Jakiś czas temu, zaprzyjaźniony psycholog półżartem, półserio zdiagnozował u mnie osobowość mnogą, niczym u jednego z X-men, zwanego Legionem. W sumie tkwi w tym ziarnko, albo nawet cała hałda prawdy, skoro nie dość, że wyuczyłem się kilku zawodów i wykonywałem parę różnorakich zajęć, to jeszcze stworzyłem kilka różnych alternatywnych postaci:
- Cancel Aria, zwana też Woakwoah Lola - drag persona, która zaczynała występy na wiejskich weselach, zaliczyła sporo sesji zdjęciowych, a ponad tydzień temu oficjalnie zadebiutowała na scenie.
Wczoraj był ten jeden dzień w roku, kiedy można sobie bezkarnie płatać figle, stroić żarty, wciskać kity itp.
Zatem dziś przedstawiam kolejne zajęcie, którym czasem zdarza mi się zajmować pół żartem, pół serio.
Profesor Kiciarstwa - Max von H.
czyli moje alter ego ;DDD
Profesor Max, swój ostatni publiczny występ (pod zmienionym nazwiskiem), zaliczył podczas zeszłorocznego otwarcia wystawy prac Kimonka, z której później napisał obszerną recenzję.
Natomiast początków Uniwersytetu oraz samego naukowca, należy szukać gdzieś na przełomie wieków, gdy na jednej z kolejnych pielgrzymek, licytowaliśmy się ze znajomymi, kto, kiedy i jaki największy kit wcisnął innym. Stąd bliska droga do utworzenia nowej dziedziny naukowej, czyli kitologii. Z racji tego, że wtedy zakasowałem innych swoimi wkrętkami, a później w żartobliwy sposób wymyśliłem zrąb dziedziny oraz wyszczególniłem i nazwałem różne rodzaje kitów, stałem się ojcem założycielem i rektorem nowego Uniwersytetu Kiciarstwa, z siedzibą w Toruniu.
Pierwsza konferencja odbyła się na strychu nieistniejącego już Teatru Lalek. W niezliczonych szufladach i pudłach z dokumentami, mam zachowany program z tej imprezy. Być może nasza niezastąpiona Pani Maria, pełniąca funkcję Sekretarza, posiada u siebie taśmy, z zapisem poszczególnych prelekcji. Z tego co pamiętam, mój wykład dotyczył wciskania kitów, na przestrzeni dziejów, od starożytności do czasów nowożytnych.
W ciągu tych dziesięciu (z hakiem) lat, odbyły się aż trzy konferencje.
Na drugiej nie byłem, gdyż chwilowo znudzony tym rodzajem działalności, sfingowałem własną (tzn. Maxa) śmierć, co de facto również było swojego rodzaju kitem.
Ostatnia odbyła się na początku 2008 roku. Powyższe zdjęcie przedstawia uroczyste przecięcie wstęgi, symbolizujące otwarcie konferencji, której plan jest poniżej.
Grono pedagogiczne oraz studenci i wolni słuchacze, spotykają się w miarę regularnie, na nieformalnych spotkaniach w okolicach Nocy Świętojańskiej oraz Bożego Narodzenia ;)
Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam wszystkich członków Uniwersytetu, w szczególności regularnego czytelnika oraz sporadycznego komentatora tego bloga, niejakiego Icka z Piernikowa ;D
Generalnie w samej idei kitu, chodzi o nieskrępowaną zabawę. Zatem kit powinien być nieszkodliwy dla ludzi, którym się go wciska oraz z założenia ma zostać kiedyś zdemaskowany. Natomiast sama kitologia, to w tej chwili poważna gałąź nauki ;DDD
Dzisiejszemu wpisowi miała towarzyszyć ta piosenka, jednak jest... zbyt oczywista.
Przy okazji blogowej dwulatki, mimowolnie wspomniałem o "innych projektach", dzięki którym Profesor Max znów wraca do gry!
Zeszłego lata, wspominałem zmarłego Ryśka Łucyszyna. Na koniec tego wpisu napisałem: "Poznanie go sprawiło, że moje życie potoczyło się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku". Czas najwyższy wyjawić o co kaman i dlaczego częste deklaracje o bezinteresownej pomocy, pewnemu początkującymi artyście są prawdziwe i nie wynikają z chęci łechtania, dostatecznie już zaspokojonego, próżnego ego ;D
foto by Beata Jarzębska
Jestem modelem.
Słusznie zauważył ten fakt Pan Wu, w komentarzu do kimonkowego obrazu.
Stali, uważni czytelnicy bloga, domyślali się tego od dawna, bo nawet specjalnie się z tym nie kryłem. Gdy pisałem o pracy nad własnym ciałem, również mocno sugerowałem, czym się dorywczo zajmuję.
Tak jak wiele innych rzeczy, które zdarzyły mi się w życiu, jest to wynik wielu niesamowitych, przypadkowych zdarzeń, a nie zamierzone dążenie do celu.
Zatem najpierw było ciało, potem Ryśko,
następnie sugestie wszystkich znajomych (patrzących na profesjonalne zdjęcia), że powinienem coś zrobić z posiadaną urodą, kolejnym krokiem było wyszukanie w necie i gazetach najlepszych (tych których modele najczęściej pracowali) agencji modelingowych w kraju (jak coś robić, to z przytupem), wysłanie zgłoszenia do jednej z nich i ogromny SZOK, gdy dostałem angaż o_O
Nieśmiały (it's true) wieśniak, do niedawna chuderlak, okularnik i kujon, mający alergię na wielkomiejski szum oraz celebrycki blichtr, późno startujący w tym zawodzie (miałem wtedy 28 lat), z mizerną znajomością języka angielskiego (podstawa jeśli się chce robić zagranicą).
Trafiło się ślepej kurze ziarnko lol
Jednakże na każdym kroku, cały czas jeszcze słyszę (teraz z racji starczego wieku coraz rzadziej) - Masz ogromny potencjał! Tymczasem, uparcie nie rzucam znienawidzonej pracy, nie przeprowadzam się do Warsiawki (tam jest robota), nie szlifuję języka, nie lansuję się i rzadko bywam... w stolicy.
Przez to sporadyczne pobyty, dotychczas zrobiłem niewiele.
Jest to mój własny, świadomy wybór, a lista modelingowych dokonań krótka:
- sesja modowa w czasopiśmie dla prawdziwych facetów,
- kilka spacerków na wybiegu (ciuchy, fryzury),
- ogólnopolska kampania reklamowa firmy obuwniczej (plakaty, banery, reklamy w prasie),
- "gazetka" producenta mebli,
- dwa epizody (sekundowe migawki) w reklamach TV (KFC, Dr Oetker),
- kilka zbiorowych sesji fotograficznych, dla ogólnopolskich gazet,
- hostess(a) na zamkniętej (VIPowskiej) imprezie promocyjnej pewnej marki tytoniowej (to właśnie wtedy poznałem bliżej światek pudelkowych celebrytków i uznałem że nie chcę być jego stałą częścią składową).
Latem zeszłego roku, uczestniczyłem w próbnych zdjęciach do kalendarza dla pewnego, czasopisma kobiecego. Projekt przewidywał występ kobiecych gwiazd, w towarzystwie roznegliżowanych modeli. Szkoda że nie wypalił, bo bardzo mi się podobała ta koncepcja.
Z niezrealizowanych jeszcze, cichutkich marzeń, pozostała mi okładka ogólnopolskiego czasopisma (cały czas żartuję, że trafię do PinkPress'u) oraz maleńka rola w serialu lub teledysku.
Czy jacyś decydenci od Kylie, Madonny, Lady Gagi, lub chociaż Dody to czytają??? ;D Zrobię wszystko!!! ;DDD
Później tylko zasłużona emerytura, bujany fotel, ciepły koc, kominek i cała masa wspaniałych wspomnień ;)
Miałem przyjemność pracować ze znanymi i rozchwytywanymi fotografami (ostatnio Marcin Tyszka), projektantami, stylistami, reżyserami, fryzjerami, modelkami i modelami. Mogę powiedzieć, że świat reklamy pokazany w takich filmach jak "Zoolander" czy "Pret-a-porter" jest jak najbardziej prawdziwy, choć pokazany w mocno pokrzywionym zwierciadle. Mogę też powiedzieć, że praca modela/modelki, nie jest tak łatwa, miła i przyjemna, jak by się mogło stereotypowo wydawać. To ciężka harówa, gdzie stojąc lub chodząc po osiem i więcej godzin, w ostrym świetle, pełnym makijażu, niewygodnej pozie lub ubraniu, należy cały czas zachować świeżość i promienny uśmiech.
Wykonuję ten zawód głównie For Fun. Mógłbym ponarzekać na robotę i pracodawców, ale tego nie uczynię, właśnie z tego powodu, że modeling nie jest dla mnie celem samym w sobie, zaplanowanym na osiąganie zamierzonych wyników.
Jest praca, jest zabawa, przygoda i dodatkowa kasa.
Nie ma pracy, to jakoś specjalnie nie szlocham z tego powodu ;)
Na co dzień, w żadnym przypadku, nie jestem stereotypowym przedstawicielem modela. Ciuchy noszę byle jakie, workowate i nijakie (znamienitych marek w szafie nie posiadam), no chyba że mam kaprys i specjalnie ubieram się niczym Królowa... Kiczu (szczególnie latem) ;D Przed lustrem też nie siedzę godzinami, golę się sporadycznie, a czesanie ograniczam do przyklepania "kogutów" ręką. Jedynie pobytami na siłce, nadrabiam pozostałe "mankamenty". Powiedziałbym wręcz, że jestem antymodelem ;)
Przykładowo pojechałem kiedyś, po kilku miesiącach pokazać się w Agencji (że żyję). Wygląd mniej więcej taki (może ociupinkię bardziej wygładzony). Wchodzę. Bookerzy dziwnie na mnie zerkają i wreszcie jedna z dziewczyn zagaja: - A Pan w jakiej sprawie?
Własny pracodawca mnie nie poznał o_O hahaha
Na koniec chciałbym bardzo serdecznie podziękować (niczym na gali rozdania Oskarów):
- Rychowi, za zauważenie;
- Szefowej, za danie szansy i cierpliwe znoszenie ciągłych eksperymentów z wyglądem;
- koleżankom i kolegom z agencji, za traktowanie mnie jak swojego, mimo że jestem tam sporadycznym gościem;
- wszystkim osobom, z którymi dotychczas współpracowałem, za niezasłużone komplementy (niech żyje fałszywa skromność hahaha).
Jeśli ktokolwiek pomyślał, że poprzedni wpis z serii Przodownik Pracy był ostatnim, ten jest w błędzie, gdyż jeszcze kilka opowiastek pozostało mi w zanadrzu.
Wspominałem, że pielęgniarzem zostałem zupełnie przez przypadek, idąc do studium w ramach wojskowej przechowalni. Słowo przechowywać
jest kluczowe, gdyż nie lękałem się wojaczki jako takiej (posiadam
kategorię A, choć mógłbym spokojnie, jak wielu "prawdziwych" facetów,
symulować różne dolegliwości). Bardziej paraliżowała mnie perspektywa
totalnie bezsensownego zmarnowania roku, na kopaniu rowów, bieganiu w
terenie i strzelaniu do puszek ;]
Jakieś dwa lata, po podjęciu pracy w szpitalu, Ojczyzna przypomniała sobie o spełnieniu mojego obowiązku wobec niej.
Był ciepły maj, anno domini 2006, gdy zostałem wezwany do Wojskowego Centrum Kształcenia Służb Medycznych w Łodzi, celem odbycia szkolenia.
Zakoszarowano tam dwadzieścia kilka kobiet oraz dwóch mężczyzn (jeden tuż przed ślubem).
Choć rzeczywistość nie była odzwierciedleniem ukrytych fantazji o żołnierkach,
to muszę stwierdzić, że były to najzabawniejsze i najbardziej pijane dwa tygodnie w moim życiu ;DDD
Pierwszy i mam nadzieję ostatni raz, poczułem że posiadam wątrobę, która ledwo dysząc wołała - WYSIADAM!!!
Oczywiście wszystkiemu winna była wojskowa kuchnia hahahaha
Intensywne zajęcia (teoretyczne i praktyczne) odbywały się od poniedziałku do piątku, w godzinach 7-15.
Teoria
była okropnie nudna, natomiast wiele działo się w terenie, podczas
czytania mapy, poznawania szpitala polowego, strzelania, czy musztry.
Szczególnie
strzelanie było interesujące, gdzie instruktorzy wstępnie opowiadali o
tym, że na każdym szkoleniu zdarza się "blondynka", która wywijając
bronią na wszystkie strony, woła rozpaczliwie że się jej broń zacięła, a
wszyscy wokół chowali się w popłochu.
I co? Na naszym szkoleniu też była hahaha
Na szczęście z racji wizytacji Polski przez papieża Benka, wydano absurdalny rozkaz zakazu strzelania z broni ostrej, na terenie całego kraju, zatem ćwiczyliśmy na tzw. "wiatrówkach" ;DDD
Na
to, co się działo popołudniami oraz w weekendy, łaskawie spuszczę
zasłonę milczenia, wystarczy że ta biedna wątroba wyła, niczym
wygłodniały wilk do księżyca ;)))
Albo powiem Wam, niech stracę ;]
Czas wolny poświęcaliśmy na zwiedzaniu okolicy i strzelaniu sobie pamiątkowych sweet foci ;P
Szkolenie wieńczył egzamin państwowy, przysięga i tytuł kaprala, który
niektóre łosie, odbywające dwuletnią służbę, cały czas mi wypominają, bo
w razie W będą wykonywać moje rozkazy, gdyż dochapali się ino starszego
szeregowego ;DDD
Żeby połączyć, z takim trudem zdobyte:
zawód (pielęgniarz) oraz tytuł (kapral), kilkukrotnie zgłaszałem swoją
chęć i gotowość podjęcia udziału w misjach "pokojowych". Niestety nikt
mnie tam nie chciał, więc marne są szanse, że ktoś mnie zastrzeli lub wsadzi na minę, zatem nadal będę Was męczył swoimi wy(nat)urzeniami hahaha
Nadszedł czas, żeby wreszcie opisać zawód, który jest moim głównym źródłem utrzymania.
Pewien znaczący trop, znalazł się w tym wpisie, gdzie dałem upust frustracji, związanej współpracą z samymi kobitkami.
Jak napisałem w odcinku dotyczącym leśniczego, zaraz po ukończeniu liceum, startowałem na dwie uczelnie.
Pomimo
zdanych egzaminów wstępnych, nie dostałem się z braku miejsc. Żeby mieć
jakąś alternatywę ucieczki przed wojskiem, postanowiłem zgłosić się do
Medycznego Studium Zawodowego, gdzie na rozmowie kwalifikacyjnej,
zostałem zapytany wprost, czy jestem tutaj w ramach antytrepowego
przechowania.
Wcale nie kryłem, że jest inaczej.
Jak to tak? Facet? Pielęgniarką!? NEVER! ;DDD
W męskim wykonaniu, zawód ten kojarzył mi się jedynie z takimi komicznymi fikołkami ;)
I chociaż jesienią okazało się, że jednak na ukochaną biologię wstęp mam, postanowiłem te półtora roku jakoś przewaletować w kobiecym gronie ;)
Śmiechu było co niemiara, szczególnie na ćwiczeniach praktycznych z technik iniekcyjnych
(w
fotograficznej kolekcji, posiadam spory zbiór krągłych, kobiecych
tyłeczków, z tkwiącymi w nich igłami) oraz na praktykach w szpitalu
(miło wspominam pobyt w psychiatryku, gdzie od jednego pacjenta,
podróżującego po krańcach przestrzeni kosmicznej, dowiedziałem się, że
moje okulary są z Andromedy).
Edukacja medyczna
dobiegła końca, jednak nie podjąłem pracy w zawodzie, skupiając się na
dokańczaniu studiów z biologii oraz leśnictwa. Po studiach nadal nie
miałem zamiaru pielęgnować pacjentów. Dopiero pięć lat po skończonych
naukach, gdy mijała ustawowa ważność prawa wykonywania zawodu, do akcji
wkroczyła niezastąpiona Mamuśka. Wyszukała ogłoszenie w gazecie, że w
jakimś szpitalu trwa nabór i mówiąc "Weź się wreszcie nierobie do
roboty!" (odrobinę podkoloryzowałem tą wypowiedź), wykopała mnie z
chawiry.
Cóż miałem zrobić? Z włosami farbowanymi na jasny blond,
mocno opuchniętym (pożądlenie przez pszczoły) ryjem, udałem się przed
najjaśniejsze oblicze Naczelnej, która przyjęła mnie w poczet Służby
Zdrowia.
Wytrwałem w tej pracy rok i pół.
Trafiłem na
toksyczną Oddziałową. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że spotkałem
się z klasycznym mobbingiem, bo wszystkie rzeczy, które robiłem zupełnie
tak samo, jak moje szanowne koleżanki, spotykały się z ewidentną
krytyką i krzykami. Chyba kobitka nie przepadała za
mężczyznami-pielęgniarzami ;]
Przeszedłem do innego szpitala, na zupełnie inny oddział i z końcem tego roku stuknie ósemka w tym miejscu.
Pracuję ze specyficznym pacjentem, którego wiek waha się w przedziale 0-18 lat, a waga od 500 gram do 100 kilogramów.
Na chwilę obecną, nie wyobrażam sobie innej pracy, chociaż już dawno jestem wypalony zawodowo.
Tutaj
mógłbym wylać na Was potok żółci, ale od tego będzie (być może) drugi
blog, do którego przymierzam się od dłuższego czasu. Byłoby o pułapkach
oraz ślepych uliczkach współczesnej medycyny, głupich pielęgniarkach,
debilnych lekarzach, pretensjonalnych rodzicach, bezduszności systemu, fatalnym systemie nauczania nowej kadry, nieumiejętności w zarządzaniu, zasypywaniu przepaści lekarsko-pielęgniarskiej, błędach medycznych,
śmieszno i straszno zarazem.
Spytacie zatem, co mnie jeszcze trzyma w znienawidzonej robocie, skoro mam tyle hipotetycznych alternatyw?
Po pierwsze, wrodzone lenistwo, gdyż nie chce mi się szukać czegoś innego.
Po drugie, sporadyczne światełka nadziei (wyzdrowienia), dające pozór sensowności naszych działań.
Po trzecie (paradoksalne), pensja (chociaż nasz szpital płaci najmniej w mieście).
Po czwarte, tani hotel (jeszcze).
Po piąte, kryzys ekonomiczny (na chwilę obecną lepiej trzymać się tego, co się ma).
Po szóste, ładnych parę lat temu, siłę oraz inspirację dała mi pozornie głupia komedia romantyczna, której bohater jest dumny ze swojego zawodu.
Po
siódme (najważniejsze), wyrazy uznania (werbalne i niewerbalne) za
wykonywaną pracę, płynące od rodzin, współpracowników (są tacy, którzy
chcieliby mnie na stanowisku Oddziałowego hahaha) oraz przełożonych.
Komplement w wykonaniu Ordynatora, brzmi następująco - "Mogę nie
akceptować Pańskiego stylu bycia (zapewne chodziło mu o częste i głośne
wyrażanie opinii, odnośnie rodzaju zastosowanego procesu leczniczego, bo
przecież idealna pielęgniarka, ślepo wykonuje rozkazy Pana Dohtorka),
natomiast nie mam żadnych zastrzeżeń do Pana profesjonalizmu".
Z drugiej strony, do końca nie rozumiem tych zachwytów, gdyż bardzo blisko mi do takiego uprawiania zawodu.
Grunt to zachować spokój, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Tiaaaaaaa... ;DDD
Był jeszcze punkt ósmy, czyli wzorcowa (niczym z Sevres) Oddziałowa.
Odeszła. Nie zdzierżyła wszechobecnego syfu i degrengolady.
Kończąc, pozwolę sobie na małą dygresję.
Pamiętacie sprawę dwóch pielęgniarek,
fotografujących się z wcześniakami upychanymi po kieszeniach (2005
rok). Społeczeństwo oraz środowisko wrzało świętym oburzeniem. Sprawa
(moim zdaniem) była sztucznie rozdmuchana przez żądnych sensacji
dziennikarzy, coś podobnego odbyło się przy okazji Chopingate.
Nie przeczę, że piguły wykazały się skrajną głupotą, natomiast już
wtedy nie widziałem zagrożenia dla dzieci. Moi drodzy, wbrew utartym
przekonaniom, takie dzieci wyjmuje się z inkubatorów, żeby wykonać
chociażby porządną toaletę! Trochę przekornie zapytam, skoro bachor jest
już poza swoim "domkiem", to nie można strzelić mu fotki, żeby pokazać
znajomym na n-k, czy fejsie, jakie "skarbeńka" mamy w pracy? Owszem
laski przegięły z kieszenią, owszem zapomniały o poszanowaniu godności
pacjenta i ochronie danych osobowych (w tym wypadku chodzi o wizerunek),
jednakże ich zdrowie i życie nie było zagrożone! Cieszę się, że sąd
doszedł do takich samych wniosków, a dostateczną karą było społeczne
napiętnowanie.
Nie obędzie się bez muzycznej dedykacji.
Taką muzyką
jarałem się w czasach medycznej edukacji ;) Mix gitarowych riffów z
elektronicznym brzmieniem i jeszcze ten oszałamiający germański język ;D
Wszystkim wrednym pacjentom, życzę takiego końca, jaki został pokazany w teledysku ;P
Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca.
Joseph Conrad
Przyszedł czas na kolejne zajęcie, które równie dobrze można uwzględnić w dwóch różnych cyklach, czyli Przodowniku Pracy albo Wieśniackim Artyście.
Od dzieciństwa uwielbiam śpiewać, tylko mało kto docenia ten fakt.
Pamiętam jak wracaliśmy z rodziną z jakiejś wycieczki i nuciłem różne melodie, na tylnym siedzeniu auta, dzięki czemu mój starszy brat wylądował u laryngologa z pestkami wiśni w uszach.
Jednak już w podstawówce, na zakończenie edukacji początkowej (klasy 1- 3), otrzymałem od wychowawczyni książeczkę z wyróżnieniem za wyjątkowe uzdolnienia muzyczne.
Edukacja w liceum to udzielanie się w szkolnym chórze jako tenor, a później śpiewałem już tylko podczas golenia ;)
Jednak głód sukcesu tkwił wewnątrz cały czas i gdy w jednej z komercyjnych stacji, wystartował program "Idol", postanowiłem zmierzyć się z przeznaczeniem.
Pojechałem do Gdyni, na przesłuchanie do trzeciej edycji show, w którym mojego sarkastycznego ulubieńca Kubusia, zastąpiły dwie inne osoby.
Towarzystwa i otuchy dotrzymywała mi kuzynka (prowadząca obecnie Księgarnię Morgana).
Z duszą na ramieniu stanąłem przed pięcioosobowym jury i zaśpiewałem piosenkę ze składanki "Pozytywne Wibracje" (przepraszam za taką zmiksowaną wersję, ale jakoś nie mogę odnaleźć w sieci oryginału).
Piosenka trudna wokalnie (przecież nie zaśpiewałbym "Wlazł kotek na płotek"), a najważniejszy w niej był przekaz zawarty w refrenie,
Ocenę tego pozostawiam tobie
Ale niech decyzja niech nie pozostaje
Tylko w twojej głowie
bo wbrew pozorom znam swoje obecne możliwości wokalne, a większość rzeczy, jakie robię wynikają z powtarzanej jak mantra idei 4FUN.
Gdy prowadzący program, zachwycał się walorami mojej krewnej,
szanowna komisja ogłosiła jednogłośny werdykt:
FAŁSZUJESZ...
Bez zbędnego pastwienia się, grzecznie pokazano mi wyjście. Jedynie Pan Maleńczuk dodał od siebie (wspominałem o tym tutaj), że posiadam "perfekcyjne wyczucie rytmu i może poważnie zastanowię się nad karierą perkusisty lub basisty".
Takim oto sposobem, nie wystąpiłem w TV, ani jako idolowy finalista, ani jako kosmita.
Ot zwykły muzyczny przeciętniak.
Kilka miesięcy później, już w Bydgoszczy, były przesłuchania do dwójkowej "Szansy na sukces".
Też polazłem, bo na miejscu.
Zaśpiewałem to samo i chyba tej komisji coś się spodobało w moim głosie, bo kazali mi zaśpiewać jeszcze jedną piosenkę, ale z męskiego repertuaru.
Po szybkim zastanowieniu, wybrałem żartobliwą ramotkę Eugeniusza Bodo.
Tak właściwie to nie wiem, czy powinienem o tym zawodzie pisać w cyklu Przodownik pracy.
Obsesja zostania leśniczym, zaczęła się gdzieś w okolicach siódmej klasy SP, gdy dzieciaki muszą powoli myśleć, czym chciałyby się zająć w życiu dorosłym.
W mojej rodzinie (bliższej czy też dalszej), nikt wcześniej nie był związany z tym zawodem. Nawet nie było znajomych pracujących w lasach.
Natomiast od wczesnego dzieciństwa, posiadałem olbrzymi głód przyrodniczej wiedzy, zatem wybór odległego o jakieś 60 km Technikum Leśnego, był zupełnie naturalny.
Jednakże wybór, a realizacja celu, to zupełnie dwie różne sprawy.
Nie będę ukrywał, że byłem strasznym mamisynkiem i we wszystkim słuchałem się matuli. Zatem kobiecina swoim autorytetem odwiodła mnie od tego pomysłu (bo szkoła daleko, bo internat, bo można przecież później studiować, jeśli nadal będę chciał itd.). Koniec końców wylądowałem w pobliskim (12 km) LO, a entuzjazm przez cztery lata pilnej nauki, odrobinę przygasł.
Z przykrością (po latach) mogę powiedzieć, że to był pierwszy, poważny błąd życiowy.
Oczywiście nie mogę w 100% twierdzić, że wybór tamtej drogi z perspektywy czasu, byłby lepszy.
Wiem tylko, że mocno żałuję tej decyzji.
Po szkole średniej ogólnokształcącej, trzeba ponownie zastanowić się nad dalszym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Dawny entuzjazm znowu zapłonął i złożyłem papiery na Akademię Rolniczą im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu (kierunek Leśnictwo). Dodatkowo (na wszelki wypadek) startowałem na Biologię, na Uniwersytecie Adama Mickiewicza (też w tym mieście).
Egzaminy zdałem na obydwa i na obydwa nie dostałem się z braku punktów (na jednej i drugiej uczelni byłem drugi pod kreską).
Tutaj chciałbym serdecznie podziękować mojemu wychowawcy (jednocześnie nauczycielowi języka angielskiego) w liceum, za jedyną mierną na świadectwie maturalnym.
DZIĘKUJĘ CHUJU Z AMERYKAŃSKIEJ BUDOWY!
Złożyłem odwołania i jesienią okazało się, że jednak na biologię dostałem się, bo ktoś tam zrezygnował.
Las cały czas tkwił we mnie, zatem po dwóch latach znów szturmowałem uczelniane progi, ale żeby nie musieć rezygnować z bioli, postanowiłem pójść na zaoczne. Udało się.
To był drugi błąd życiowy.
Strata czasu, pieniędzy i pracy włożonej w proces edukacji.
Otóż studia zaoczne (podejrzewam że nie tylko leśnicze), polegają głównie na uzupełnianiu oraz poszerzaniu specjalistycznej wiedzy, zdobytej wcześniej w technikum, gdzie dodatkowo uczniowie mają pełno praktyk w terenie.
Dla laika (takiego jak ja) wkuwanie tych wszystkich rębni, sposobów hodowli lasu, pomiarów drzewostanu itp., było prawdziwą drogą przez mękę. Chociaż podskórnie czułem, że gdybym miał to przedstawione od podstaw w technikum, to nie miałbym z tym żadnych problemów.
Przynajmniej typowo przyrodnicze przedmioty (botanika, zoologia, entomologia, dendrologia) sprawiały mi radochę.
Koniec końców papier Inżyniera Leśnictwa posiadam, natomiast raczej nigdy nie będzie mi dane wykonywać wymarzonego zawodu.
Bo chociaż po studiach mogłem podjąć pracę w tym zawodzie, dzięki staraniom (plecom) rodziny (a nie jest łatwo, bo to jeden z niewielu zawodów mocno... rodzinnych, zatem wbić się w to środowisko jest niezmiernie ciężko), to jednak nie zdecydowałem się.
Po prostu stchórzyłem, widząc jakie braki w wiedzy i doświadczeniu posiadam.
Żeby jakoś specjalnie nie cierpieć z powodu niezrealizowanego marzenia, gdzieś po drodze wyimaginowałem sobie, że inną wymarzoną (nieco pokrewną) rzeczą, którą mógłbym z "papierem" biologa i leśniczego robić jest praca we wszelakiego rodzaju Parkach Krajobrazowych czy Narodowych.
Takim absolutnym hitdream jest Biebrzański Park Narodowy.
Kilka lat temu miałem możliwość zmiany pracy, z tej którą cały czas wykonuję, na pracę we Wdeckim Parku Krajobrazowym.
Umówiłem się na rozmowę z panem dyrektorem, który po krótkiej, uprzejmej pogawędce, patrząc w moje dokumenty, skwitował:
- Biorę Pana od razu! Porozmawiajmy o pieniądzach. Ile Pan zarabia tam gdzie pracuje?
- Tyle i tyle.
Dyrektor nieco zmarkotniał i odrzekł:
- Tyle to zarabiam tutaj jako dyrektor placówki.
Proponował mi najniższą krajową pensję, za ośmiogodzinny, rankowy tryb, od poniedziałku do piątku, z ośmiokilometrowymi dojazdami i mieszkaniem z rodzicami pod jednym dachem (raczej za te pieniądze miałbym marne szanse na "samodzielność").
Z niemiłosiernym bólem serca podziękowałem...
Z gasnącą nadzieją, nadal czekam na poprawę płac w tym sektorze...
a lata lecą...
Studiując zaocznie, miałem masę wolnego czasu.
Żeby jakoś rozerwać bombardowany wiedzą umysł, zarobić na suche bułki z serem i piwo, konsumowane podczas zjazdów, a także nie dać sflaczeć wątłemu wówczas ciałku, zatrudniłem się jako robotnik fizyczny.
Praca od poniedziałku do piątku, w trybie ośmiogodzinnym, niedaleko miejsca zamieszkania, zatem dojeżdżałem rowerem.
Przez cały rok, prowadziliśmy generalny remont kotłowni, na Fermie Tuczu Trzody Chlewnej.
Olbrzymie piece CO, zsypy węglowe, taśmociągi, miały dokumentnie wyprute wnętrza i wstawione nowiuśkie.
Wyobraźcie sobie masowego pochłaniacza książek, szkolnego kujona i okularnika, wrzuconego w takie środowisko.
Świat szlifierek, młotków, waserwag, śrubokrętów, kluczy francuskich, spawarek oraz... pędzli, stał przede mną otworem.
Do tego szef choleryk, więc trzeba było mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy, skąd i jaki sprzęt ciężki, poleci w waszym kierunku, rzucony dla odreagowania spierdolonej właśnie robótki ręcznej.
Wbrew pozorom, nie żałuję ani jednej chwili, spędzonej w pyle, smrodzie, ciemnościach, zimnie lub upale.
Dzięki tej pracy, nie jestem całkowitą sierotą, nie potrafiącą poradzić sobie z gwintami, zaworami, czy gniazdami elektrycznymi.
Jednak najważniejszą nauką, wyniesioną z tego okresu jest szacunek dla zwykłego robola oraz tego czym się zajmuje.
Problem pojawia się na samym początku wpisu, ponieważ nie wiem czy to, o czym dziś skrobię, zaliczyć do działu Wieśniacki Artycha lub może Przodownik Pracy.
Z jednej strony jest to jedna z form mojej ekspresji artystycznej, natomiast czasami przynosi ona pewne profity materialne ;D
Do tego typu występów stosuję mój pseudonim sceniczny.
Co prawda, artyzmu w tym tyle co kot napłakał, bo ogranicza się on do wzbudzenia emocji… zażenowania u widzów, natomiast zarobkuję w ten sposób baaardzo rzadko, dorabiając do marnej pensji ;)
Może zacznę od samego początku, czyli dzieciństwa.
Kiwać się na boki w rytm muzyki, uwielbiam od zawsze.
Podobno mam „perfekcyjne wyczucie rytmu” (temu cytatowi poświęcę kiedyś osobny wpis).
Lubię pląs, jednak sporadycznie chodzę na potupówki.
O ile solo wyginam śmiało ciało, to już w parze drętwieją mi członki i jestem zdolny do prymitywnego kroku – wbokiwbokiwbokiobrót, ewentualnie po trzech głębszych, krok mi ewoluuje do trzech ;DDD
No chyba, że jest to polka albo chaotyczne wygibasy hahaha
Wszelkie tańce, klasyczne oraz latynoamerykańskie są dla mnie czarną magią, jednak o dziwo potrafię stać na pointach ;D
Chciałbym kiedyś zatańczyć tak jak w poniższej animacji.
Z przyjaciółką (pojawiła się na tym zdjęciu) założyliśmy nawet duet taneczno-erotyczny „Parururarura”, na prywatkach wzbudzając entuzjazm naszą popisową Rozgwiazdą ;D
Kooperatywa zawiązała się z fascynacji melodiami Kylie Minogue (szczególnie tego utworu, do teraz wywołującego u mnie nocne polucje - od 02:09 teledysku).
Niestety chwilowo działalność została zawieszona, ze względu na stan ciąży, bynajmniej nie mojej.
Natenczas poszukuję jej dublerki.
Kandydatka powinna być drobną blondynką, nie mającą lęku przed śmiganiem w przestworzach, ufnej sile i zwinności partnera ;)
Jedyne co mi pozostało, to kompletny kociokwik na widok wszelakich rur pionowych ;)))
Sprowokowany niektórymi Waszymi komentarzami, postanowiłem rozpocząć kolejny minicykl, w którym będę przedstawiał swoje "liczne" zajęcia, którymi się parałem.
Gdzieś na przełomie wieków, gdy uzyskałem upragniony tytuł licencjata nauk przyrodniczych, a dokładniej z mojej ukochanej BIOLOGII, pełen młodzieńczego zapału do edukowania dzieci, postanowiłem zatrudnić się w szkole.
Po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy jako bezrobotny, dość szybko otrzymałem intratną propozycję zostania Panem Świetlicowym w Szkole Podstawowej, w sąsiedniej wiosce.
To była prawdziwa szkoła... przetrwania ;D
W okresie jesienno-zimowym, dojeżdżałem do pracy ówczesnym gimbusem, a później śmigałem rowerem.
Spędziłem tam wspaniały rok (bo tyle przewidywał kontrakt między UP i SP).
Do moich głównych zajęć, należało zajmowanie się dzieciakami w klasach 0-3.
Co dokładnie z nimi robiłem, opisałem w tym wpisie ;)
Czasami oprócz wojskowego drylu, próbowałem nieszczęśników czegoś nauczyć, a nawet wychować.
Cóż... Te karkołomne próby, doskonale ilustrują miny chłopców z poniższego zdjęcia ;DDD
Dodatkowo prowadziłem zajęcia w zastępstwie nieobecnych nauczycieli, zatem zdarzało mi się być: przedszkolankiem, wychowawcą klas 1-3, nauczycielem biologii w pozostałych klasach oraz dziecięcym katechetom ;)))
Szkoła, w której miałem przyjemność pracować, była chyba ewenementem w skali kraju, gdyż dzieci z zerówki, nie miały żadnej styczności z kobietami.
Wychowawcą, katechetą i świetlicowym byli sami mężczyźni!!!
Muszę przyznać, że to było widoczne, w tym jak te dzieci później się zachowywały ;)
Na zakończenie roku szkolnego, udało mi się w absolutnej tajemnicy i konspirze, przygotować z zerówkowiczami dedykację muzyczną:
Oczywiście była to totalna zgrywa i mrugnięcie okiem do reszty grona pedagogicznego, bo na moich zajęciach było wszystko, tylko nie
DYS-CY-PLI-NA!! ;D
Najczęściej klasa cała wrzała i huczała, ewentualnie uciszałem bachory, gdy nauczyciele z sąsiednich pomieszczeń w ściany walili ;)))
Zresztą dla podkreślenia tej ironii, miałem zupełnie inny (kolorystycznie) strój oraz fryzurę, niż pan Emilian Kamiński.
Wszyscy uczestnicy uroczystego zakończenia, pokładali się ze śmiechu podczas tego niespodziewanego występu ;DDD
Kończąc moją przygodę z nauczycielstwem, po uzyskaniu mgr'a, przez 3 miesiące poszukiwałem bezskutecznie ciepłej posadki w Piernikowe.
Co prawda korci mnie czasami, żeby zrobić sobie jakiś mały doktoracik w tym kierunku, jednak z drugiej strony zadaję sobie pytanie:
Po co???
Odpowiedź mam jedną:
Żeby sobie na nagrobku dr wygrawerować.
Zatem chyba nie warto ;) Chociaż kto wie ;>