środa, 23 września 2015

Jak stałam się (prawie)profesjonalną Drag Queen

foto by ciężko ustalić :)
Nie od dzisiaj wiadomo, że ociupinkę kręci mnie crossdressing, czyli doprawianie babie wąsa... yyyy... czy jakoś tak.
W regionie, w którym się urodziłam oraz byłam wychowywana, zachowanie takie w pewnych sytuacjach jest zupełnie naturalne. Dokładniej chodzi o weselną tradycję zabawiania Pary Młodej i gości zwaną Maszkami, o czym kompleksowo rozpisywałam się w tym miejscu.
Zwyczaj ten udało mi się skutecznie zaszczepić w pracy, kiedy chodzimy jako delegacja. O dziwo w regionach, gdzie zabawa ta jest kompletnie nieznana, wbrew moim obawom odbierana zostaje bardzo pozytywnie.

Goszcząc tego lata na plenerze fotograficznym na wschodnich rubieżach Polski, zapragnęłam całkowitej przemiany w Pannę Młodą.
foto by Krzysztof T.
Pomogła mi w tym niezwykle uzdolniona wizażystka i fryzjerka, prezentująca swoje zdolności pod linkiem - Max Art Make Up. Nie dość, że cudownie pomalowała, to jeszcze z moich włosów, które obecnie są długie, wyplotła niesamowity wianko-warkocz.
foto by Krzysztof G.
Na tej misternej konstrukcji ostatecznie umocowała... firanę, pełniącą rolę welona ślubnego.
foto by Marta
Znalazła się też sukienka ślubna, tylko odpowiednich butów nie było mi dane założyć, co niestety widać na poniższej fotografii, gdzie partnerowałam mojemu mentorowi fotomodelingowemu.
BM

Skoro plener fotograficzny, to wszystko zostało uwiecznione dla potomnych, czego niewielki ułamek tutaj zaprezentowałam.
Główna sesja ślubna (bez Pana Młodego) powstała w czynnej kopalni kredy. Żar lał się z nieba, światło słoneczne nieprzesłonięte żadną chmurą, dodatkowo odbijało się od śnieżnobiałych ścian i podłoża.
Końcowy efekt można podziwiać na blogu fotografki, która spisała się na złoty medal!
POLECAM!!!

Do pełni przebierankowego szczęścia brakuje mi tylko butów na wysokim obcasie, a wtedy pozostanie ostatnie wyzwanie, czyli sceniczny występ przed publisią albo udział w odpowiednim reality show.

środa, 31 grudnia 2014

Chwasty na zgliszczach

Ktoś mi bloga ukatrupił!!!
Stało się to już dość dawno, bo na początku 2013 roku.
Prawdopodobnie jakiś anonimowy skurwiel zgłosił administratorom, że ten blog jest nośnikiem rzekomo kontrowersyjnych treści, dlatego został odgórnie "zabezpieczony" (bez możliwości odblokowania) odpowiednim guziczkiem, że wchodzisz tutaj czytelniku na własne ryzyko.
To prawda! Część z publikowanych postów jest dość... mocnych, ale zaglądam na sporą ilość blogów, których treści są jeszcze bardziej obrazoburcze i takiej łatki nie posiadają.
Niby nic takiego, klikasz że chcesz ten shit czytać i po kłopocie, niestety dodatkową opcją takiej blokady jest totalne wykluczenie z Googla. Nie ukrywam, że z niektórych wpisów jestem bardzo zadowolony i uważam, że niosą bardzo ciekawe informacje. Co z tego, skoro wujek Gugu wcale o tym radosnym fakcie nie informuje. Przez to straciłem kompletnie chęci, zapał, radość i pasję do dalszych publikacji na tym poletku.

2013 rok stał pod znakiem Ofeliona. Jego realizacja wymagała tyle czasu i energii, że na Huncwota już nie starczało, więc nic w tej kwestii nie robiłem.
Absolutnym hiciorem klikania jest występ w duecie, znaczy się "co dwie główki, to nie jedna".
Wodne historie jeszcze się nie skończyły i obecnie płyną za kulisami.

2014 rok był najbardziej chujowy z dotychczas przetrwanych. Autentycznie cieszę się z jego końca. W tym oceanie beznadziei, kompletnie nie miałem ochoty na zajmowanie się blogiem, do którego zresztą prawie nikt nie zagląda.

Jak wspomniałem, żal mi części zamieszczonych tutaj wpisów, które niby w sieci istnieją, ale są tak zakamuflowane, że praktycznie ich nie ma. Chcąc je w jakiś sposób odratować, a jednocześnie dalej dawać upust tego rodzaju ekspresji, postanowiłem na fundamencie starego, powołać do życia nowy twór. Nie mylić z nowotworem, bo został on ze "szkodliwych" elementów wykastrowany.


Jak sam tytuł sugeruje, trafiły do niego wszystkie podróżnicze oraz kulinarne przygody, a także recenzje i przemyślenia mojego pluszowego przyjaciela. Dodatkowo część moich wpisów, takich jak komiksowe wspominki czy wykaz tęczowych treści w opowieściach obrazkowych.
Piesek dalej będzie zdawał relacje ze swoich wojaży, eksperymentował w kuchni (ostatnio stało się to bardzo modne).
Korzystając z okazji, pewnie czasem też coś tam naskrobię.

Stali Czytelnicy wiedzą doskonale, że ten blog bardzo wiele zawdzięcza Kimonkowi.
Zresztą nie tylko blog.
Gdyby nie Arek, byłbym teraz zupełnie innym człowiekiem oraz miał inne marzenia i plany. Wspólnie wpływaliśmy i nadal wpływamy na nasze życie, a nasz mikroświat jawi się niczym kolorowa, by nie rzec tęczowa, brazylijska telenowela, której byliście obserwatorami, a czasami również uczestnikami.
To dzięki Bloggerowi wszystko się zaczęło, a dokładniej zawiązał się niesamowity duet.
Dla przyszłych pokoleń, głównie kulturoznawców, scaliliśmy w jedno naszą wspólną działalność internetową, którą ponownie możecie odkryć pod tytułem:


Radość tym większa, bo dotychczas część kimonkowa była kompletnie niedostępna, gdyż znajdowała się na jego byłym (zablokowanym) blogu.
Wspaniała i niesamowita historia duetu, który zostawił trwały ślad we współczesnej śtuce zaściankowej. Polecam szczególnie nasze gościnne występy, będące najbardziej radosnym okresem wydawniczym, stanowiąc złośliwy dialog dwojga silnych osobowości, czyli kimonkowe Pink Friday'e oraz moje Hasające Dialekty Sarkastyczne.

Kolejny twór, który obecnie jest w fazie zarodkowej, natomiast wiążę z nim wielkie nadzieje, nazywa się:


Póki co, trafiła tam moja oraz tatkowa działalność rękodzielnicza.
Warto śledzić, bo na Waszych oczach, w bólach rodzi się nowy byt.
Szczegóły we wpisie noworocznym.

Jeżeli kogoś fascynuje sporadyczna działalność na obrzeżach modelingu, zapraszam do śledzenia mojego profilu na właściwym do tego celu portalu.

Tworząc Hamernię chciałem żeby była miejscem, w którym każdy znajdzie interesujący dla siebie temat. Taki internetowy bigos z mydłem i powidłem, w myśl zasady aby nie tworzyć nadmiernych bytów.
Rzeczywistość zmusiła mnie do rozdzielenia treści.
Nie porzucam tej miejscówy! Wszystkie dotychczasowe wpisy zostają na swoim miejscu, a razem z tym jest ich 700. Pewnie czasami coś tutaj napiszę, jeżeli nie zmieści się tematycznie do pozostałych siedzib.

wtorek, 2 września 2014

wtorek, 24 czerwca 2014

Galeria Stalowa promuje śtuke na Pradze

Warszawska Praga jakoś mało kojarzy mi się z artystami. Prędzej z lumpenproletariatem oraz brudnymi, niebezpiecznymi uliczkami i podwórkami, gdzie można ewentualnie w twarz zarobić... albo doniczką w głowę.
Nic bardziej mylnego!!!
Otóż w samym sercu Pragi w swoje gościnne progi zaprasza Galeria Stalowa.

Już jutro odbędzie się tam 6 Akcja Młodej Sztuki, na której będzie można nabyć dyptyk "Deer in the rut", wydziergany czarną szkitką Kimonka.
Prace wystawione są zaraz przy oknie, więc sobie z zewnątrz też możecie popatrzeć, chociaż lepiej wejść do środka, bo zimno jakoś tego lata.
Kto się drugiemu fociu dokładniej przyjrzy, ten pewnie wypaczy jeden z moich ulubionych obrazów z bydgoskiego Konkursu Malarskiego im. Leosia W.

Pamiętajcie!
Nie taka Praga straszna jak ją malują :)
Zachęcam bardzo gorąco do zwiedzania tej malowniczej, warszawskiej dzielni oraz zajrzenia do Galerii Stalowej.
Szczególnie jutro o godzinie 19.00 lećta tam prędziutko, a kto nie może to łapie za telefon albo mejla śle, bo tak również można licytować.

Jeśli nie chcesz mojej zguby, Zanurzenie kup mi luby!
Albo lepiej "Deer in the rut", bo jakem narcyz lubię siebie oglądać na kimonkowych chrabąszczykach, tym bardziej że tera inna muza w wianku u niego na tapecie jest.

No i jeszcze horror z ilustracją Maupy se kupcie dodatkowo.
To chyba tyle...

poniedziałek, 9 czerwca 2014

sobota, 17 maja 2014

sobota, 19 kwietnia 2014

Bizzare bite 10 - Łosoś pod kołderką cytrusowo-korzenną

Jutro Wielkanoc zatem proponuję rybę na śniadaniowy stół.

ŁOSOŚ POD KOŁDERKĄ CYTRUSOWO-KORZENNĄ 
Składniki:
0,5 kg filetu z łososia (świeży),
0,5 kg marchewki,
pół selera,
2 pomarańcze,
1 grapefruit,
1 cytryna,
pół puszki ananasa w kostce + cały sok,
4 łyżki rodzynek,
4 łyżki płatków migdałowych,
4 łyżki cukru,
łyżeczka soli,
łyżeczka gałki muszkatułowej,
łyżeczka czarnuszki,
pół łyżeczki ostrej papryki,
liść laurowy,
szklanka wody.
Czas przygotowania: 1,5 godziny.

Sposób przygotowania:
Rybę porcjujemy, korzenie i owoce (oprócz cytryny) obieramy, kroimy w kostkę (2 marchewki w centymetrowe talarki), cytrynę porządnie szorujemy i kroimy na pół centymetrowe plastry.
Do garnka z szerokim dnem wlewamy wodę i sok z ananasa, wrzucamy warzywa oraz cytrusy (bez ananasa). Posłodzić, posolić, przyprawić, zamieszać, na wierzch położyć kawałki ryby, doprowadzić do wrzenia i dusić na małym ogniu przez 25 minut. Nie mieszać.
Następnie wyjąć rybę na osobny talerz, odcedzić resztę składników, a płyn zredukować na ogniu do połowy, dodając do niego rodzynki, migdały oraz ananasa.
Znowu cedzimy, wywar dodajemy do poprzednich składników (uprzednio wyjmując marchewkowe talarki oraz połowę cytrynowych plastrów) i miksujemy na jednolitą, puszystą masę.
Łączymy to z ananasem, migdałami, rodzynkami oraz talarkami marchwiowymi. Podgrzewamy.
Na dno wysokiego pojemnika wylewamy część masy, na to wykładamy kawałki ryby, zakrywamy częścią masy, znów ryba itd.
Na wierzch reszta masy. Dekorujemy płatkami migdałów, rodzynkami oraz plasterkami cytryny.

Można jeść od razu. Jednak proponuję włożyć do lodówki na kilka godzin i konsumować na zimno jak się wszystko przegryzie.

ŻYCZĘ ZDROWYCH, POGODNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH.