Jeszcze dwa miesiące temu deklarowałem, że jednym z moich niespełnionych jeszcze celów w modelingu, jest trafienie na okładkę ogólnopolskiego czasopisma.
Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
Udało się!!! Trafiłem jeszcze lepiej!!! Bo na okładkę K-O-M-I-K-S-U!!!
Moje rozbuchane ego wręcz skwierczy, w promieniach nadchodzącej sławy ;DDD
"Degrengoland" to komiksowa psychodelia, po części dziejąca się w swojskich, wiejskich klimatach.
Całość (części 1 i 2, wraz z alternatywnymi okładkami) do ściągnięcia za ABSOLUTNĄ DARMOCHĘ.
Nie krępujta się i bierzta, oglądajta, czytajta i polecajta dalej ;DDD
Jak zupełnie przypadkiem odkryłem tą okładkę, na jednym z portali artystycznych Kimonka, w pierwszym odruchu byłem cholernie zły na niego, bo to jest pogwałcenie naszej umowy o korzystaniu z mojego wizerunku. Jednakże po krótkiej wymianie zdań, zostało odpuszczone ;P
Serdecznie dziękuję spiskującym: Maciejowi Pałce oraz Arkowi Twardowskiemu, za zaszczyt odegrania roli Jaha Kozłowskiego.
To jest wielce zaskakujące, że w oficjalnym gronie sąsiednich gospodarstw, jeszcze nie umieściłem jej bloga.
Pojawiła się zupełnie niespodziewanie, trafnie komentując wpisy innych osób, aż wreszcie w czerwcu zeszłego roku, postanowiła bardziej aktywnie uczestniczyć w tym środowisku.
W tytule posta nazwałem go po prostu Blog Anety, ponieważ już kilkakrotnie zmieniał tytuł. Początkowo nazywał się stories & stuff (lubiłem ten tytuł), by po jeszcze jednej zmianie tytułu zostać przemianowany na:
Miejsce to jest magiczne i bardzo lubię je odwiedzać.
Może dlatego, że Aneta zamieszcza tam mnóstwo zdjęć, do robienia których ma ewidentny talent.
Może dlatego, że uwielbia uwieczniać na fotografiach swoje... różnorodne obuwie (trzy próbki - 1, 2, 3), a nawet gołe stopy.
Może dlatego, że pisze o ciekawych rzeczach.
Może dlatego, że w samych początkach pisania, poświęciła mi osobny wpis, w którym wykonała bezbłędną analizę mojej narcystycznej natury, choć wtedy nie znaliśmy się jeszcze osobiście. Zatem większość tych rzeczy wyczytała między wierszami ;) Dodatkowo odważyła się tam pokazać swój pępek, z odciśniętym obok guziczkiem ;D
Może dlatego, że robi szydełkiem cuda z włóczki, jak chociażby "łapacz snów".
Może dlatego, że jak już ją zdołałem poznać na kimonkowym wernisażu, a później pogłębiłem tą znajomość na dorowych warsztatach, okazała się fantastyczną rozmówczynią... i milczynią ;)
Generalnie jestem kolejnym piewcą, który dołącza do niemałego grona chórzystów, śpiewających o jej przeogromnym cieple i dobroci, za które pewnie ktoś ją kiedyś ozłoci ;)))
Chyba czas założyć jakieś miejsce kultu, Świętej Anety od Spraw Skomplikowanych?
Może na dobry początek, niech będzie to jej blog?
Było zimno, wietrznie, a do tego mrużył delikatny śnieżek. Wszyscy domownicy porządnie przeziębieni, więc jest szansa, że na katar również się załapię.
Wcześniej o tym nie wspominałem, ale przy okazji Jastre wymyśliłem sobie nowożytną, popową wróżbę.
Puszczam radio przed i po kąpieli, a piosenki (głównie ich tekst), które lecą w eterze odczytuję symbolicznie.
Przed:
Po:
Bardziej symbolicznie i dosadnie chyba już nie mogło być ;]
Po dwóch tygodniach targania się z hdsowymi włosami, podjęliście decyzję.
W sumie oddaliście 32 ważne głosy. Po jednym kliknięciu otrzymały fryzury: krótkie-długie, murzyńskie warkoczyki, fikuśne kucyki oraz zalotna blondynka. Dwa głosy padły na spartański hełm, natomiast trzy na moją ulubioną fryzurę, czyli wiatrem smagane. Teraz już mogę się przyznać, że nienawidzę grzebieni ;) Ostatnie miejsce na podium (4 głosy) zajęła mokra włoszka i przez czas trwania konkursu, ludzie zupełnie postronni trafiali właśnie na ten wpis, góglając tą niemodną już fryzurę. Początkowo ostatnie dwie fryzury szły łeb w łeb, ale ostatecznie na drugim miejscu, z pięcioma kliknięciami znalazł się Muppet Beaker. Obecnie uskuteczniam ten fryz, chociaż nie jest aż tak rozwichrzony.
Uczesanie, które zdobyło palmę pierwszeństwa (14 głosów, czyli 43%) jest dla mnie totalnym zaskoczeniem i kompletnie nie wiem jak interpretować ten werdykt.
Łysiejący dziadek jest najprostszy, najmniej efektowny i nie wymaga żadnych nakładów pracy.
Albo macie serdecznie dość freakowych wyskoków i pragniecie odrobiny normalności na tym poletku, albo zlitowaliście się nade mną, żebym nie musiał zapuszczać, farbować lub dziwacznie ciąć włosów, albo wręcz odwrotnie, wykazaliście się okrucieństwem i skazujecie na śmierć z zimna, ostatnie resztki szarych komórek.
Geneza łysiny prezentowanej na powyższym zdjęciu (jak i tym konkursowym), wiąże się performancem sprzed prawie dwóch lat, podczas którego zostałem publicznie pozbawiony włosów. Pomagały mi wtedy dziewczęta z sekretariatu, wspominanego przedwczoraj Uniwersytetu Kiciarstwa.
Wczoraj był ten jeden dzień w roku, kiedy można sobie bezkarnie płatać figle, stroić żarty, wciskać kity itp.
Zatem dziś przedstawiam kolejne zajęcie, którym czasem zdarza mi się zajmować pół żartem, pół serio.
Profesor Kiciarstwa - Max von H.
czyli moje alter ego ;DDD
Profesor Max, swój ostatni publiczny występ (pod zmienionym nazwiskiem), zaliczył podczas zeszłorocznego otwarcia wystawy prac Kimonka, z której później napisał obszerną recenzję.
Natomiast początków Uniwersytetu oraz samego naukowca, należy szukać gdzieś na przełomie wieków, gdy na jednej z kolejnych pielgrzymek, licytowaliśmy się ze znajomymi, kto, kiedy i jaki największy kit wcisnął innym. Stąd bliska droga do utworzenia nowej dziedziny naukowej, czyli kitologii. Z racji tego, że wtedy zakasowałem innych swoimi wkrętkami, a później w żartobliwy sposób wymyśliłem zrąb dziedziny oraz wyszczególniłem i nazwałem różne rodzaje kitów, stałem się ojcem założycielem i rektorem nowego Uniwersytetu Kiciarstwa, z siedzibą w Toruniu.
Pierwsza konferencja odbyła się na strychu nieistniejącego już Teatru Lalek. W niezliczonych szufladach i pudłach z dokumentami, mam zachowany program z tej imprezy. Być może nasza niezastąpiona Pani Maria, pełniąca funkcję Sekretarza, posiada u siebie taśmy, z zapisem poszczególnych prelekcji. Z tego co pamiętam, mój wykład dotyczył wciskania kitów, na przestrzeni dziejów, od starożytności do czasów nowożytnych.
W ciągu tych dziesięciu (z hakiem) lat, odbyły się aż trzy konferencje.
Na drugiej nie byłem, gdyż chwilowo znudzony tym rodzajem działalności, sfingowałem własną (tzn. Maxa) śmierć, co de facto również było swojego rodzaju kitem.
Ostatnia odbyła się na początku 2008 roku. Powyższe zdjęcie przedstawia uroczyste przecięcie wstęgi, symbolizujące otwarcie konferencji, której plan jest poniżej.
Grono pedagogiczne oraz studenci i wolni słuchacze, spotykają się w miarę regularnie, na nieformalnych spotkaniach w okolicach Nocy Świętojańskiej oraz Bożego Narodzenia ;)
Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam wszystkich członków Uniwersytetu, w szczególności regularnego czytelnika oraz sporadycznego komentatora tego bloga, niejakiego Icka z Piernikowa ;D
Generalnie w samej idei kitu, chodzi o nieskrępowaną zabawę. Zatem kit powinien być nieszkodliwy dla ludzi, którym się go wciska oraz z założenia ma zostać kiedyś zdemaskowany. Natomiast sama kitologia, to w tej chwili poważna gałąź nauki ;DDD
Dzisiejszemu wpisowi miała towarzyszyć ta piosenka, jednak jest... zbyt oczywista.
Przy okazji blogowej dwulatki, mimowolnie wspomniałem o "innych projektach", dzięki którym Profesor Max znów wraca do gry!
Wiosenne ptaszki ćwierkają, że tegoroczny sezon komiksowych festiwali został pomyślnie rozpoczęty.
Jak było na Bydgoskiej Sobocie z Komiksem, anno domini 2012???
Pod względem organizacyjno-frekwencyjnym bez zmian. Nadal uważam, że jest to zgrabny, luzacki (bez zadęcia) festiwalik. W pogodzie mieliśmy pełen przekrój warunków atmosferycznych (słońce,
grad, kilka rodzajów śniegu i deszczu), co pewnie jest wróżbą dla środowiska
komiksowego, że będzie się różnie działo, ale na bank nie będzie nudno.
Zmieniło się jedynie moje podejście...
Już nie staram się z obłędem w oczach schwytać jakiegoś rysownika, żeby koniecznie wymalował jakąś świąteczną babeczkę. Nie biegam z aparatem w nadziei pstryknięcia jakiejś fajowej foci. Nie staram się za wszelką cenę uczestniczyć we wszystkich atrakcjach programu. Nawet sobie konkurs z nagrodami odpuściłem ;) Jednym słowem - LUZ ;DDD
Generalnie chyba mam lekki przesyt stałego bywalca i już nie odczuwam tego dreszczyku co kiedyś.
Komiks kocham nieodmiennie, więc może czas zmienić się ze zwykłego, nieźle zorientowanego fana, w bardziej aktywnego bagiennego pływacza lub totalnie wycofać się w cień i zamknąć z własną kolekcją, niczym ten Gollum ze swoim Skarbem ;] We will see ;)
Przypominam, że zostały ostatnie 3 dni do końca WŁOSennej zabawy. Kto jeszcze nie głosował, pędem proszę nadrobić zaległości!!! ;D