Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shame. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shame. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2025

Ostentatio Genitalium

Zupełnie niedawno dowiedziałem się o pewnym wstydliwym epizodzie sztuki sakralnej. Otóż w koncepcie chodziło o to, żeby uczłowieczyć Jezusa poprzez eksponowanie jego siusiaka. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, niestety zaorano go podczas soboru trydenckiego. Teraz można już tylko sobie pogdybać, czy jakby trend nadal funkcjonował, to nagość byłaby takim tabu? Ten blog jest swoistym gabinetem terapeutycznym dla samego autora oraz czytelników, służącym oswajaniem tego tematu, choć pewnie ktoś inny może stwierdzić, że to celowe epatowanie oraz szokowanie.

Wiosną 2011 roku zaproponowałem Kaśce wyzwanie artystyczne, podczas realizacji którego musieliśmy daleko wyjść ze strefy komfortu. Ona zmierzyć się z wielkim formatem dzieła oraz olejną techniką, ja z pełną nagością w stanie podniecenia. Dopiero po niecałych dwóch latach Kaśka chwyciła za ten... miecz i śmiało zaczęła się chwalić postępami nad pracą, okraszając to oczywiście swoim bełkotem, potem prezentując detale szczegółowego szkicu oraz cały szkic w pełnej krasie.

Ten projekt jest dla mnie bardzo ważny oraz osobisty, czemu dałem wyraz w dedykowanym jemu wpisie. Swoim zwyczajem już wcześniej zostawiałem na blogu tropy, że coś ważnego się rodzi, a pochwalenie się tym dzieciątkiem, zostało czasowo dopasowane pod premierę filmu, który totalnie mnie zmiażdżył. Film oraz projekt były profetyczne, bo okazało się, że tytułowym wstydem nie są okazywane emocje, tylko depresja dopadająca mnie chwilę później na parę długich, mrocznych lat, a rozrzucone gdzieniegdzie ziarenka w postaci tagu (to blogowa wersja współczesnego hasztagu) WSTYD, zostały tutaj na dłużej i kiełkowały w kolejne wpisy i niechlubne rocznice.

Z racji tego, że blog Kimonka jest martwy jak jego/jej deadname, olbrzymia ilość linków w starych wpisach prowadzi w próżnię. Na szczęście przed kasacją swoich wypocin, udało mi się ubłagać Kaśkę, żeby wspólne rzeczy HamKidowe eksportować na dedykowanego bloga. Co prawda nie aktualizowałem archiwalnych linków (za dużo roboty), ale przynajmniej teraz mogę odsyłać zainteresowanych do odpowiednich wpisów. Jednym z nich jest całościowa prezentacja obrazu oraz jego szczegółów.

Do teraz zachodzę w głowę, skąd wziął się ten zielony maziaj? Natomiast w tej opowieści dochodzę do smutnego finału, ponieważ nigdy nie ujrzałem w realu ani szkicu, ani tym bardziej obrazu, który choć jest zaliczany do radosnej twórczości hamkidowej, to jednak był robiony na zamówienie! Zatem Artystka nie wywiązała się ze zobowiązań wobec Klienta, gdzie kasę za wykonane dzieło miała otrzymać podczas jego przekazania. Coś tam mataczyła, że nie jest zadowolona z końcowego efektu, choć ja byłem, malunek przeleżał długie lata, zwinięty w rulon na przemyskiej prerii i podobno zaginął w pomroce dziejów.
WALIĆ TO!!!

Wody w Wiśle tyle upłynęło, że już na spokojnie oraz bez zbędnej egzaltacji mogę opublikować jedno zdjęcie, które można traktować jako post scriptum całej historii. Wiedząc, że nie ma najmniejszych szans na otrzymanie od Kaśki zamówionego obrazu, postanowiłem powtórzyć ten sam motyw przed obiektywem fotograficznym. Siedząc już od dłuższego czasu w środowisku fotografii artystycznej, rozglądałem się za osobą, z którą mógłbym się podzielić tym projektem. Żeby koncept był zbliżony do malarskiego pierwowzoru, chciałem aby obraz utrwalić analogowo w wielkim formacie. Dodatkowo fotograf powinien nie bać się męskiej nagości, jeszcze w wersji bardzo erotycznej, a ja musiałem tej osobie bardzo ufać, wierząc że nie zrobi ona żadnych niemiłych rzeczy z gotową fotografią (publikować w dziwnych miejscach, pokazywać osobom postronnym czy sprzedawać odbitki bez wcześniejszego uzgodnienia). Ostatecznie padło na Renatę Młynarczyk, z którą poznaliśmy się na moim pierwszym plenerze w Michałowicach i już od tamtego momentu bardzo między nami zaiskrzyło, a każde kolejne spotkanie owocowało rewelacyjnymi kadrami. Zapodałem temat, który oczywiście został podchwycony bez mrugnięcia okiem, bo jest między nami autentyczna chemia i rewelacyjny flow. Wiedząc w jakim medium będziemy pracować, zaproponowałem żeby zdjęcie zostało zrobione w potrójnej ekspozycji, czyli en face (jak w oryginale) oraz z dwóch profili. Oczywiście była to transakcja wiązana, czyli ona realizuje mój pomysł, a ja dla niej zabawiam się fetyszowymi zabawkami oraz fristajlujemy w jej olbrzymim studiu.

Po czterech latach od publikacji kaśkowego obrazu, mamy luty 2016 roku, pojawiłem się w krakowskich włościach Renaty. Ona rozkłada swój wielki aparat, ja rozbieram do rosołu i jedziemy z tym koksem!!! Okazało się, że była to najtrudniejsza (do tej pory) sesja zdjęciowa, w jakiej brałem udział, bo mnie stres zjadł. Najpierw zaczynamy klasycznie. Staję w wyznaczonym miejscu, Renia ustawia kadr, ostrzy, stawiam farfocla do pionu, ona znowu ostrzy, bo wyjść z głębi ostrości przy tym obiektywie bardzo łatwo, a mi w tym czasie faja więdnie, no to zaczynamy od nowa. Chuja nam nie idzie, a kadry trzeba pstyknąć TRZY!!! Zmieniamy zasady! Renia ustawia ostrość i odchodzi od aparatu żeby mnie nie stresować, ja przy porno z telefonu, mozolnie walę konia, starając się nie ruszyć z miejsca, gdy ten jest gotowy wołam JUŻ!!! Ona dobiega, wyzwala migawkę, pierwszy kadr zrobiony, a w kroku znowu flak. Powtarzamy cały scenariusz jeszcze dwa razy. Upociłem się jak Łysek w kopalni! Jedno zdjęcie, w potrójnej ekspozycji robiliśmy prawie godzinę!!! Przynajmniej wiem, że do pornoli (pomijając mikre warunki) kompletnie się nie nadaję.

Podczas kolejnej wizyty u Renaty, podarowała mi wywołane, wielkoformatowe fotografie!!! WOW!!!
Tym wpisem reaktywuję cykl Saturday Zbok Fever, w którym postaram się w miarę regularnie, co sobotę wrzucić jakąś aktową sesję, w której występuję jako model albo fotograf.

niedziela, 24 lutego 2013

After Shame

ROK.
Tyle minęło od publikacji posta, który przez ten czas stał się niekwestionowanym hitem bloga.
Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę słowo wstyd, przełączyć się na obrazy, a tam wita poszukiwaczy sterczący wac.
Dla przypomnienia wszystko zaczęło się od nietypowego zamówienia na obraz, który został upubliczniony wraz z premierą filmu pod tym samym tytułem.
Filmu, który stał się przysłowiowym, niewielkim pchnięciem w otchłań.
Filmu, który pokazał mi beznadzieję własnego istnienia.
Od momentu jego obejrzenia moje życie zaczęło się sypać, stając się zupełnie bezcelowe.
Oczywiście to nie wynik samego seansu! Jak wspomniałem był on tylko niewielkim kamieniem poruszającym lawinę nietykanych wcześniej problemów.
Dzień po dniu staczałem się coraz bardziej. Przestałem spać, jeść (schudłem jakieś 10 kg), zacząłem pić (bynajmniej nie wodę). Gdzieś w okolicach września byłem psychicznym i fizycznym wrakiem. Miałem problemy z koncentracją, wpadałem w skrajne stany emocjonalne, przestałem biegać na siłkę, z wizytą zjawiła się ciocia impotencja, dobiegła końca moja stołeczna kariera, spora część włosów wyemigrowała z czoła na kark
Pod koniec października wyjechałem na urlop w tropiki, gdzie towarzyszyła mi muzyka, która również w tropikach powstała. I choć w słowach jest "Jezus Maria nie ogarniam", to pomogła mi samemu się ogarnąć (tak przy okazji kompletnie nie rozumiem, dlaczego żydzi się komuś babrania w bagnie na tajskiej plaży).

Po roku znów stoję nagi.
Różnica polega na tym, że już się nie napinam, bo teraz wisi mi to ;DDD
Wiosna przyjdzie i tak ;P

Coś się kończy...
Coś się zaczęło ;)

piątek, 24 lutego 2012

Wstyd / Shame


Znalazłam sny z dziecięcych lat przewiązane białą wstążką
Nie taki w nich zmyśliłam świat, nie tak miałam żyć
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", by tylko kochaną być
Jest mnie coraz mniej i mniej co dnia
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...

Ludzie wciąż pytają mnie, czego jeszcze chcę
Oni zawsze wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre, a co złe
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", sprzedałam im
Już prawie nie ma mnie, już nie mam nic
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...

I coraz bardziej lubię niebieskie sukienki
Coraz szybciej jeżdżę samochodem
Coraz częściej jest mi wszystko jedno
I milczę coraz częściej!

Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Przed sobą z tamtych lat, gdy miałam sny
Codziennie uczę się nowych kłamstw
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi... 
Varius Manx


Słowa powyższej piosenki (pomijając żeński podmiot literacki) są głównym kluczem do interpretacji obrazu, w który z premedytacją został wmanipulowany Kimonek
Generalnie temat WSTYD, przewałkowano przez różnych malarzy i fotografów doszczętnie. Jednakże wszystko co znam, zrobione jest na jedno kopyto - zawstydzona persona, z opuszczoną głową, trwożliwie zakrywa swoje łono.
Booooooooooring...
A gdyby tak zrobić coś w totalnej kontrze?
Krocze to organ, jak każdy inny (ręka, noga, wątroba), z niewiadomych przyczyn, napiętnowany mianem "zakazanego owocu". Opowiastka o zjadaniu jabłek z drzewa, to wielka bujda, w świetle jeszcze istniejących plemion, gdzie nagość jest absolutnie naturalnym stanem.
Czego tu się wstydzić?
Wstydliwe są emocje wypisane na twarzy (grymasy, barwa skóry, łzy)!
Koncepcja takiego wizerunku, chodziła mi po głowie od paru lat.
Dodatkową (późniejszą) inspiracją, stał się cykl numerowanych aktów Wojciecha Ćwiertniewicza, na których nagość przedstawiona jest zupełnie naturalnie, wręcz obojętnie.
Przy okazji prezentacji obrazu "Manipulation" (swoją drogą dość okropnego), z właściwą sobie subtelnością, zaoferowałem Marianowi modelingowe usługi, widząc z jednej strony spory potencjał do wyzwolenia, z drugiej niezrozumiały wstyd w operowaniu nagością na obrazach.
Dalszą historię z grubsza znacie: wygrane Candy, konkurs związany z obrazem itd.
Gdzieś po drodze, przy okazji planowania zabawy, odbywaliśmy długie rozmowy na gg, podczas których "mimowolnie" drążyłem temat aktów i lęku przed pokazywaniem pełnej (genitalnej) nagości. Najczęstszymi odpowiedziami w tej delikatnej polemice, były jakieś śmieszne, pensjonarskie, małomiasteczkowe, zahukane, pseudoartystyczne wywody, w rodzaju piękna niedopowiedzeń.

Pewnej nocki rzuciłem rękawicę, która dopiero niedawno została podjęta.
Poniżej zapis fragmentu rozmowy, dotyczącej tematu:

hds
2011-03-27 03:14:53 wymyśliłem sobie kiedys baaardzo odważną pozycję do aktu
Kimonek
2011-03-27 03:15:05 czyli :D
hds
2011-03-27 03:15:21 pt Wstyd 
Kimonek
2011-03-27 03:15:34 ???
hds
2011-03-27 03:16:21 stoję dosłownie i w przenośni, z twarzą ukrytą w dłoniach 
Kimonek
2011-03-27 03:16:38 do 2011-03-27 03:16:47 ŚMIECH
hds
2011-03-27 03:18:02 mam dużo durnych pomysłów ;]

O filmowym "Wstydzie", pierwszy raz usłyszałem przy okazji zeszłorocznego (przełom sierpnia i września) Festiwalu w Wenecji, gdzie wzbudził skrajne emocje. Okazało się, że porusza problematykę osobiście mi bliską. Gdzie człowiek staje się niewolnikiem własnych zachcianek, ogólnodostępnego konsumpcjonizmu. Bojąc się emocjonalności, buduje gruby, "lodowy" pancerz, a największym wstydem jest uczuciowe odsłonięcie "miękkiego podbrzusza". 
Paradoksalne jest to, iż omawiany akt, porusza w jednym ujęciu te same kwestie.
"Wstyd / Shame"
by Kimonek
akryl + olej na płótnie
wielkość 250 x 200

Nie mam najmniejszego zamiaru, wyflaczać się przed Wami z własnych słabości, skąd się wzięły, jak wpływają na najbliższych. Ciekawskich zapraszam do obejrzenia filmu, przeczytania tejże recenzji, wsłuchania się w treść piosenki, popytania odpowiednich specjalistów, przejrzenia moich lutowych wpisów (poukrywałem w nich sporo tropów) oraz oględzin obrazu.
Pytanie, dlaczego on taki maluśki?
Bynajmniej nie wynika to z nagłego zawstydzenia własną nagością ;p
Po pierwsze, chodzi o zwykły, złośliwy pstryczek w kimoni nochal, który bez wcześniejszego uzgodnienia, w kilku zapowiadających wpisach i zamieszczonych w nich dość szczegółowych zdjęciach oraz szkicach, zdradził koncepcję całego obrazu, przez co czar niespodzianki prysł, niczym bańka mydlana.
Zatem po detale zapraszam tutaj, tutaj, tutaj oraz tutaj.
Nie potrafię zrozumieć, jak świadomie można, tak rozwadniać, wręcz niszczyć efekt końcowego zaskoczenia finalnym produktem.
Zamiast subtelnego rozpalania ciekawości czytelników, serwuje się drobiazgowe raporty z placu boju.
To jest coś, czego mimo moich usilnych starań, Kimon nigdy nie załapał i również z tego powodu jest mi wstyd.
Po drugie, jakość zamieszczonych zdjęć jest żałosna. Spowodowane jest to wielgachnymi rozmiarami płótna, na którym moja sylwetka przedstawiona jest w skali 1:1. Przez tą wielkość, ciężko go było rozwiesić tak, aby nie zaginał się, a także wystawić do naturalnego światła. Zatem zdjęcia są nieostre, z zaburzoną paletą barw. Jest to wielka plama na honorze malarza, za co kazał widzów serdecznie przeprosić, obiecując poprawę.

Wiem, że już nie miało być piątkowych wpisów. Ten jeden raz, dałem sobie dyspensę.

UPDATE 27.02.2012.
Odrobinę lepsze jakościowo zdjęcia obrazu, można obecnie podejrzeć here.