaka, a rany jako takiej nie było, tylko ślad po zębach. Gdy tato go zabrał, łudziłem się że po prostu gdzieś go wywiózł i nigdy nie pogodziłem się z jego uśpieniem. Nawet nie wiem gdzie został pochowany.
Kolejna była chomiczka, której imienia nie pamiętam, ani nie mam żadnego zdjęcia. Mieszkała w akwarium przykrytym grubą sklejką, na której położony był cylider silnikowy, a to i tak nie powstrzymywało jej przed namiętnym uciekaniem. Kiedyś podpatrzyłem jak to robi. Wchodziła na dach swojego domku i wspinając się dosłownie na palce, milimetr po milimetrze przesuwała pyszczkiem tą ciężką konstrukcję, aż szpara stawała się na tyle szeroka, że mogła przez nią się przecisnąć, podciągając się wcześniej na przednich łapkach. Na szczęście nie robiła na gigancie żadnych szkód, tylko chowała się zawsze w to samo miejsce. Robiła sobie gniazdko w wacie szklanej izolującej kuchenkę gazową... Chyba nie było to zbyt zdrowe, bo po kilku latach zdechła. Była zima, ziemia zmrożona, więc ukryłem jej ciało w stercie gałęzi, pod płotem po pałacowego parku. Jak przyszła wiosna i chciałem ją godniej pochować, z przyczyn oczywistych nie znalazłem trupa.
Po jej śmierci płakałem tak mocno, że babcia Irena będąca akurat u nas w gościnie, dała mi pieniądze na kolejnego pupila. Tym razem podszedłem do tematu bardzo świadomie oraz racjonalnie. Przewertowałem masę różnych hodowlanych przewodników, rozważając różne gatunki zwierząt, aż padło na papużki nierozłączki. Po pierwsze dlatego, że są ładne. Po drugie nie wymagają jakiejś nadmiernej opieki, więc jak mają pełny karmnik i poidełko, to mogą tak sobie funkcjonować bez opiekuna prze kilka ładnych dni. Po trzecie trzymając je w parach, tym bardziej nie potrzebny im jakoś specjalnie ludzki partner, bo zajmują się same sobą. Po czwarte wziąłem też pod uwagę średnią życia zwierzaków, no i nauka wskazywała, że akurat te papugi żyją około 8 lat, czyli akurat skończę podstawówkę i szkołę średnią, a jak pójdę na studia, to nie będę musiał kombinować nad ich opieką. W ten oto sposób do białej klatki trafiła parka - Punia i Zipo. Życie zweryfikowało te ambitne plany. Dość szybko, w przeciągu kilku tygodni Zipo zadziobał Punię, którą pochowałem na RODos obok ławeczki. Myślałem, że ten morderca dość szybko kipnie bez drugiej połówki, a ten zamiast ośmiu książkowych lat, przekroczył termin przydatności do życia o następne 10 lat!!! Zatem wyprowadzając się po studiach i okresie nieróbstwa do Bydgoszczy za pracą, musiałem ją zabrać ze sobą do wielkiego miasta. Wstyd się przyznać, bo już dawno straciłem do niej cierpliwość i pragnąłem jej rychłego odejścia w zaświaty, wystawiając ją na niekorzystne warunki atmosferyczne jak np. przeciąg w mieszkaniu, ale to chyba ją jeszcze bardziej uodparniało. Jej zgon ze starości przyjąłem z ulgą, a truchło pochowałem pod wielkim dębem, rosnącym na daczy nad jeziorem, dając początek rodzinnemu "pet sematary". Po jej odejściu stwierdziłem, że raczej wyrosłem z posiadania zwierząt, bo będąc już ukształtowanym wolnościowcem i opiekując się wcześniej różnymi zwierzętami, wiedziałem ile czasu, energii oraz obowiązków wiąże się z byciem opiekunem.Gdy w rodzinnym mieszkaniu radośnie ćwierkały ptaki, do pracy mojego taty przybłąkał się kot, któremu nadał imię Wiktor i dopiero jak zajrzałem mu pod ogon, zwyrokowałem że to ona, więc została przechrzczona na Wiktorię. Tak jak piesek był pupilem domowo-klatkowym, tak kotka stała się zwierzakiem domowo-piwnicznym, czyli nocowała w piwnicy, a na dzień mogła być w domu. Miała piękne "czeczotowate" umaszczenie i w każdym mocie kociąt (a było ich klika) trafiał się przynajmniej jeden rudzielec. Formalnie nie byłem jej opiekunem, ale bardzo się do niej przywiązałem. Również żyła ponad kocią średnią, a gdy musiała zostać uśpiona, bo zupełnie straciła władzę w tylnych łapach, trzymałem ją do ostatniego tchnienia. Ona jako druga trafiła pod cmentarne drzewo.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz