niedziela, 15 sierpnia 2010

Qltury week 18

1. Już poniedziałek będzie dostępny "wypasiony" pakiet Egmontu, czyli trzy interesujące komiksy za ponad 300 zeta (reszta to jakiś chłam).

Plus Mucha wypluje "Secret War" jak zwykle za zabójczą cenę.

2. Ekran kinowy rozpierdalać będą podstarzali twardziele kina akcji z Sylwkiem na czele, a to wszystko w ramach filmu "Niezniszczalni".
Oj będzie żenująco ;D

Odtrutką będzie "Jak ukraść księżyc".
NIE, NIE... to nie jest żaden sequel do starego filmu z bliźniakami, wykorzystujący popularność jednego z nich, po niedawnej, tragicznej śmierci, tylko animacja 3D.

3. A w przyszłą niedzielę, w ramach X Festiwalu Harmonica Bridge, w Ostromecku odbędzie się koncert znanego, bluesowego harmonijkarza Sławka Wierzcholskiego.

sobota, 14 sierpnia 2010

Saturday Zbok Fever 18


Dzisiaj Ofelia i Gunther (to nic że ze Szwecji) zmysłowo nucący "Dotknij mojego ding donga, dotknij mojego tralala".

czwartek, 12 sierpnia 2010

Pielgrzymka na Jasną Górę

Już jutro po raz dwudziesty (według mojej rachuby) wchodzi na Jasną Górę Piesza Pielgrzymka ze Świecia nad Wisłą.
Zebrało mi się na wspomnienia, ponieważ jest to spory kawał mojej młodości.
Nie ma co ukrywać, że pomimo obecnego, sporego antyklerykalizmu - byłem, jestem i raczej będę wierzący.
Od końca podstawówki do końca studiów, gdy dysponowałem sporą ilością wakacyjnego czasu wolnego, część z niego poświęcałem na wypoczynek w modlitwie i drodze.

Zaczynałem w 1991 roku, gdy na Jasnej Górze organizowane były Światowe Dni Młodzieży, połączone z wizytą JP2.
Wtedy jednak nie szedłem, tylko razem z ojcem pojechaliśmy rowerami, wzbudzając (w tamtych czasach) spore zainteresowanie na drodze.
Przecieraliśmy szlaki i jeszcze nie wiedzieliśmy jak to się je, zatem podróż zajęła ponad tydzień, aby na koniec dołączyć do pieszych.
W kolejnych latach następowały modyfikacje trasy, etapów i noclegów, aż doszliśmy do złotego środka - czterech dni w drodze.
Z perspektywy czasu i doświadczenia z przykrością stwierdzam, że najmniej życzliwi i gościnni okazywali się... księża ;/

Po czwartej, rowerowej wyprawie, nadszedł czas na pokonanie całej trasy na piechotę.
Grupa świecka wychodzi drugiego sierpnia i jest ostatnią z diecezji pelplińskiej.
W pamiętnym 1991 roku liczyła około 250 osób, by w kolejnych skurczyć się do 50-100, a bywały jeszcze chudsze lata.
Dziennie do pokonania jest około 20-30 km, podzielonych na 3-4 etapy. Najdłuższy jest ten poranny, gdy wszyscy mają wystarczająco sił, a powietrze jest jeszcze rześkie (wszak wstać trzeba około 6).
Na jednym z postojów zawsze jest obiad, albo z wojskowej kuchni polowej (pomidorowa, grochowa, ogórkowa), albo chodzimy po domach tubylców.
Noclegi są różne - w domach, namiotach lub stodołach.
Najbarwniejszy nocleg jest w Babiaku, gdyż pokrywa się z odpustem i pół wsi chodzi nawalona, a dziewczyny mają bezwzględny nakaz chodzenia parami po zmroku.
My zazwyczaj spaliśmy u sołtysa, z którym obowiązkowo ktoś musiał obowiązkowo pić do upadłego ;D
Sądząc po tym ile jedzenia było u niego na stole, w kurniku przed naszym przyjściem, musiało odbywać się istne pandemonium.
Z kolei synonimem najgorszego noclegu jest Wola Flaszczyna - dwie stodoły na całą grupę (jedna żeńska, druga męska) i organizowanie żarcia we własnym zakresie.
Po dwunastu dniach wędrówki (13.08.), wczesnym świtem (około 7), grupa wchodzi na Jasną Górę.
Chwila wzruszeń przed obrazkiem i wiśta wio do domu pociągiem, autokarem lub we własnym zakresie.

Pierwsze lata rzeczywiście chodziłem w charakterze religijnym, natomiast w kolejnych czysto towarzysko.
Tak też można podzielić idących tam ludzi. Są wśród nich głęboko wierzący, podążający z ważnymi intencjami, ale też młodzież wyruszająca dla pozoru przed rodzicami, a w trakcie urywająca się na trwający w tym samym czasie "Przystanek Woodstock" ;)
Bywają grupy w których bardzo mocno pilnuje się zachowanie pozorów religijności, świecka jak sama nazwa wskazuje ;-) do nich nie należała, co nie znaczy, że od razu tylko ruja i poróbstwo. Zdarzały się różne przypadki, lecz nigdy nie było to jakoś okrutnie piętnowane.
Po pierwsze dlatego, że zazwyczaj mieliśmy szczęście do normalnych księży, pod drugie pewnie dlatego, że ekipa porządkowych (do których należałem od 1996), również miała dość liberalne podejście.
Udzielałem się też w służbie medycznej, a od czasu do czasu udało mi się też dorwać do mikrofonu ;-)

Dopiero po studiach, gdy wolnego czasu stało się drastycznie mało, wróciłem na parę lat do osamotnionego taty rowerzysty, by w 2008 roku samotnie zmierzyć się z odległością 367 km za jednym zamachem. Przejechałem tą trasę dokładnie w 19 godzin i 50 minut.
Na pielgrzymce nawiązałem kilkanaście super znajomości, kilka przyjaźni, mam z niej masę cudownych wspomnień i wiele obserwacji psychospołecznych.
To specjalnie na nią zrobiłem pastorał,
na niej wcieliłem się w postać fikcyjnego reportera radia RMF FM
i robiłem wywiady z pielgrzymami (jak strasznie żałuję, że nie miałem jak tego nagrać - oj nasłuchałem się...),
podczas kocich chrztów byłem poczciwą starowinką,
wokalistką wiejskiej kapeli,
oraz ponętną Panną Młodą (wszystko w ramach pielgrzymkowej wariacji na temat maszków).
Byłem też sobowtórem Jasia Fasoli
i Neo z Matrixa w sandałach.
CUDOWNE CHWILE...

środa, 11 sierpnia 2010

mine Vaganti


Zupełnie cichutko weszła sobie do kin, włoska komedia obyczajowa.
Niestety żeby ją sobie obejrzeć, musiałem się specjalnie fatygować do stolicy, bo oczywiście multiplexy pokroju Cinema City czy Multikino, takim filmikiem nie zawracają sobie głowy.
A pamiętam jak dziś, gdy molochy kinowe wchodziły na rynek, trwała debata, czy zabiją zwyczajne kina i repertuar przez nie puszczany.
Broniły się wtedy stwierdzeniem, że właśnie dzięki temu, iż mają kilkanaście sal, te wielkie w których będą puszczane filmy kasowe, utrzymywać będą te niewielkie salki, w których wyświetlane będą dzieła dla koneserów hahaha
Nawet dałem się nabrać na tą gładką gadkę ;/

Ale wracając do "mine Vaganti", jest to opowieść o pewnej włoskiej rodzinie, producentów makaronu, mieszkającej w jakimś prowincjonalnym miasteczku.
Ojciec, matka, postrzelona babka (rewelacyjna Ilaria Occhini), ciotka alkoholiczka, dwaj bracia oraz córka z przygłupim mężem i pulchnymi córeczkami, wszyscy mają swoje małe sekreciki. Na dokładkę służące, kochanka, wspólnik z piękną córką, przyjaciele z Rzymu i reszta mieszczan, przed którymi nic się nie ukryje.

Film jest pełen ciepłego humoru, czasem slapstikowego, czasem tragikomicznego, często ciętego i ironicznego.
Miałem to szczęście, że widownia wyjątkowo żywo reagowała na to, co się dzieje na ekranie, więc przyjemność oglądania była większa.

Można się czepiać, że ludowe mądrości wciskane są momentami zbyt łopatologicznie, że niektóre postacie, są przedstawione zbyt idealistycznie lub przejaskrawione, nie zmienia to jednak faktu, że już dawno nie ubawiłem się w kinie na "zwykłej" komedii.
Przyzwoicie zrobione zdjęcia, wpadająca w ucho muzyka, niezłe aktorstwo i absolutnie rewelacyjna scena z ciastkami ;)

Idealnie skrojona rozrywka na miły, ciepły, letni wieczór.

Jak już przy włoszczyźnie jesteśmy, to na sam koniec skoczna melodia.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Naturysta w czasach słoty


Pogoda z roku na rok coraz bardziej rozchwiana - od wiosny były już upały, potem ulewy, później znowu piekielny gorąc i znowu oberwania chmur.
Mam to szczęście, że zazwyczaj jak jest ładna pogoda to intensywnie spędzam czas w pracy, natomiast gdy nadchodzi dłuższe wolne, wtedy leje się woda z nieba.
Współpracownicy nauczyli się, że nie należy brać urlopu w tym samym terminie co ja ;D

Uwielbiam jeździć pod namiot, lecz jeżeli nie zna się zbytnio topografii pola namiotowego, można skończyć tak:

Mój ostatni, krótki wyjazd nad morze, skończył się pobytem w hotelu, ewentualnie plażowaniem pod parasolem.
Woda w morzu nagrzana po fali upałów, więc kąpiel sama w sobie była bardzo przyjemna, lecz na gorącym piasku już sobie nie poleżałem ;/


Cóż zatem może robić naturysta w taką pogodę?
1. Pójść na saunę i solarium.
Tylko jak długo tak można? Poza tym sztuczna opalenizna nijak się ma do naturalnej.

2. Chodzić nago po mieszkaniu i włączyć wentylator jako imitację wiatru ;-)

3. Wykorzystać nadarzającą sytuację i korzystać z basenu, gdy nikogo nie ma.
Udało mi się tak ostatnio zrobić podczas pobytu w stolicy, bo akurat zamknięto basenik w hotelu na czas konserwacji, gdy jeszcze tam byłem.

4. Siedzieć bezproduktywnie w domu i śledzić naturystyczne strony i fora internetowe.

5. Wybrać się do Wielkiej Brytanii i pojeździć na rollercoasterze ;D

6. Wyjechać do ciepłych krajów, gdzie prawdopodobieństwo dobrej pogody się zwiększa, a do tego można wypoczywać w towarzystwie podobnych ludzi na kempingu FKK ;D
To już mnie czeka pod koniec sierpnia lol

Ehhhhhhh...
Ciężki jest żywot naturysty, jeżeli nie ma się innych zainteresowań ;D

niedziela, 1 sierpnia 2010

Qultury week 17

W zeszłym tygodniu QW nie było, a w tym też tylko szybciutki wpis.

1. W kinach nic fajowego się nie ukaże, ale to nic nie szkodzi, bo będzie można obejrzeć (kilka razy) film, który premierował w ten weekend.
Mowa o najnowszym dziele Christophera Nolana - "Incepcja".

Recencja jednym słowem - W!O!W! czyli
W!spaniały
O!lsniewający
W!idowiskowy

Historia dzieje się głównie w snach, a jak wiadomo w tej rzeczywistosci wszystko jest możliwe ;D
Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować sen jest w snie, który też jest snem, więc mamy iscie szkatułkową konstrukcję.
Bohaterowie podróżują po całym ziemskim globie, a ich celem jest zaszczepienie pewnej idei, w umysle innej osoby, w trakcie snu.

Odniesień do innych filmów jest cała masa.
Przykładowo podobny do Keanu Reevesa, Joseph Gordon-Levitt walczy jak w Matriksie;
Tom Hardy jawi się jako James Bond;
a najniższy poziom snu zwany limbo, w umysle Leonardo DiCaprio jest apokaliptyczną wizją rodem z "2012".

Trzeba się bardzo mocno skupić i obejrzeć film z kilka razy, żeby się nie zgubić w trakcie seansu i nie utknąć w któryms ze snów.

POLECAM BARDZO!!!
SWEET DREAMS ;-)

2. Imprezowo można się udać do Kazimierza nad Wisłą na festiwal filmowy "Dwa brzegi".
Będzie się działo!

sobota, 31 lipca 2010

Saturday Zbok Fever 17

Blog się z lekka zaniedbał, lecz nie jest to wina przeslicznej pogody, ponującej od kilku dni za oknem.
Padł mi komputer więc jestem zmuszony korzystać z pracowniczego.

W związku z powyższym, cykliczny program SZF znacznie okrojony, czyli tylko żenująca piosenka.
Najlepiej wyłączyć dźwięk, bo poziom głupoty poraża nawet samym obrazem ;D