Zeszłego roku, gdy gościłem u siebie Julkę, poszliśmy na fordońską plażę naturystyczną, gdzie oprócz księżniczkowej sesji, postanowiliśmy również zrobić ten "niewinny" dyptyk.
Oczywiście w ramach sprawiedliwego współautorstwa, Julia otrzymała polaroida ze mną, a ja zatrzymałem jej wizerunek.
Ostatnio cofamy się w czasie w zastraszajacym tempie, więc orwellowski 1984 rok puka do polskich bram.
S(z)ejm przepchnął kolejną ustawę "kagańcową", a tym razem padło na niezależne (wg władzy) media. Orlen parę miesięcy temu wykupił spory pakiet prasowy, a teraz "amerykański" TVN prawdopodobnie straci rację bytu.
Miesiąc temu skończyłem żreć prochy na... melancholię, która zawitała w moim życiu jakieś sześć lat temu. Wówczas psychoterapia i rzucenie się w wir pracy, wyciągnęły mnie na powierzchnię. Przez parę lat było znośnie, ale znowu dojebało rok temu, jednak tym razem postanowiłem wspomóc się medykamentami.
Z racji tego, że jestem niepoprawnym śmieciarzem, w kuchni uzbierałem pokaźny stos pustych blistrów po lekach, które przerobiłem w symboliczną maskę greckiej komedii.
Leki nie zmieniają cudownie rzeczywistości, ani nie nadają sensu życia. Po prostu pudrują na różowo cały ten syf. Pomijając efekty uboczne, najbardziej irytowała mnie totalna blokada płaczu. Jest Tobie chujowo, a Ty nawet się kurwa rozbeczeć nie możesz, dlatego z radością powitałem pierwszą łzę, która spłynęła po policzku, podczas kinowego seansu.
Prezentowane polaski są z kolei nawiązaniem do filmu "Maska", w którym życiowy przegryw znajduje w rzece maskę, po założeniu której jego egzystencja zmienia się diametralnie. Tylko czy na lepsze? Notabene Jim Carrey, brawurowo grający w tym filmie tytułową rolę, również od lat walczy z depresją.
No więc puentując, ten miesiąc mija i póki co jest nawet nieźle, ale obstawiam głównie odpowiednią porę roku i permanentny urlop, z którego właśnie się zupełnie, permanentnie wyprztykałem.
Pod koniec maja zagadał do mnie świeżo upieczony maturzysta Janek Sokala, z zapytaniem czy zapozuję mu do zdjęć, gdyż kompletuje teczkę na studia operatorskie w Łodzi. Długo się nie zastanawiałem z pozytywną odpowiedzią, bo lubię pomagać, choć jestem już fotoemerytem.
John profesjonalnie podszedł do tematu: fachowo rozrysowana historia w scenopisie, wcześniejszy rekonesans kilku plaż, zdjęcia analogiem oraz cyfrą (do publikacji wybrałem te pierwsze), szybka obróbka i odpowiednia rozdzielczość zdjęć. Choć do zdobycia miejsca na uczelni, dosłownie zabrakło mu punktu, wróżę mu sporą karierę w środowisku wizualnym.
Polaroid powyżej jest jednym z tych ulubionych, które udało mi się do tej pory zrobić. Wygląda na przypadkowe foto, choć tak naprawdę wszystko jest tutaj zaplanowane. Ktoś kiedyś skomentował to zdjęcie "Prezentuje się jak okładka kolejnej płyty RHCP"!
Mam alergię na nadużywanie różnych słów w codzienności (każdy ma jakieś
odchyły). Nie lubię mówienie o ludziach, którzy idą z kimś przez życie,
per MÓJ. Od razu kojarzy mi się z chorobliwym, gollumowym "My perciousss!!!".
Twój to może być chuj, albo ręka, a partner co najwyżej jest z Tobą. Do
innych takich słówek należą: ZAWSZE (wolę zazwyczaj), MUSIEĆ (preferuję
można), NIGDY (sporadycznie).
Na prezentowanych polaroidach jest mó... tfu, ostatni partner, z którym
żyłem przez cztery lata. Fantastyczny facet! Inteligentny, piękny, wesoły, wysoki. Jak to się mówi, niezgodność charakterów i
różnice w priorytetach, spowodowały zgodne rozejście wspólnej ścieżki.
Szymon sporadycznie pojawił się już na innych polaroidach, chociażby tych nadmorskich, pozował również ze mną w dwóch sesjach zdjęciowych: tutaj oraz tutaj. Poza tym jest autorem większości zdjęć, z zeszłorocznego projektu ofelionowego (przynajmniej tych z pierwszej połowy roku, do momentu naszego rozstania).