Z depresją tańcuję od ponad dekady, więc już zdążyłem się przyzwyczaić do jej wygibasów i to nie będzie kolejny wpis z serii jak mi źle i chujowo, bo starając się spojrzeć z boku oraz obiektywnie, to wcale tak nie jest, tylko percepcja rzeczywistości jest zupełnie inna. Potrafię się z niej śmiać, ale to nie jest śmiech przez łzy, tylko totalnie czarny gęsty i cuchnący jak smoła humor, gdzie rzucając żartem, który mnie bawi, spotykasz się z reakcją w stylu WTF, albo ejjjjjj.... nie wolno z tego żartować. Czas gdzie miotałem się zupełnie zanurzony w mule, nie wiedząc gdzie góra, gdzie dół, gdzie przód, a gdzie tył, mam nadzieję że kompletnie przeminął. Obecnie pływam w wodzie, czasem mętnej, czasem przejrzystej, a jej nurt bywa rwący. Grunt, że potrafię już rozpoznawać pierwsze symptomy tąpnięcia i odpowiednio wcześnie na nie reagować.
Zgodnie z prognozami żyćko nabrało takiego tempa, że serio nie mam czasu na skrobanie postów, czy wręcz czytanie tych jeszcze publikowanych. Ba!!! Nawet na komiksiki średnio go styka, więc choć ograniczenia zakupowe wdrożone, to hałda wstydu powoli zmienia się w górotwór. W minioną sobotę zamiast moich ulubionych Złotych Kurczaków, odbyły się pierwsze Podziemne Kocury, w tym samym miejscu i formule. Jednym z zakupionych tam zinów jest kolejny stworzony przez Anię Krztoń, której twórczość bardzo lubię i cenię za autobiograficzne wiwiseksje, podane w ironiczno-nostalgicznym sosie z dużą dawką humoru.poniedziałek, 23 lutego 2026
czwartek, 29 stycznia 2026
Domowi pupile
W moim życiu pojawiały się różne zwierzaki. Na początku były rybki, ale pamiętam je jak przez mgłę, bo byłem bardzo mały.
Następnie pojawił się pies, którego wspólnie z bratem i tatą wybraliśmy z całego miotu szczeniaków. Przygarnęliśmy akurat jego, bo miał na czole brązowe jajko. Na samym początku zafundowaliśmy mu istną karuzelę z imieniem, gdyż najpierw otrzymał Maksiu i jak już się do niego przyzwyczaił, to ojcu się odwidziało i zaczął do niego wołać Dolar i tak zostało, ale żeby nie było tak łatwo, to zdrobnienie od niego jest... Cent... tego już nie dał rady ogarnąć. Dolar był kundelkiem schodowo-domowym, czyli zazwyczaj miał swój kojec przed drzwiami mieszkania na klatce schodowej, a sporadycznie mógł przychodzić do mieszkania. Pieskiem był stadnym i terytorialnym, zatem dla swoich był milusi, natomiast obcych obszczekiwał, a nawet kąsał po łydkach, z tego powodu koledzy przychodzący do mnie w odwiedziny, musieli popisać się dość akrobatycznymi umiejętnościami. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zatem na półpiętrze (do tego miejsca Dolar wyznaczył swój areał) wdrapywali się na poręcz i albo wdrapywali się po niej, żeby ich bestia nie dosięgnęła, albo kijkiem sięgali do dzwonka. Do tego ganiał wszelkie zwierzaki i zdarzyło mu się zagryźć kilka kur, uwielbiał gonić wszelakie pojazdy, jednak pewnego razu przeszarżował i wpadł pod koło traktora. Na szczęście skończyło się na poturbowaniu prawej tylnej łapy, zatem od tego czasu sprawnie biegał na trzech, a ta była chroma. Kochałem go mocno!!! Niestety pewnego razu jeden z sąsiedzkich dzieciaków go szczuł, więc ten go ugryzł, zrobiła się chryja i Dolar został uśpiony. Ten dzień utkwił mi w pamięci na zawsze! Uważałem, że nasz kundelek został potraktowany niesprawiedliwie! Owszem! Był nadreaktywny, bo po prostu nikt go niczego nie nauczył (takie beztroskie czasy). Został ewidentnie sprowokowany przez gówniaka, a rany jako takiej nie było, tylko ślad po zębach. Gdy tato go zabrał, łudziłem się że po prostu gdzieś go wywiózł i nigdy nie pogodziłem się z jego uśpieniem. Nawet nie wiem gdzie został pochowany.
Kolejna była chomiczka, której imienia nie pamiętam, ani nie mam żadnego zdjęcia. Mieszkała w akwarium przykrytym grubą sklejką, na której położony był cylider silnikowy, a to i tak nie powstrzymywało jej przed namiętnym uciekaniem. Kiedyś podpatrzyłem jak to robi. Wchodziła na dach swojego domku i wspinając się dosłownie na palce, milimetr po milimetrze przesuwała pyszczkiem tą ciężką konstrukcję, aż szpara stawała się na tyle szeroka, że mogła przez nią się przecisnąć, podciągając się wcześniej na przednich łapkach. Na szczęście nie robiła na gigancie żadnych szkód, tylko chowała się zawsze w to samo miejsce. Robiła sobie gniazdko w wacie szklanej izolującej kuchenkę gazową... Chyba nie było to zbyt zdrowe, bo po kilku latach zdechła. Była zima, ziemia zmrożona, więc ukryłem jej ciało w stercie gałęzi, pod płotem po pałacowego parku. Jak przyszła wiosna i chciałem ją godniej pochować, z przyczyn oczywistych nie znalazłem trupa.
Po jej śmierci płakałem tak mocno, że babcia Irena będąca akurat u nas w gościnie, dała mi pieniądze na kolejnego pupila. Tym razem podszedłem do tematu bardzo świadomie oraz racjonalnie. Przewertowałem masę różnych hodowlanych przewodników, rozważając różne gatunki zwierząt, aż padło na papużki nierozłączki. Po pierwsze dlatego, że są ładne. Po drugie nie wymagają jakiejś nadmiernej opieki, więc jak mają pełny karmnik i poidełko, to mogą tak sobie funkcjonować bez opiekuna prze kilka ładnych dni. Po trzecie trzymając je w parach, tym bardziej nie potrzebny im jakoś specjalnie ludzki partner, bo zajmują się same sobą. Po czwarte wziąłem też pod uwagę średnią życia zwierzaków, no i nauka wskazywała, że akurat te papugi żyją około 8 lat, czyli akurat skończę podstawówkę i szkołę średnią, a jak pójdę na studia, to nie będę musiał kombinować nad ich opieką. W ten oto sposób do białej klatki trafiła parka - Punia i Zipo. Życie zweryfikowało te ambitne plany. Dość szybko, w przeciągu kilku tygodni Zipo zadziobał Punię, którą pochowałem na RODos obok ławeczki. Myślałem, że ten morderca dość szybko kipnie bez drugiej połówki, a ten zamiast ośmiu książkowych lat, przekroczył termin przydatności do życia o następne 10 lat!!! Zatem wyprowadzając się po studiach i okresie nieróbstwa do Bydgoszczy za pracą, musiałem ją zabrać ze sobą do wielkiego miasta. Wstyd się przyznać, bo już dawno straciłem do niej cierpliwość i pragnąłem jej rychłego odejścia w zaświaty, wystawiając ją na niekorzystne warunki atmosferyczne jak np. przeciąg w mieszkaniu, ale to chyba ją jeszcze bardziej uodparniało. Jej zgon ze starości przyjąłem z ulgą, a truchło pochowałem pod wielkim dębem, rosnącym na daczy nad jeziorem, dając początek rodzinnemu "pet sematary". Po jej odejściu stwierdziłem, że raczej wyrosłem z posiadania zwierząt, bo będąc już ukształtowanym wolnościowcem i opiekując się wcześniej różnymi zwierzętami, wiedziałem ile czasu, energii oraz obowiązków wiąże się z byciem opiekunem.Gdy w rodzinnym mieszkaniu radośnie ćwierkały ptaki, do pracy mojego taty przybłąkał się kot, któremu nadał imię Wiktor i dopiero jak zajrzałem mu pod ogon, zwyrokowałem że to ona, więc została przechrzczona na Wiktorię. Tak jak piesek był pupilem domowo-klatkowym, tak kotka stała się zwierzakiem domowo-piwnicznym, czyli nocowała w piwnicy, a na dzień mogła być w domu. Miała piękne "czeczotowate" umaszczenie i w każdym mocie kociąt (a było ich klika) trafiał się przynajmniej jeden rudzielec. Formalnie nie byłem jej opiekunem, ale bardzo się do niej przywiązałem. Również żyła ponad kocią średnią, a gdy musiała zostać uśpiona, bo zupełnie straciła władzę w tylnych łapach, trzymałem ją do ostatniego tchnienia. Ona jako druga trafiła pod cmentarne drzewo.
sobota, 24 stycznia 2026
Memories summoner
W serii komiksów o przygodach Lanfeusta z Troy, w jednej z krain żyli bogowie. Niektórzy niezwykle potężni, inni po prostu dziwni, a ich moc zależała od ... ludzi w nich wierzących. Umieszczona jest tam niezwykle wzruszająca scena, podczas której jeden z nich znika, bo właśnie umarła ostatnia osoba w niego wierzącą.
Z ludźmi jest jeszcze bardziej prozaicznie i cokolwiek znaczymy za życia, a po naszej śmierci pozostaje tylko gromadzony przez nas majątek, o który szarpią się nasi spadkobiercy, garść przedmiotów które dla nas były cenne, a dla innych to zwykłe kurzołapy, bo przecież mają SWOJE SSSSSKARBY, a te po kimś można ewentualnie spieniężyć, rozdać, wyrzucić lub zniszczyć.
niedziela, 18 stycznia 2026
Downhill convention
piątek, 9 stycznia 2026
Lost lives
Jestem przegrywem!!!
Czasem nachodzą mnie takie myśli, które wydaje mi się, że nie są związane ze zniżką nastroju, tylko obserwacją ludzi wokół.
Nie jest łatwo starać się żyć alternatywnie według własnych zasad, a nie tych dyktowanych przez społeczny dyskurs. Nawet jeśli masz wyjebane na ten współczesny dobrostan, to i tak znajdą się "życzliwi", którzy dziwią się wielce i dają "dobre" rady. Jednak najgorzej bywa, gdy najbliżsi starają się w dobrej wierze umeblować egzystencję.
Zdarza mi się rozmyślać jak wyglądałoby moje żyćko, gdybym na rozdrożach poszedł inną ścieżką? Został leśniczym, albo nauczycielem, założył rodzinę, gromadził dobra lub zwiedzał świat... Gdybym słuchał siebie, a nie kogoś bliskiego, bo jestem jak to pokorne cielę żrące trawsko tam gdzie pastuszek wskazuje. Krowy w stadzie upasione, ta ma lepsze korytko, inna bardziej lśniące futro, ładnej brzęczący dzwonek. Łąka pachnąca ziołami, niczego nie brakuje, brzuch pełen, słonko miło przygrzewa i choć wewnętrzy wilk wyje wzywając w leśną głuszę, to mościsz sobie kawałek obory po swojemu, bo lękasz się zmian.
czwartek, 1 stycznia 2026
Pamiętny rok i plany na przyszłość
2025 będzie z tych przełomowych, które zapadają w pamięć!!! Ponarzekałem sobie na niego wcześniej, więc teraz pozostaje mi go jedynie bilansowo podsumować, jak to zrobiłem rok temu.
Niestety nie dobiłem do czterech tysięcy kilometrów przejechanych rowerem, choć i tak wynik 3552,7 km plasuje go na drugiej pozycji liczonych od pandemicznego roku. W sumie nie wiem czy jest sens jeszcze to zliczać, bo przerzuciłem się na elektryka, więc jest zdecydowanie lżej, choć staram się jeździć na minimalnym wspomaganiu, a większe włączać pod górkę czy wiatr.
W kinie tym razem byłem trochę mniej razy, bo "tylko" 117. Standardowa dwunastka najlepszych filmów wg kolejności oglądania: Sonic 3, Better Man, Flow, Dog Man, Nosferatu, Mickey 17, Bezcenny pakunek, Ostatnie podróż, Brzydka siostra, Fantastyczna Czwórka, Predator. Większość to animacje, filmy fantastyczne oraz s-f, a największym zaskoczeniem, bo nie dość że poszedłem na niego bez żadnych oczekiwań, raz przełożyłem seans, a fabuła podczas oglądania była bardzo intrygująca to Ostatni wiking.
W ograniczaniu komiksowego nałogu, udało mi się zejść do limitu zakładanego w zeszłym roku, zatem w porównaniu z 2024 wydawałem 500 złotych miesięcznie mniej, a na ten rok będę starał się zejść o kolejną pięćsetkę. Jako komplecista skupię się tylko na tych seriach, które rozpocząłem nabywać, a w nowe wchodzić bardzo świadomie i tak samo z pojedynczymi albumami. Mikrodawkowanie, jak ten odwyk nazwała Kaśka, poskutkowało tym że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, nie musiałem się bez przerwy zapożyczać oraz nie żałować na inne rzeczy, które do tej pory sobie odpuszczałem. Zresztą spora część tej nadwyżki, idzie teraz na zwierzyniec oraz eksploatację auta, które zakupiłem na spółkę z mamą.
Prowadzenie od ponad 10 lat rachunkowości, pozwala wychwycić różne tendencje w wydatkach, jak i zaplanować łatanie budżetu. Z takich ciekawszych obserwacji, o 40 zł spadły mi miesięczne wydatki na alkohol, bo od lipca praktycznie nie piję, po części dlatego żeby wspierać w abstynencji Kamila, chociaż bardziej z powodu przyjmowanych (znowu) antydepresantów. Zresztą na zdrowie wydawałem 1500 złotych więcej, ale głównie z powodu zaniedbanego zęba, który trzeba było wyleczyć kanałowo. Ciut mniej wydałem na szeroko pojętą kulturę, ale to raczej nie dziwi z braku na nią czasu. Ponad 100% podskoczyły mi dojazdy na wieśkę (pociągiem i autem), jednak to również nie jest zaskoczeniem, skoro aktualnie żyję na dwa domy. Dobrze, że Kaśka oficjalnie zamieszkała w Fordonie, współdzieląc czynsz oraz opiekując się teraz (w okresie zimowym) zwierzakami.
Sprawy po tacie w większości zostały wyprostowane i w sumie tylko jedna kwestia spędza mi sen z powiek, ale na chwilę obecną jest nie do rozwiązania, więc muszę się z nią po prostu oswoić i próbować znaleźć jakieś wyjście z patowej sytuacji. Prace jako takie ograniczone były do porządkowania i utylizacji "pamiątek" po Heńku, w czym ogromnie pomaga mi Kamil, bo głównie z powodów sentymentalnych nie byłem na siłach, żeby zrobić to samemu. W tym roku chciałbym dokończyć wykończeniówkę domu (ostatecznie zaizolować całość, mieć źródło wody, zrobić łazienkę). Jak starczy sił oraz finansów, to przygotować miejsce na komiksową kolekcję oraz ogródek, a sauna pozostaje jeszcze w sferze marzeń. Dopiero wtedy można zdecydować się na sprowadzenie się tutaj na stałe.
W pracy totalnie bez zmian, a specka nudna jak flaki z olejem i zwykłe zawracanie dupy. Jeszcze tylko pół roku praktyk na różnych oddziałach i jesienią egzamin.






















