Prezentowane zdjęcia powstały jako okładki do pierwszej płyty CD, z kompilacją świąteczno-zimowych piosenek, jakie swego czasu rozdawałem w ramach prezentu. Fotografował Rysiek Łucyszyn, a do publikacji wykorzystałem wtedy najbardziej łagodną wersję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RŁ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RŁ. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 grudnia 2025
sobota, 12 kwietnia 2025
Studium Ryśka
Moje pierwsze doświadczenie w pozowaniu studyjnym zaliczyłem w czasach krótko policealnych. Później w Chałupach poznałem Ryśka Łucyszyna, gdzie porobił mi pierwsze profesjonalne akty, a jednym z nich pochwaliłem się w setnym odcinku SZF. Zadowolony z tych zdjęć odwiedziłem go jesienią w jego łódzkim mieszkaniu, zaadoptowanym również w studio fotograficzne, a efekty plażowych oraz domowych wygibasów prezentowałem w tym wpisie. Rok później znowu złożyłem mu wizytę, czego efektem była długa nocna sesja aktowa, której subiektywny wybór właśnie publikuję.
czwartek, 1 marca 2018
Od plażingu do modelingu
O mojej znajomości z fotografem z Łodzi Ryśkiem Łucyszynem, dzięki któremu zacząłem przygodę z modelingiem, pisałem przy okazji tych wspomnień. Dwa akty jego autorstwa, które bardzo lubię, znalazły się w tym wpisie. Właściwie nie bardzo mam co dodać do tamtych tekstów. Może jedynie tyle, że z racji tego iż specjalizował się w akcie męskim, nauczył mnie jak pracować ciałem i mięśniami, żeby ładnie prezentowały się na zdjęciach.
Pokazywane tutaj sesje pochodzą z naszych dwóch pierwszych spotkań. Plażowego oraz w jego maleńkim studio, zaaranżowanym w mieszkaniu na ostatnim piętrze łódzkiego bloku.
Drugą umiejętnością, którą zyskałem dzięki pracy z nim, jest prawidłowe ustawianie się do światła. Uważam, że Rysiek był mistrzem światłocienia. Potrafił ustawiać je długie minuty, tam zdjął, tu dodał, coś tam przestawił, zanim sam był zadowolony z uzyskanego efektu. Podczas tej mozolnej pracy, obserwowałem jak układa się ono na ciele.
Choć model(ka) nie ma bezpośredniego wglądu w powstający kadr, powinna znać chociaż podstawy umiejętnej prezencji, czyli czuć swoje ciało oraz światło, a także pokazać odpowiednie emocje.
Poniższe dwa zdjęcia, nie bez powodu kojarzą się z pewnym filmem.
W kwestii zaprezentowanych tutaj stylizacji są one oczywiście moje własne, co pokazuje że właściwie od zawsze nie ubierałem się do końca normalnie.
Natomiast na poniższym portrecie dokładnie widać, że jestem... krzywy. Obecnie mniej więcej jestem w stanie tą asymetrię skorygować do zdjęć, natomiast lubię jak fotograf mi o tym fakcie przypomina, albo dokładnie mnie do zdjęcia ustawia.
Pokazywane tutaj sesje pochodzą z naszych dwóch pierwszych spotkań. Plażowego oraz w jego maleńkim studio, zaaranżowanym w mieszkaniu na ostatnim piętrze łódzkiego bloku.
Drugą umiejętnością, którą zyskałem dzięki pracy z nim, jest prawidłowe ustawianie się do światła. Uważam, że Rysiek był mistrzem światłocienia. Potrafił ustawiać je długie minuty, tam zdjął, tu dodał, coś tam przestawił, zanim sam był zadowolony z uzyskanego efektu. Podczas tej mozolnej pracy, obserwowałem jak układa się ono na ciele.
Choć model(ka) nie ma bezpośredniego wglądu w powstający kadr, powinna znać chociaż podstawy umiejętnej prezencji, czyli czuć swoje ciało oraz światło, a także pokazać odpowiednie emocje.
Poniższe dwa zdjęcia, nie bez powodu kojarzą się z pewnym filmem.
W kwestii zaprezentowanych tutaj stylizacji są one oczywiście moje własne, co pokazuje że właściwie od zawsze nie ubierałem się do końca normalnie.
Natomiast na poniższym portrecie dokładnie widać, że jestem... krzywy. Obecnie mniej więcej jestem w stanie tą asymetrię skorygować do zdjęć, natomiast lubię jak fotograf mi o tym fakcie przypomina, albo dokładnie mnie do zdjęcia ustawia.
sobota, 7 lipca 2012
HaDeSetny SZF
Wreszcie jest!!!
Setny odcinek cyklu Saturday Zbok Fever.
Zgodnie z obietnicą złożoną w pięćdziesiątej odsłonie, dzisiaj zaprezentuję się Państwu w pełnej krasie, ale zanim to nastąpi, będziecie skazani na garść statystyk i podsumowań oraz intymnych wyn(at)urzeń ;)
Jak napisałem we wspomnianym wpisie, pierwsze 10 odcinków nie było związanych z pokazywaniem piękna ludzkiego ciała, tylko z rzeczami, które nie wiedzieć czemu ;> kojarzą mi się erotycznie ;D
Później poszły naprzemienne akty kobiet i mężczyzn (wszak wielbić trzeba po równo obydwie płcie).
Posty do cyklu redagowali również współtwórcy tego bloga: jeden zezwierzęcony odcinek napisał Fafik, natomiast dwa następujące po sobie - Kimonek (odpowiednio numery 65 oraz 66).
Zatrzymajmy się chwilę przy tym drugim, szatańskim odcinku, ponieważ wiążą się z nim dość ciekawe spostrzeżenia ;> Otóż na chwilę obecną został on skomentowany 66 razy, a ilość odsłon właśnie oscyluje w okolicach liczby 666, co klasyfikuje ten wpis na pierwszym miejscu (nie licząc kilku odosobnionych przypadków, o czym za chwilę) kliknięć w całej serii.
Przechodząc do tych wyjątków... Wynikają one z nieograniczonych możliwość Google'a, gdzie ludzie ciekawi świata wpisują w wyszukiwarkę hasło ZBOK i w grafikach na pierwszych i dalszych miejscach ukazują się zdjęcia z mojego cyklu, dlatego ilość odsłon pięciu odcinków plasuje się powyżej 1000, a rekordowy odcinek 14 ma ich 2455.
Najczęściej komentowanym odcinkiem był numer 46 i dochapał się 134 komentarzy.
Kończąc nudne podsumowania statystyczne, wspomnę, że wszystkie odcinki razem wzięte kliknięto około 17800 razy, pozostawiając 850 komentarzy.
Jest jeszcze jeden mały powód do świętowania, ponieważ ten wpis jest sześćsetnym (600) postem tego bloga
Ufffff....
Myśleliście, że już będziecie mogli patrzeć na moje nagie zdjęcia ;>
Nic z tych rzeczy ;DDD
Proszę jeszcze uzbroić się w cierpliwość albo użyć scrolla ;P
No właśnie. Jeżeli komuś spieszno do moich aktów lub prezentacji fragmentów ciauka, to prawdopodobnie zbyt mało uważnie obserwował bloga albo ma obsesję na moim punkcie ;) W samym zbiorze poświęconym naturyzmowi pokazałem się około 20 razy.
Uważam, że nagość należy odczarować. Jest dla mnie czymś niepojętym, że na przemoc, krew i makabrę w mediach jest społeczne przyzwolenie, a - wydawałoby się - naturalna dla człowieka (zwierzęcia) golizna wzbudza niezdrowe emocje i fascynacje.
Mógłbym tak jeszcze trochę popisać, ale nie mam sumienia trzymać Was tak długo w tłumionym napięciu (pamiętajcie, że to się łatwo rozładowuje - przynajmniej chwilowo).
Obiecałem - zamiast jednego - zaprezentować trzy zdjęcia.
Chociaż chwilę, chwilę...
Okazuje się, że dwie prezentacje w tym cyklu mam już za sobą ;DDD
Pierwsza odbyła się przy okazji Bożego Narodzenia i pokazywania okładek okolicznościowych płyt dla najbliższych ;)
Kolejna odbyła się w Sylwestra, razem z życzeniami na kolejny rok ;))
Jeśli jeszcze zdradzę, że tak naprawdę dzisiejszy odcinek nie jest setny, bo po drodze wkradł się jeden dodatkowy odcinek, to już chyba jestem zwolniony z obietnicy ;P
Dobra, dobra... Już przestaję się droczyć ;)
Tak siebie postrzegam.
Wszyscy wokół pukają się w czoło, gdy wspominam o obrastających mnie zwałach tłuszczu, ale nic na to nie poradzę ;(
Dodatkowo stan ten jeszcze się pogłębił w związku z niedawno prezentowanym zdjęciem pewnego gościa, którego celowo nie podlinkuję, bo mnie zazdrość zżera, że taki boski i tyle ludzi już wlazło na wpis z jego występem ;D
Wystarczy, że wspomnę o pewnym incydencie z pracy, gdy odmawiając słodycza, tłumacząc się drakońską dietą, pokazałem wspomniane zdjęcie w kontekście zapowiedzianej ankiety. Koleżanki spojrzały na mnie z politowaniem, wręcz z pogardą oraz obrzydzeniem i dalej zaczęły ubóstwiająco wgapiać się w ekran monitora, a kisiel aż im w majtach chlupotał hahaha
Pierwsze zdjęcie, jakie pokażę, było zaplanowane od momentu, gdy zapowiedziałem swój występ.
Pochodzi z nadmorskiej sesji wykonanej przez Ryśka Łucyszyna. Tej samej, z której jest mój ulubiony portret.
Kompletując wszystkie trzy foty, w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że nie mogę go pokazać, gdyż - w kontekście tej recenzji - w prezentację (jako całość) wkradłby się fałsz, bo na żadnym z nich nie byłoby widać "przerażającego" prącia ;] Pozwolę sobie przytoczyć mały cytat:
"...jako stuprocentowy naturysta, szczycący się średnią europejską, cały czas zachodzę w głowę, po chuj chować chuj, kiedy epatuje się całą resztą???"
Nastąpiła korekta zdjęcia i zamiast aktu ze skrzyżowanymi nogami zasłaniającymi strategiczne partie, będzie wizerunek z rozłożonym podwoziem ;D
Jest lipiec 2003 roku. Mam 27 lat. Plaża naturystyczna w Chałupach. Miesiąc wcześniej wreszcie straciłem dziewictwo z kobietą moich marzeń (od czasów I Komunii Świętej), więc dopiero odkrywam własną płciowość (wcześniej była ona kompletnie uśpiona, bo byłem maksymalnie skupiony na nauce). Jestem strasznie nieśmiałym, zamkniętym w sobie mężczyzną (skutek wychowania i wiejskiego pochodzenia - w LO byłem jedynym wieśniakiem w klasie [+ 6 wieśniaczek] na 30 uczniów). Dopiero teraz odważyłem się bojaźliwie wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ale przyświecały mi dwie podstawowe zasady - "Nic co ludzkie, nie jest mi obce" oraz "Kosztuj wszystko, co napotkasz, dopóki nie krzywdzisz innych i nie szkodzisz sobie".
Ten akt jest ważny z wielu powodów. Wystarczy przyjrzeć się twarzy, z której można wyczytać całą gamę skrajnych emocji. Jest zdziwienie (co ja robię, pozując nago zupełnie obcemu facetowi), obawa (co ten człowiek później zrobi z tymi zdjęciami), zakłopotanie (nie mogę powstrzymać erekcji wywołanej nagością własną i innych plażowiczów), radość (zdołałem przełamać kolejną barierę), odrobina złości (na co mi to) i podniecenia (dobrze że wiał wiatr, bo cały się telepałem).
Najlepszym uzupełnieniem tego foto i uczuć z nim związanych jest ta piosenka.
Minęły całe trzy lata. Zainwestowałem w ciało, wyeliminowałem lub ukryłem głęboko sporo kompleksów, zacząłem poznawać swoje atuty i nauczyłem się je wykorzystywać, zatrudniłem się nawet w charakterze modela, pracując codziennie jako pielęgniarz.
Uwielbiam słońce! Niczym Superman gasnę bez energii słonecznej. Późna jesień, zima, a szczególnie przedwiośnie są dla mnie katorgą. Odżywam gdzieś w okolicy kwietnia i przez całe lato ładuję się bez umiaru. Później jestem niczym króliczek Duracella ;) Tylko najbliżsi wiedzą, jaki robię się marudny w pochmurne dni. To będzie prawdziwy cud, gdy kiedyś nie zachoruję na czerniaka, a to przecież taki sam nałóg jak alkoholizm lub nikotynizm. Opamiętam się, jak będzie za późno, ale wychodzę z założenia, że na coś umrzeć trzeba ;]
Kolejne foto jest tego dowodem. Skóra już boleśnie poparzona, ale twardo spiekam ją dalej, a na twarzy odmalowana ekstaza.
Samo zdjęcie pod względem technicznym jest kiepskie (ucięte włosy, brak kończyn dolnych), jednak bardzo je lubię, bo pokazuje moją naturę w letnie dni (pozytywny pląs, chill oraz odrobina szaleństwa). Cały ja ;DDD
W takich chwilach w głowie na okrągło gra mi jedna melodia. Nawet w momencie robienia tego zdjęcia grała. Pewnie dlatego przybrałem taką pozę hahaha
Ryszarda odwiedzałem regularnie przy okazji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi. Miał malutkie mieszkanko na poddaszu ogromnego "mrówkowca" z wielkiej płyty, w którym zdołał jeszcze wygospodarować studio fotograficzne. Zrobił mi tam trzy sesje, z których jedna była wyjątkowo udana. Świetnie się przy niej bawiłem, choć fizycznie była dość wyczerpująca (mozolne ustawianie światła, nienaturalne, powykręcane pozy, a nawet stawanie na głowie). Kilka z tych zdjęć, zostało później wybranych do retrospektywnej wystawy Ryśka w 2008 roku (dla przypomnienia relacje przeczytacie tutaj oraz tutaj).
Wspomniany osobnik zachwycił wszystkich swoim sześciopakiem, ale ja również posiadam własną WunderWaffe ;DDD
Komentarz jest zbędny ;D
Niestety z powodu wieku i nieubłaganej grawitacji już tak nie sterczy jak dawniej ;)
Ciekawe, czy ktoś cierpliwie dobrnął do samego końca bez przewijania tekstu ;>
Jeżeli znaleźli się tacy wytrwali, to mieli okazję przeczytać trzeci (obok tego oraz tego wpisu), najbardziej szczery, intymny i osobisty post w historii bloga
Prawdopodobnie spodziewaliście się, że w podsumowaniu mojego występu pojawi się ta piosenka. Być może w wykonaniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki lub wersję niezawodnego Jasia Fasoli ;DDD
Nic z tych rzeczy!
Skoro na początku napisałem, jak siebie postrzegam, zatem na koniec zapraszam na krótki seans filmowy hahaha
Setny odcinek cyklu Saturday Zbok Fever.
Zgodnie z obietnicą złożoną w pięćdziesiątej odsłonie, dzisiaj zaprezentuję się Państwu w pełnej krasie, ale zanim to nastąpi, będziecie skazani na garść statystyk i podsumowań oraz intymnych wyn(at)urzeń ;)
Jak napisałem we wspomnianym wpisie, pierwsze 10 odcinków nie było związanych z pokazywaniem piękna ludzkiego ciała, tylko z rzeczami, które nie wiedzieć czemu ;> kojarzą mi się erotycznie ;D
Później poszły naprzemienne akty kobiet i mężczyzn (wszak wielbić trzeba po równo obydwie płcie).
Posty do cyklu redagowali również współtwórcy tego bloga: jeden zezwierzęcony odcinek napisał Fafik, natomiast dwa następujące po sobie - Kimonek (odpowiednio numery 65 oraz 66).
Zatrzymajmy się chwilę przy tym drugim, szatańskim odcinku, ponieważ wiążą się z nim dość ciekawe spostrzeżenia ;> Otóż na chwilę obecną został on skomentowany 66 razy, a ilość odsłon właśnie oscyluje w okolicach liczby 666, co klasyfikuje ten wpis na pierwszym miejscu (nie licząc kilku odosobnionych przypadków, o czym za chwilę) kliknięć w całej serii.
Przechodząc do tych wyjątków... Wynikają one z nieograniczonych możliwość Google'a, gdzie ludzie ciekawi świata wpisują w wyszukiwarkę hasło ZBOK i w grafikach na pierwszych i dalszych miejscach ukazują się zdjęcia z mojego cyklu, dlatego ilość odsłon pięciu odcinków plasuje się powyżej 1000, a rekordowy odcinek 14 ma ich 2455.
Najczęściej komentowanym odcinkiem był numer 46 i dochapał się 134 komentarzy.
Kończąc nudne podsumowania statystyczne, wspomnę, że wszystkie odcinki razem wzięte kliknięto około 17800 razy, pozostawiając 850 komentarzy.
Jest jeszcze jeden mały powód do świętowania, ponieważ ten wpis jest sześćsetnym (600) postem tego bloga
Ufffff....
Myśleliście, że już będziecie mogli patrzeć na moje nagie zdjęcia ;>
Nic z tych rzeczy ;DDD
Proszę jeszcze uzbroić się w cierpliwość albo użyć scrolla ;P
No właśnie. Jeżeli komuś spieszno do moich aktów lub prezentacji fragmentów ciauka, to prawdopodobnie zbyt mało uważnie obserwował bloga albo ma obsesję na moim punkcie ;) W samym zbiorze poświęconym naturyzmowi pokazałem się około 20 razy.
Uważam, że nagość należy odczarować. Jest dla mnie czymś niepojętym, że na przemoc, krew i makabrę w mediach jest społeczne przyzwolenie, a - wydawałoby się - naturalna dla człowieka (zwierzęcia) golizna wzbudza niezdrowe emocje i fascynacje.
Mógłbym tak jeszcze trochę popisać, ale nie mam sumienia trzymać Was tak długo w tłumionym napięciu (pamiętajcie, że to się łatwo rozładowuje - przynajmniej chwilowo).
Obiecałem - zamiast jednego - zaprezentować trzy zdjęcia.
Chociaż chwilę, chwilę...
Okazuje się, że dwie prezentacje w tym cyklu mam już za sobą ;DDD
Pierwsza odbyła się przy okazji Bożego Narodzenia i pokazywania okładek okolicznościowych płyt dla najbliższych ;)
Kolejna odbyła się w Sylwestra, razem z życzeniami na kolejny rok ;))
Jeśli jeszcze zdradzę, że tak naprawdę dzisiejszy odcinek nie jest setny, bo po drodze wkradł się jeden dodatkowy odcinek, to już chyba jestem zwolniony z obietnicy ;P
Dobra, dobra... Już przestaję się droczyć ;)
Tak siebie postrzegam.
Wszyscy wokół pukają się w czoło, gdy wspominam o obrastających mnie zwałach tłuszczu, ale nic na to nie poradzę ;(
Dodatkowo stan ten jeszcze się pogłębił w związku z niedawno prezentowanym zdjęciem pewnego gościa, którego celowo nie podlinkuję, bo mnie zazdrość zżera, że taki boski i tyle ludzi już wlazło na wpis z jego występem ;D
Wystarczy, że wspomnę o pewnym incydencie z pracy, gdy odmawiając słodycza, tłumacząc się drakońską dietą, pokazałem wspomniane zdjęcie w kontekście zapowiedzianej ankiety. Koleżanki spojrzały na mnie z politowaniem, wręcz z pogardą oraz obrzydzeniem i dalej zaczęły ubóstwiająco wgapiać się w ekran monitora, a kisiel aż im w majtach chlupotał hahaha
Pierwsze zdjęcie, jakie pokażę, było zaplanowane od momentu, gdy zapowiedziałem swój występ.
Pochodzi z nadmorskiej sesji wykonanej przez Ryśka Łucyszyna. Tej samej, z której jest mój ulubiony portret.
Kompletując wszystkie trzy foty, w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że nie mogę go pokazać, gdyż - w kontekście tej recenzji - w prezentację (jako całość) wkradłby się fałsz, bo na żadnym z nich nie byłoby widać "przerażającego" prącia ;] Pozwolę sobie przytoczyć mały cytat:
"...jako stuprocentowy naturysta, szczycący się średnią europejską, cały czas zachodzę w głowę, po chuj chować chuj, kiedy epatuje się całą resztą???"
Nastąpiła korekta zdjęcia i zamiast aktu ze skrzyżowanymi nogami zasłaniającymi strategiczne partie, będzie wizerunek z rozłożonym podwoziem ;D
Jest lipiec 2003 roku. Mam 27 lat. Plaża naturystyczna w Chałupach. Miesiąc wcześniej wreszcie straciłem dziewictwo z kobietą moich marzeń (od czasów I Komunii Świętej), więc dopiero odkrywam własną płciowość (wcześniej była ona kompletnie uśpiona, bo byłem maksymalnie skupiony na nauce). Jestem strasznie nieśmiałym, zamkniętym w sobie mężczyzną (skutek wychowania i wiejskiego pochodzenia - w LO byłem jedynym wieśniakiem w klasie [+ 6 wieśniaczek] na 30 uczniów). Dopiero teraz odważyłem się bojaźliwie wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ale przyświecały mi dwie podstawowe zasady - "Nic co ludzkie, nie jest mi obce" oraz "Kosztuj wszystko, co napotkasz, dopóki nie krzywdzisz innych i nie szkodzisz sobie".
Ten akt jest ważny z wielu powodów. Wystarczy przyjrzeć się twarzy, z której można wyczytać całą gamę skrajnych emocji. Jest zdziwienie (co ja robię, pozując nago zupełnie obcemu facetowi), obawa (co ten człowiek później zrobi z tymi zdjęciami), zakłopotanie (nie mogę powstrzymać erekcji wywołanej nagością własną i innych plażowiczów), radość (zdołałem przełamać kolejną barierę), odrobina złości (na co mi to) i podniecenia (dobrze że wiał wiatr, bo cały się telepałem).
| Foto by Ryszard Łucyszyn |
... jesteśmy piękni niezależnie od tego co mówią
Tak, słowa nie potrafią nas poniżyć
Jesteśmy piękni, każdy na swój sposób...
Tak, słowa nie potrafią nas poniżyć
Jesteśmy piękni, każdy na swój sposób...
Minęły całe trzy lata. Zainwestowałem w ciało, wyeliminowałem lub ukryłem głęboko sporo kompleksów, zacząłem poznawać swoje atuty i nauczyłem się je wykorzystywać, zatrudniłem się nawet w charakterze modela, pracując codziennie jako pielęgniarz.
Uwielbiam słońce! Niczym Superman gasnę bez energii słonecznej. Późna jesień, zima, a szczególnie przedwiośnie są dla mnie katorgą. Odżywam gdzieś w okolicy kwietnia i przez całe lato ładuję się bez umiaru. Później jestem niczym króliczek Duracella ;) Tylko najbliżsi wiedzą, jaki robię się marudny w pochmurne dni. To będzie prawdziwy cud, gdy kiedyś nie zachoruję na czerniaka, a to przecież taki sam nałóg jak alkoholizm lub nikotynizm. Opamiętam się, jak będzie za późno, ale wychodzę z założenia, że na coś umrzeć trzeba ;]
Kolejne foto jest tego dowodem. Skóra już boleśnie poparzona, ale twardo spiekam ją dalej, a na twarzy odmalowana ekstaza.
Samo zdjęcie pod względem technicznym jest kiepskie (ucięte włosy, brak kończyn dolnych), jednak bardzo je lubię, bo pokazuje moją naturę w letnie dni (pozytywny pląs, chill oraz odrobina szaleństwa). Cały ja ;DDD
![]() |
| Foto by Krystupas |
Ryszarda odwiedzałem regularnie przy okazji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi. Miał malutkie mieszkanko na poddaszu ogromnego "mrówkowca" z wielkiej płyty, w którym zdołał jeszcze wygospodarować studio fotograficzne. Zrobił mi tam trzy sesje, z których jedna była wyjątkowo udana. Świetnie się przy niej bawiłem, choć fizycznie była dość wyczerpująca (mozolne ustawianie światła, nienaturalne, powykręcane pozy, a nawet stawanie na głowie). Kilka z tych zdjęć, zostało później wybranych do retrospektywnej wystawy Ryśka w 2008 roku (dla przypomnienia relacje przeczytacie tutaj oraz tutaj).
![]() |
| Foto by Ryszard Łucyszyn |
![]() |
| Foto by Ryszard Łucyszyn |
"Przez moje serce przechodzą dreszcze
Postawiłeś moje życie na głowie
Masz najpiękniejszą dupę na świecie"
Nie ma to jak skromność buahahahahahaPostawiłeś moje życie na głowie
Masz najpiękniejszą dupę na świecie"
Niestety z powodu wieku i nieubłaganej grawitacji już tak nie sterczy jak dawniej ;)
Ciekawe, czy ktoś cierpliwie dobrnął do samego końca bez przewijania tekstu ;>
Jeżeli znaleźli się tacy wytrwali, to mieli okazję przeczytać trzeci (obok tego oraz tego wpisu), najbardziej szczery, intymny i osobisty post w historii bloga
Prawdopodobnie spodziewaliście się, że w podsumowaniu mojego występu pojawi się ta piosenka. Być może w wykonaniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki lub wersję niezawodnego Jasia Fasoli ;DDD
Nic z tych rzeczy!
Skoro na początku napisałem, jak siebie postrzegam, zatem na koniec zapraszam na krótki seans filmowy hahaha
BUCKET!!!
;DDD
poniedziałek, 4 lipca 2011
Ryszard Łucyszyn

Urodziłem się w Krakowie przy ul. Kremerowskiej 8 m. 4
Ryśka poznałem latem 2003 roku, podczas mojego pierwszego, samodzielnego wyjazdu nad polskie morze.
Właśnie postanowiłem zasmakować w niekultywowanym rodzinnie naturyzmie, zatem naturalnym wyborem były słynne Chałupy.
W tamtych czasach byłem jeszcze skromnym, zahukanym młodzieńcem, próbującym oswajać własną nagość.
Położyłem się zawstydzony na brzuchu, obok jakiejś starszej pary. Spiekam niemiłosiernie plecy, no bo przecież nie położę się na nich, odsłaniając newralgiczne organy, a brzegiem morza zaczął kołować jakiś „stary krążownik”.
Z godzinę tak się kręcił, a ja w duszy kurwiłem na swojego parszywego pecha, że od razu musiał mnie upatrzyć, jakiś nadpróchniały, zboczony wrak.
Wreszcie zdecydował się podejść, bo osobiście zdążyłem już z lęku o swoją cnotę, korzenie w piachu zapuścić.
Lezie, a mi ze stresu serce kołata, na szczęście mam w pamięci, że przecież tuż obok leżą ludzie, zatem chyba nie odważy się tak przy nich robić mi kuku.
Podszedł, zagadał i po kilku zdaniach gruchnął:
- Czy mógłbym Tobie zrobić parę fotek, bo jestem fotografem, a Ty… bla, bla, bla…
Autentycznie mnie wmurowało! Myślę sobie:
- Ja pierdolę. Podryw na fotografa. Do tego stosowany na jakimś wymemłanym wieśniaku. Nie wierzę.
Ale z drugiej strony, ego zostało mocno połechtane, co mi szkodzi, cały czas jesteśmy na publicznej plaży, w razie czego wyśmieję go i spierdolę. Do tego, jeśli mówi prawdę, będę miał świetną pamiątkę z wyprawy.
Gościu pyka fotki niezłym sprzętem, zaczyna opowiadać o swoim życiu i okazuje się, że chyba jest OK.
Na drugi dzień, z duszą na ramieniu, wsiadłem mu do auta i pojechaliśmy do Helu, a wieczorem piliśmy wino na jego kwaterze we Władysławowie. Nocą wróciłem piechotą do namiotu w Chałupach.
Wymieniliśmy się informacjami teleadresowymi, a po kilku dniach otrzymałem list z płytą CD, na niej jedne z najpiękniejszych zdjęć jakie posiadam.
Jeżeli ładniejszych się nie dorobię, to prawdopodobnie z tego zbioru zaprezentuję obiecany akt, w jubileuszowym SZF.
W fotografii, na którą wreszcie miałem trochę czasu, pociągał mnie wtedy akt. Sprawa była o tyle kontrowersyjna, ze chciałem fotografować chłopców. Zainspirowała mnie pani Krystyna Łyczywek (artysta fotografik), która mnóstwo jeździła po świecie i właśnie wróciła z Paryża, z wystawą paryskich fotografików, wśród których jeden fotografował męski akt. Były to piękne czarno białe zdjęcia murzyna. Bardzo dyskretne i wysmakowane fotografie czarnego na czarnym tle, jedynie obrysowane światłem kontury muskularnego, idealnego ciała młodego mężczyzny. Od dawna już chciałem spróbować tego tak trudnego tematu, kompletnie w Polsce nieznanego, ale nie miałem dobrego sprzętu no i... modela.
Kontakt się nie urwał, bo jeżdżąc raz do roku na Międzynarodowy Festiwal Komiksu, korzystając z jego gościnności, przy okazji wystawiałem się na błysk flesza.
Kilka jego zdjęć pozwoliłem sobie zamieścić w sieci: 1, 2, 3, 4, 5.
Czasem była to improwizacja, czasem wystudiowana sesja, bądź spełnienie mojej prośby.
Trzy lata temu, w galerii Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego, miała miejsce jego przekrojowa wystawa „Akt i portret”.
Możecie o niej poczytać tutaj oraz tutaj, a na poniższym zdjęciu uwieczniłem go przy jego bardzo celnej karykaturze, wykonanej przez Henryka Sawkę, na którymś Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu.

Ostatni raz byłem u niego w październiku 2009.
Był już schorowanym człowiekiem.
Na okrągło słuchał 7 Symfonię Beethovena.
Podczas rozmowy, ożywiał się jedynie, gdy opowiadał o swojej wnuczce.
Po wizycie byłem zdruzgotany.
Płakałem.
W kolejnym roku stchórzyłem.
Nie odważyłem się z nim skontaktować, licząc że dzięki chorobie (Alzheimer) zapomniał o mnie.
Tydzień temu zmarł.
Nie zostałem najsławniejszym fotografikiem w Polsce.
Jestem sobie biednym (dosłownie) facetem, na dodatek chorym.
Jestem bardzo, ale to bardzo samotny.
Cytaty (początek, koniec, oraz duży fragment), pochodzą z jego autobiografii, którą pisał w perspektywie nieuchronnej utraty pamięci.
Podarował mi jej kopię podczas ostatniej wizyty.
Wspaniała historia nieprzeciętnej osoby.
Dzieciństwo, nauka, przyjaźń ze swoją nauczycielką, pierwsze miłości, przyszywany brat, uczucie prowadzące na skraj szaleństwa, legalne ćpanie LSD w PRLu, blaski i cienie małżeństwa, instynkt ojcowski do własnej córki oraz szkolnego wychowanka, pikantne momenty, anegdoty taksówkarza zatrudnionego w łódzkiej filmówce, kolejny związek w „sile wieku”, choroba.
Chciałoby się rzec, gotowy scenariusz na film.
Jak ślepej kurze ziarnko, trafiła mi się znajomość z fantastycznym człowiekiem, życzliwie dzielącym się swoimi doświadczeniami, wiedzą, opowieściami z bogatego życiorysu. Mimo odmiennego charakteru (typowy choleryk), dostrzegam dużo mentalnych podobieństw.
Poznanie go sprawiło, że moje życie potoczyło się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, o czym zapewne kiedyś nabazgrolę.
RYSZARD ŁUCYSZYN 28.03.1946.?-27.06.2011.
sobota, 25 grudnia 2010
Mikołajowy SZF 34
Gdy jeszcze przejmowałem się tymi całymi świętami, miałem zwyczaj obdarowywania drobnymi upominkami rodziny, przyjaciół i znajomych.
Kilka lat z rzędu (4), były to własne kompilacje kolęd, pastorałek, piosenek świątecznych i zimowych, dobieranych według stopnia żenady (im gorsze tym lepsze), choć zdarzały się chlubne wyjątki, dzięki czemu jeszcze piękniej one błyszczały.
Płyty miały megalimitowany, numerowany nakład - 22 sztuki na każdy tytuł.
Numery przydzielane były losowo, oprócz 1 (ówczesna wybranka), 2 (rodzice), 22 (ja).
Bohaterem okładek był nieŚwięty Mikołaj w czerwonej czapce, z różnymi dodatkami na każdy rok.
Poniżej przedstawiam tytuły, okładki i próbki utworów.
Goły Mikołaj czyli worek pełen prezentów
Świąteczny relaXXX czyli Mikołaj w jakuzzi
Frywolna Śnieżynka czyli odmieniony Mikołaj

Ostatnia płyta Goły, Frywolny RelaXXX czyli the best of Mikołaj była składakiem z poprzednich CD, gdyż poprosiłem wcześniej obdarowanych o wybranie ulubionych utworów.
Okładka (umieszczona na wstępie posta) zawierała gadżety (miniczapeczka, kieliszek, diadem), wykorzystane do poprzednich okładek. Natomiast rozbudowana wkładka, wzbogacona była o alternatywne okładki tychże płyt.
Formuła zużyła się, ciekawe kompozycje skończyły.
Gdybym kiedyś miał wrócić do tego projektu, to bez wątpienia znalazłby się na płycie ten utwór, za który dziękuję Maćkowi.
Fuck Christmas!!! ;D
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















