Po rowerowym epizodzie, zacząłem wędrować pieszo i wtedy spotkałem na swojej drodze życia, jednego z najlepszych duchownych, z jakim do tej pory się zetknąłem.
Niecałe dziesięć lat starszy wikary, sąsiedzkiej, drzycimskiej parafii, który był przewodnikiem naszej świeckiej grupy.
Żeby było zabawniej, na pielgrzymkę szedł wtedy pierwszy raz, więc chcąc nie chcąc, musiał również zaliczyć "chrzest kotów".
1995
1995
Jak dla mnie jest on ideałem duszpasterza. Niezwykle elokwentny, z poczuciem humoru, pełen werwy. Nawet jak się wściekał na niesforne owieczki (oj miał prawo), to robił to z niezwykłym wyczuciem i empatią. Wywlekanie osobistych brudów podczas spowiedzi, razem z nim nie było aż tak traumatyczne, a wygłaszane przez niego kazania były mądre, życiowe i słuchało się ich z przyjemnością.
1998
Był naszym przewodnikiem przez kilka lat, a potem przez kolejnych kilka, dobrym duchem świeckiej grupy.
1999
Pod koniec lutego, zadzwoniła do mnie koleżanka Marysia, z którą poznaliśmy się właśnie na pielgrzymce, co potem przekształciło się w bardzo dobrą, kumpelską relację (wszakże to z nią i Scholastyką stworzyliśmy Uniwersytet Kiciarstwa), z propozycją spotkania po latach, ponieważ nadarzyła się ku temu okazja...
Ksiądz Arek został nominowany na biskupa pomocniczego diecezji pelplińskiej!
Święcenia odbyły się drugiego marca, na które niestety nie pojechałem, bo wielogodzinna msza przegrała z nałogiem, ale z dziewczynami spotkałem się wieczorem gdzieś na Kaszubach, skąd pochodzi nowy biskup i spędziliśmy upojną noc w karczmie, po której zebrało mi się na wspominki.
Przeryłem foldery zdjęciowe z wszystkich pielgrzymek, w poszukiwaniu ciekawych z nim fotek.
Z Radkiem Pujanem poznaliśmy się na moim pierwszym plenerze w Michałowicach. To między innymi jego miałem na myśli wyrażając swoje wątpliwości odnośnie uczestnictwa w tej imprezie. Gdzieś tam w głowie wsadziłem Radzia i jego twórczość do szuflady zatytułowanej "Polski Helmut Newton", więc nijak nie składały mi się w całość jego aparat i moja zarośnięta osoba.
W słoneczny poranek, gdy w wizażowni zanurzony byłem w lekturze, wpadł Radek i natychmiast stwierdził, że musi złapać ten moment w kadrze. Oczywiście tak natychmiast to nie było, bo nikt nie chadza sobie z wielkim formatem pod pachą, ale generalnie tak to wyglądało.
Później zaproponował całą sesję.
Kolejny raz fotograficznie nasze drogi splotły się ponad dwa lata później, na którejś z rzędu edycji pleneru podlaskiego.
W planach mamy klasycznego, eleganckiego Agenta 007, obowiązkowo z dziewczyną Bonda.
To już rok trwa moja przygoda z polaroidem, po drugiej stronie obiektywu, czyli od wizjera.
Zaczęło się od Sielanki, potem inwestycja we własny aparat, mozolne poznawanie sprzętu, realizowanie buńczucznego manifestu i ponad 300 kadrów, czyli prawie jedna wyzwolona dziennie (jedne lepsze, drugie gorsze).
Póki co frajda nadal trwa!
Wpis ilustrują autoportrety i portrety mojej osoby.
Z rozmysłem i premedytacją nie podpisałem prawnych autorów, czyli migawkowych, ponieważ stylizację, pozę, kadrowanie oraz nastawy aparatu poczyniłem samodzielnie.
Zastanawiałem się jaki post wysmażyć na koniec karnawału.
Ostatecznie padło na coś lekkiego, kolorowego i z poczuciem humoru, czyli kolejna przebieranka.
Przykład na to, że na zdjęciach wszystko może wyglądać na zrobione ot
tak sobie, tymczasem rzeczywistość sesyjna jest bardziej skomplikowana.
W przypadku tej serii, punktem wyjścia była bajkowa sukienka zaprojektowana przez Magdalenę Carter. Od razu wpadła mi w oko, więc moją ambicją było, żeby się w nią wcisnąć (dosłownie).
Poniższe zdjęcie pokazuje jak miłym i przyjacielskim plenerem jest Podlasie, gdzie koleżanka po fachu, pozując nago innemu fotografowi, biegnie ofiarnie poprawiać kosmyk włosów, który potargał wiatr.