Lojalnie uprzedzam jakby ktoś chciał pójść tą ścieżką.
Tymczasem tak sobie chadzam od paru lat, żeby właśnie zatoczyć koło w temacie, niczym krąg rozchodzący się na wodzie.
Zacząłem rocznym projektem, potem wypłynąłem na akweny ludzi zainteresowanych lejtmotywem, doszły incydenty podróżnicze oraz epizodyczne projekty w ramach konwencji.
Od pierwszego stycznia wracam do źródła, czyli znowu będę przez równy rok, dzień w dzień zaliczał wtopę. Jednak tym razem w towarzystwie polaroida.
Ogólny plan jest taki, że codziennie wyzwolę tylko jedną klatkę i jeżeli efekt będzie widoczny, znaczy ciało zanurzone w wodzie, to pomimo tego czy zdjęcie będzie prześwietlone, nieostre lub fatalnie skadrowane, zostanie opublikowane bez poprawek i dubli.
Ponad rok temu złożyłem pewną obietnicę, że jak cośtamcośtam to założę w końcu konto na instagramie. Potrzebne mi ono jak przysłowiowej świni siodło, ale żeby nie wyjść na zakłamanego parszywca i padalca, czas w końcu spełnić obietnicę.
W ramach tego projektu będę się udzielał na tamtym szatańskim padole jako Pan Ophelion. Będę tam głównie publikował fotki fotek, ewentualnie jakieś śmiechostkowe mejkinofy. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę oznaczać mnie tam w końcu jako współtwórcę to proszę bardzo, jednak preferowaną formą oznacznia tamże jest hasztag #dawidhemke.
Blog ofelionowy jest priorytetowy i tam będą trafiały skany w dobrej rozdzielczości.
Żeby kolejny etap się zaczął, poprzedni musi zostać zakończony, aby całość wyglądała spójnie.
Prezentowana tutaj sesja jest na chwilę obecną, ostatnią publikowaną wizją innej osoby.
Smaczkiem jest fakt, że to jubileuszowy, PIĘĆSETNY post ofelionowy.
Z racji tego, że zostały mi w archiwach pojedyncze kwiatki ofelionowe, a jest bardzo prawdopodobne, że w 2020 roku powstaną jakieś nowe, plus komórkowe wycieczkowce, ujrzą one światło dzienne w następnym roku.
Zresztą wydaje mi się, że nie jestem w tym odosobniony.
Ile można wałkować ten sam temat, żeby nadal był twórczy i świeży?
Nadal mam jednak olbrzymią frajdę z samego procesu twórczego i kilka ofelionowych marzeń do zrealizowania, o czym pisałem tutaj.
Na początku października niewątpliwie spory fun "kąpielowy" zapewniła mi Iza Dusińska, zapraszając mnie na tydzień do Holandii gdzie mieszka od lat.
Poprosiłem ją żebym w trakcie pobytu u niej, miał możliwość spełnienia obywatelskiego obowiązku, czyli oddania głosu w wyborach parlamentarnych. Z racji tego, że najbliższy punkt wyborczy znajdował się w Amsterdamie, specjalnie wyjechaliśmy o piątej rano, żeby dotrzeć na miejsce, gdy o siódmej otworzą lokal. Była to doskonała strategia, bo jak się później okazało, kolejka zrobiła się przeogromna.
Serce mi prawie z piersi wyskoczyło na samą perspektywę, a później jeszcze w trakcie realizacji, gdy adrenalina buzowała we krwi w bardzo wysokim stężeniu.
Nieznane warunki w miejscu topienia (temperatura wody, rodzaj dna, ewentualne wiry rzeczne), oficjalny zakaz kąpieli w kanałach (perspektywa otrzymania mandatu), trudne warunki pogodowe (było dość zimno, wiał wiatr, padał deszcz i grad), chybotliwa łódka nie ułatwiała odpowiedniej pozycji i stabilizacji dla fotografa, a poza tym nie miałem kontroli nad tym jak daleko odpłyną, a do tego postronne tłumy gapiów.
Stres z tym wszystkim związany działał niezwykle pobudzająco i motywująco!
Pierwsze zdjęcie robiliśmy w nurcie rzeki Ij, gdzie bez przerwy kursowały statki, promy, motorówki, żaglówki, kajaki i inne pojazdy wodne. Z powodu tych wszystkich zmiennych byłem tak podekscytowany, że kompletnie nie mogłem nad sobą zapanować, przez co zepsułem Izie umyślony przez nią kadr, który jest na pierwszym zdjęciu ilustrującym ten wpis. Zamiast spokojnie i długo leżeć na wodzie, udając topielca, bez przerwy wynurzałem głowę z wody, panicznie sprawdzając co się dzieje wokół.
Logistyka zdjęć wyglądała następująco.
Rozebrany do naga, okryty tylko szlafrokiem, siedziałem ukryty przed postronną widownią, w ciasnym schowku na dziobie łodzi. Gdy dopływaliśmy do kolejnej lokalizacji, zostawałem wypuszczany stamtąd niczym pies z łańcucha, wskakiwałem szybko do wody, udawałem trupa czekając na hasło powrotu, wdrapywałem się na pokład, chowałem do kanciapy, a motorówka pospiesznie oddalała się z miejsca zdarzenia, pozostawiając w dali zszokowanych gapiów. Jedynie przy Dworcu Centralnym zrezygnowaliśmy z pełnej nagości, z racji zbyt dużego prawdopodobieństwa wpadki.
Kolejne kąpiele poszły już bardziej spokojnie, wiedząc że fotograf oraz sternik dbają o rzeczy, które i tak były niezależne ode mnie, a zamiast zakładanych trzech lokalizacji, w twórczym amoku wyszło pięć!
Jak widać na załączonych obrazkach, radość twórcza przeogromna.
Zmodyfikowaliśmy nasz wieczorny plan na Amsterdam i zamiast zostać tam aż do zmroku, pojechaliśmy nad Morze Północne, żebym po raz szósty tego dnia zamoczył się w wodzie, ale to już opowieść na inną okazję.
Okazało się, że mamy podobny zmysł estetyczny, co poskutkowało kolejnymi spotkaniami, przegadanymi wieloma godzinami, litrami przelanego alkoholu oraz niezliczoną ilością wspaniałych kadrów, czy całych projektów.
Kolejny raz spotkaliśmy się jeszcze przy okazji Ofeliona, w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego. Zdjęcie, które wtedy powstało, podwójnie wyłamuje się ze ściśle założonych reguł. Po pierwsze zamiast pełnej sylwetki, kadr został ucięty gdzieś w okolicach kolan, a po drugie pojawia się tam cień tajemniczej kobiety. Po latach mogę napisać, że jest nią Izabela Kozłowska, z którą M. umówił się wtedy na sesję, w towarzystwie wielkiego, pluszowego misia.
Pełnosesyjne, drugie spotkanie nastąpiło w lutym 2014 roku.
Pojechaliśmy w to samo miejsce co poprzednio i wbrew leżącym połaciom śniegu, nie było tak kurewsko zimno jak w listopadzie. Bezwietrznie, temperatura około zera, idealnie na zdjęciowe rozbieranki.
No dobra!!!
Czerwone końcówki naszych ciał, bo tradycyjnie partnerowałem Pauli, pokazują że odrobinę idealizuję warunki meteorologiczne.
Niby restartowałem w zeszłym roku, zmieniając to miejsce w fotograficzne portfolio.
Mam jednak na myśli produkowanie wpisów o dupie Maryni, umysłową biegunkę, od której zaczynałem.
Przerwałem, bo jak kiedyś wspomniałem, jakaś menda, może bot podkablował, że to miejsce jest internetowym siedliskiem bezeceństwa, zboczeństwa i ogólnie wszelkiego zła, więc administracyjnie dostałem blokadę, co podcięło mi pisarskie skrzydełka. Później na to doszły problemy natury psychosomatycznej, więc skupiłem się na walce o przetrwanie, a nie jakimś wirtualnym pitupitu.
Stan obecny jest taki, że walka póki co wygrana, a blokadę uznałem za zbawienie, bo nikt przypadkowy tutaj nie trafi, bardziej pocztą pantoflową lub z własnej woli.
Czasu wolnego mam znowu odrobinę więcej, więc muszę gdzieś znaleźć ujście tym wszystkim farmazonom kłębiącym się pod kopułką, a najlepiej na starych śmieciach.
Po czterech latach zapieprzania na pielęgniarskim kontrakcie, czyli wyrabiania 1,5 etatu, wróciłem na tradycyjną umowę o pracę.
Zrezygnowałem z fejsika, gdzie się ostatnio produkowałem, bo pomijając politykę publikacyjną, totalnie zmęczył mnie nadmiar informacyjny łaskawie stamtąd spływający. Jeżeli ja mam umysłową biegunkę, to tam pomimo środków zaradczych zrobiło się totalne szambo, w którym niektórzy czują się jak pstrągi w krystalicznym potoku.
Zacząłem publikowanie tutaj fotograficznych dokonań, bo na maxmodels publikowanie całych serii wygląda kiepsko, a i tak pewne treści nie mają racji bytu i to nie dlatego, że są zbyt kontrowersyjne, tylko z powodu widzimisię wszechwładnych adminów. Zresztą jak patrzę ostatnio na główną stronę tego portalu, zadaję sobie pytanie - QUO VADIS!?
Instagrama, czyli obecnie najlepszego narzędzia internetowej kreacji, nadal pomimo licznych zachęt nie zamierzam posiadać.
Pozostaje stary, poczciwy blog.
Oczywiście nic, ani nikt w miejscu nie stoi, więc nie jestem tym samym popierdoleńcem, który klikał sobie kilka lat temu.
Jesień 2015 roku zapadła mi w pamięć dość dobrze, a stało się tak z kilku powodów. Najważniejszym z nich było wystąpienie w teledysku grupy Yesternight, grającej rocka progresywnego.
Gdzieś na początku października zagadał do mnie Andrzej Kaczmarek, z pytaniem czy nie chciałbym zagrać w klipie. Żołądek podszedł mi do gardła, a serce prawie wyskoczyło z piersi, bo nigdy wcześniej nie brałem udziału w tego rodzaju produkcji. Owszem miałem dwa mało znaczące epizody w telewizyjnych reklamach, ale główna rola w kilkuminutowej etiudzie...?
Z mieszanką obaw i nadziei spotkałem się z nim oraz dwójką członków grupy (Kamil Kluczyński i Bartek Woźniak) żeby obgadać szczegóły. Singla którego mi puścili skwitowałem, że nie jest to muzyka jaką słucham na co dzień, ale doceniłem linię melodyczną. Andrzej miał już ułożony cały scenariusz, więc można było dokładnie zaplanować zdjęcia, które rozłożyliśmy na dwa dni. Mam nadzieję, że teledysk już obejrzany, bo teraz polecą spoilery opisujące smaczki i detale z planu.
Już na etapie planowania zaproponowałem jedną znaczącą zmianę, polegającą na fizycznej metamorfozie bohatera. Posiadałem wtedy długie, platynowe warkoczyki, które były przewidziane do ścięcia podczas sesji zdjęciowej, realizowanej na minimalistycznym plenerku w Wielkim Leźnie. Historia jest uwspółcześnioną wersją biblijnej opowieści o Samsonie i można ją obejrzeć tutaj.
Niedziela 25 października, kolejny powód dla którego ta jesień jest niezapomniana. To wtedy odbywały się wybory parlamentarne, w wyniku których do władzy doszedł mały, sfrustrowany człowieczek, a wszystko dzięki temu, że większość ludzi je olała. Do południa doskonale bawiliśmy się w fotografię, podczas której spektakularnie zmieniałem image, potem kilkugodzinny powrót do domu, żeby dosłownie w ostatniej chwili wpaść do lokalu wyborczego (panie w komisji były mocno zdziwione, że jeszcze ktokolwiek przyszedł), aby oddać jak się okazało, mało znaczący głos przeciw.
Wracając do teledysku, mając na uwadze przewidzianą zmianę wizerunkową, pierwszy dzień zdjęciowy odbył się 20 października. Tutaj znowu reszta ekipy musiała się dopasować do mojego grafiku pracy w szpitalu. Po skończonym dyżurze na oddziale, czyli po 19:00 pognałem do chłopaków, a następnie udaliśmy się w okolice mostu Królowej Jadwigi, gdzie nakręciliśmy większość nocnych scen. Bosy spacer po ulicy Dworcowej, skok z mostu tramwajowego, nerwowy marszobieg po nadrzecznej promenadzie przy Astorii, trójka mijanych wtedy przechodniów, to oczywiście chłopaki z zespołu i asystujący Krzysztof Jankowski.
Pierwszym znaczącym problemem okazał się brak deszczu. Potrzeba matką wynalazku, czyli woda z Brdy nabrana do konewki, którą z góry mostu polewał Krzysiek, natomiast mocno wychylony poza filar Kamil, asekurowany przez Bartka, nakręcił jedyne zdjęcia, bo Andrzej ma lęk wysokości, więc nadzorował całość z dołu.
Zmiana ciuchów na suche, podjeżdżamy jeszcze do schodów przy sądzie, gdzie kręcimy motyw dłoni na płocie oraz jedyną scenę, z której nie jestem zadowolony, czyli palenie papierosa, wyglądające jakby nastolatek próbował swojego pierwszego w życiu peta, co w sumie (nie licząc wieku) prawie jest zgodne z prawdą.
Szybka regeneracja na pobliskiej stacji paliw, czyli kawa, hot-dog, znowu wsiadamy w auto i jedziemy pod Bydgoszcz nagrywać sceny we wnętrzach oraz "taniec na linie" w wielkiej stodole. Szczególnie jestem zadowolony ze szklistych oczu wpatrujących się w migający ekran TV, byłem wtedy już bliski puszczenia łezki. Wielką linę, z którą mocowałem się całkowicie nagi, chłopaki wyłowili z Brdy, co było odczuwalne w sensie wagi oraz zapachu. Musiałem się tutaj ostro nagimnastykować, żeby ciałem oraz liną cenzurować penisa.
Generalnie zmęczenie, pora roku oraz dnia, mocno dawały się we znaki, zatem życie ratowała nam herbata oraz nalewka serwowane przez Kaśkę Kaczmarek, która z racji swojego doświadczenia modelingowego, pilnowała również planu oraz robiła backstagowe foty telefonem.
Pracę skończyliśmy coś koło godziny trzeciej nad ranem.
Tak jak pierwszy dzień zdjęciowy zrealizowany był dokładnie według założeń scenariusza, tak w drugiej części nastąpiło sporo zmian oraz nieplanowanych scen, wymuszonych moją zmianą wyglądu oraz kaprysami pogodowymi.
Umówiliśmy się 2 listopada, wczesnym rankiem po nocnym dyżurze w robocie. Plan zakładał wspaniały, słoneczny dzień, gdzie podczas uroczego wschodu słońca miałem radośnie wkraczać w wody jeziora. Rzeczywistość okazała się ponura, mglista oraz odrobinę dżdżysta. Najpierw pojechaliśmy na górki fordońskie, gdzie nakręciliśmy przechadzkę wśród wysokich traw, odbywającą się po kulminacyjnej scenie upadku. Mieliśmy nadzieję, że poranna mgła się podniesie i reszta dnia będzie już słoneczna, ewentualnie słońce będzie co jakiś czas wychylać zza chmur. Niestety nic takiego się nie stało, humory siadły, a wraz z nią inwencja twórcza.
Właściwie byliśmy już gotowi przenieść zdjęcia na jakiś inny, byleby bezchmurny dzień, gdy ktoś rzucił pomysłem z głupia frant - JEDŹMY NAD MORZE!!! - tam nawet jak jest chujowa pogoda, jest bardziej optymistycznie i malowniczo.
Tak też zrobiliśmy, na cel wyprawy wybraliśmy Gdynię Orłowo. Radosne kręcioły i przechadzki kręciliśmy w opuszczonym sanatorium, natomiast końcową scenę wchodzenia do wód zatoki powtarzaliśmy dwukrotnie. Raz została ona nagrana w perspektywie bocznej, co do finalnego filmu się nie załapało oraz drugi raz zza moich pleców. W sumie wchodziłem wtedy do wody trzy razy, bo ostatni był zarezerwowany na obowiązkowego Ofeliona, uwiecznionego w długiej ekspozycji.
Właściwie wszystko co chcieliśmy zrealizowaliśmy, podczas tego spontanicznego wyjazdu. Usatysfakcjonowani poszliśmy na rybę oraz opicie zdjęć, ale podczas konsumpcji stwierdziliśmy, że skoro już tutaj jesteśmy, to skoczymy dokręcić parę ujęć na sopockim molo. Dzięki temu powstała kilkusekundowa scena, z której jestem najbardziej zadowolony. W rzeczywistość jest to sześciominutowe ujęcie, podczas którego stoję nieruchomo na molo. Wartością dodaną jest fakt, że akurat podczas jej kręcenia zapaliły się latarnie. Pozwoliłem też bez konsultacji z Andrzejem. dodać coś od siebie, o czym przyznałem się mu dopiero po powrocie do Bydgoszczy. Mając jakąś tam wiedzę na temat animacji poklatkowej, od początkowego smutku malującego się na twarzy, przeszedłem do niewielkiego uśmiechu.
Na koniec zdradzę, że romantyczna scena z Izą Wasiniewską wśród trzcin, w scenariuszu była sceną z anonimową dziewczynką w czerwonych kaloszkach, beztrosko skaczącą wśród kałuż.
Z racji tego, że to produkcja niszowa, niskobudżetowa, wszystkie stylizacje moje.
Chłopaki z Yesternight długo po wypuszczeniu tego premierowego singla, wreszcie nagrali i wydali płytę, którą nawet od czasu do czasu zdarza mi się puścić w całości, bo jest pomyślana jako koncept album i nie taki jednak w gust nie trafiający, jak mi się podczas pierwszego zetknięcia z ich muzą zdawało.
Natomiast Andrzej, który jest też tatuatorem, zostawił na moim ciele malunek, który stał się znakiem rozpoznawczym.
Poniższym wpisem oficjalnie inauguruję w miarę regularny powrót z publikacjami na tym blogu.
Odkąd przez teoretycznie niezgodne publikowanie treści łamiących regulamin bloggera, zostałem odgórnie przyblokowany, chęć na dalsze uzewnętrznianie się spadła drastycznie, do tego nadszedł też dość trudny (pisząc kolokwialnie) okres w życiu. Stąd w 2015 roku wpisy były aż trzy, a rok później tylko dwa, dopiero w poprzednim nastąpiło pewne ożywienie, głównie dlatego że szafa z regularnie tworzonym materiałem modelingowym spuchła niemiłosiernie.
Zaczynając przygodę z fotomodelingiem artystycznym, na miejsce publikacji zdjęć wybrałem głównie portal maxmodels, który rządzi się dość rygorystycznym i mało przejrzystym regulaminem, więc część zdjęć z automatu nie miało możliwości ujrzeć światła dziennego. Poza tym założyłem, że z danej sesji będę publikował maxymalnie 3 najlepsze (moim subiektywnym zdaniem) zdjęcia, zatem kolejna porcja szła do szuflady.
Po latach uznałem, że w sumie blokada tego bloga ma jakieś zalety. Ponieważ przestał wyszukiwać się w Google, może faktycznie być swojego rodzaju pamiętnikiem (ciut naiwnie i pensjonarsko pisanym), do którego wgląd będą mieli ci, którzy faktycznie chcą go czytać i przeglądać (taka namiastka elitaryzmu).
Będę publikował w miarę pełne sesje, niekoniecznie w chronologicznej kolejności, aby również w ten sposób podziękować ludziom, których poznałem przez ostatnich kilka lat, przy okazji pojawi się też sporo wspominek, anegdot i mejkingofów.
Chwila po wyjściu z wody
Na pierwszy rzut idzie sesja, dzięki której osobiście poznałem BM, z którym flirtowaliśmy od maja 2010 roku. Dopiero 3 lata później nieśmiało poprosiłem go, czy nie chciałby mi cyknąć zdjęcia w kończącym się pierwotnym cyklu ofelionowym. Moje obawy odnośnie jego zgody były tym większe, że on robi głównie kwadratowe kadry, a ja potrzebowałem prostokąta o konkretnych wymiarach. Zgodził się i tym sposobem, przy okazji robienia utopca, poznałem go w zestawie z jego ówczesną dziewczyną.
Pojechaliśmy na wilanowskie łęgi, gdzie powstały zdjęcia z tej sesji.
No to jedziemy!!!
Niedzielne przedpołudnie 17.11.2013.
Pizga złem i wieje nieprzyjemny, wilgotny, przeszywający wiatr.
Najpierw zaczęliśmy zdjęcia solo i w parze, a na "deser" zostawiliśmy wchodzenie do wody.
Powyższe spacery po drzewie, miały na celu sprawdzenie stabilności podłoża, żeby wejść na nie we dwójkę. Najpierw proste w wykonaniu siedzenie w objęciu (przynajmniej nie było nam tak zimno).
Później już ciut trudniej, bo wbrew pozorom położyć się płasko na twardym, chropowatym drzewie i utrzymać równowagę w układzie "na kanapkę" nie jest wcale tak łatwo.
Z niewygodnego drzewa przenieśliśmy się na stały grunt. Przy okazji tych dwóch zdjęć muszę się przyznać, że podczas ich robienia pierwszy i na razie ostatni raz, wykazałem się niepełnym profesjonalizmem, który na szczęście podobno nie został zauważony. Chodzi o to, że bliskość pięknej, nagiej modelki w takim układzie (to był mój pierwszy raz), podziałała na mnie... stymulująco.
Shame you, David!!!
W tych oczach ewidentnie widać delikatną panikę przed utratą kontroli
Kolejne cztery zdjęcia bardzo lubię. Szczególnie ostatnie, ze względu na malujący się spokój na twarzy i wysiłkowo napięte mięśnie. Roboczo tytułuję je jakże oryginalnie...
"Mięso"
Kolejne zdjęcie uwielbiam... z wielu powodów.
Właściwa sesja skończona, przemarznięci ubieramy się i idziemy kawałek dalej robić Ofeliona.
Ten moment przed zanurzeniem do lodowatej wody, podczas zjebanej pogody, gdy zastanawiasz się "Po jakiego CHUJA to robię?"...
... ano żeby głównie być konsekwentnym w swoich działaniach, które nagradzane są dobrymi zdjęciami.