niedziela, 5 marca 2023

Ciałopozytywność, dysforia czy zwyczajność?

Kolejny roczek na tym blogu mija, więc standardowo wypada coś tutaj naskrobać.

Gdy prawie pięć lat temu ogłaszałem przejście na fotomodelingową emeryturę, część osób odczytała tą deklarację zbyt dosłownie, myśląc że od tego czasu nie będę robił już nic w tym temacie. Oczywiście to była nadinterpretacja, ponieważ dalej pozuję do zdjęć, tylko mocno ograniczam się do pomysłów, które w jakiś sposób mobilizują mnie do działania, a są także ludzie, z którymi najzwyczajniej w świecie lubię działać.

Pod koniec 2019 roku zaangażowałem się w jeden z najważniejszych projektów fotograficznych, który został zatytułowny Mr J. Żeby się do niego odpowiednio przygotować, postanowiłem zrezygnować z regularnych ćwiczeń na siłowni oraz schudnąć ile się da. Po jego zrealizowaniu wróciłem na salę ćwiczeń, niestety trwało to tylko parę dni, ponieważ wybuchła pandemia covid 19 i związany z nią lockdown. Jedną z ofiar tamtego okresu została siłownia, do której przedtem chodziłem regularnie latami, bo była dobrze wyposażona, miała idealną dla mnie lokalizację, pomiędzy domem i pracą, a także posiadała saunę, gdzie lubiłem się wygrzewać jak kot (trochę jak namiastka plażowania). Gdy sytuacja w kraju uległa w miarę sensownej normalizacji, wracać do ćwiczeń już nie miałem gdzie, a poza tym dopadł mnie totalny marazm w tym temacie. Parę dni temu, zdałem sobie sprawę, że to lenistwo trwa dokładnie TRZY lata. 

Wydaje mi się, że jak na swoje lata wyglądam nie najgorzej, choć zdaje sobie sprawę, że mógłbym lepiej, jednak brakuje mi motywacji w tym względzie. Z jednej strony, patrząc w lustro lub na swoje aktualne zdjęcia, odczuwam pewien dyskomfort z tym związany. Sześciopak już dawno zniknął pod konsekwentnie hodowanym sadłem, mięśnie sflaczały, skóra zwiotczała i pokryła się przebarwieniami oraz zmarszczkami, włosy z głowy zaczęły wędrować na plecy, ramiona, do nosa i uszu, natomiast brwi zmieniają się w chaszcze. Z drugiej strony, gdy patrzę na swoich rówieśników, to chyba nie jest aż tak źle. Przed totalnym rozejściem się w szwach, ratuje mnie regularna jazda rowerem, gdzie rocznie wyjeżdżam około 3000 km.

W minionym roku zrobiłem sobie "terapię szczepionkową" w obszarach życia, które kiedyś były moją codziennością i bardzo je lubiłem, jednak z różnych powodów przestałem się udzielać w tych tematach, więc w ramach przypomnienia na chwilę do nich wróciłem. Wszystkie próby potwierdziły moje decyzje, że nie warto do nich jakoś specjalnie wracać, choć było miło, jednak jestem już innym człowiekiem, mającym inne pasje i zajęcia. Jeden letni dzień poświęciłem na spacer z moją grupą pielgrzymkową, jeden weekend poświęciłem na plener fotograficzny tfp, a jeden tydzień na pobyt w polskich Tatrach.

Kościół i religia były kiedyś mocno obecne w moim życiu, jednak z czasem i wiedzą wiara ta skruszała, zmieniając się w proch. Sama instytucja okazała się olbrzymem na glinianych nogach, który ma niewiele wspólnego z wartościami niesionymi na sztandarach. JP2 wiedział, katabasy pasą się jak wieprze w chlewni, owieczki zazwyczaj okazują się drapieżnikami obleczonymi w niewinne szaty, a sama religia to zbiór historii i zabobonów, selektywnie podpierdolonych z innych wierzeń.

Tatry z Zakopanem na czele, to pstrokato wymalowana dekoracja z dykty, oblegana przez ćwierćmózgich ceprów, hałasujących, śmiecących i niemiłosiernie eksploatujących ten skrawek Ziemi. Choć teraz byłem tam po sezonie, w intrygującym okresie (w górach zima, w dolinach jesień), to jednak młodzieńcza fascynacja nie wróciła.

Przez ten okres modelingowego wyhamowania, nabrałem dużego dystansu do fotografii oraz jej twórców, patrząc krytycznie na to co robią, gdzie nie wszystko okazuje się złotem, choć ładnie się mieni. Na chwilę obecną wolę podjąć współpracę z totalnym żółtodziobem, który ewidentnie ma zajawkę i jara się tym co robi, choć popełnia błędy, niż ze starym wygą, mającym doskonały warsztat, z którego wychodzą rzeczy "piękne", ale totalnie bez duszy, niczym fabrycznej taśmy. Choć polskie środowisko fotograficzne nadal jest mi bliskie, a jego reakcja i pomoc udzielona mojemu tacie, po spłonięciu jego domu, przeszła moje najśmielsze oczekiwania, to wyjazdy na plenery fotograficzne aktualnie są dla mnie stratą czasu i pieniędzy (komiksy dużo kosztują), więc na zdjęcia czy spotkania towarzyskie, wolę umawiać się indywidualnie. 

Jesienią pojechałem na Adelę, bo wyjątkowo ta edycja była mniej liczna oraz odbywała się w ciekawym miejscu. Porobiłem parę sesji, z których nie jestem jakoś mocno zadowolony. Choć fotografowie i modelki stanęli na wysokości zadania, realizując fajne pomysły, to już w trakcie pozowania, a później po otrzymaniu zdjęć, czułem dysforię związaną z moim wyglądem.

Tutaj dochodzimy do sedna tego wpisu, bo chociaż aktualnie nie czuję się zbyt komfortowo we własnym ciele, to nadal brak mi motywacji, żeby ten fakt zmienić. Totalny impas!!! Jedna z sesji, którą poczyniłem na wspomnianym plenerze razem z Karoliną i Krzysiem, zainspirowała mnie do kolejnej, roboczo nazwanej SESJĄ TERAPEUTYCZNĄ, której efekty przewijają się między akapitami tego wywodu. Pomysł (mało oryginalny) polegał na tym, żeby pokazać aktualny wygląd bez żadnego upiększania (wizażu, kostiumów, napinki czy wciągania brzucha). 

Obecnie żyjemy w czasach, gdzie w przestrzeni publicznej, w mniejszym lub większym stopniu kreujemy siebie, na mądrzejszych, piękniejszych i bogatszych, niż w rzeczywistości jesteśmy. Taką kreację ułatwia nam wirtualna rzeczywistość, z całą masą narzędzi, programów i filtrów. Dawno temu na poczet jakiegoś wywiadu, deklarowałem że w fotografii bardzo lubię właśnie proces kreowania, a kostium czy makijaż zdecydowanie w tym pomagają. 

Wbrew pozorom robienie tych zdjęć okazało się dla mnie dość trudne. Wyszedłem ze swojej strefy komfortu, totalnie się obnażając oraz eksponując elementy, które zazwyczaj maskowałem. Zupełnie inaczej wyglądała praca na planie. Wykonywałem pozy do tej pory nieobecne w moim repertuarze, więc tutaj musiałem zaufać fotografowi, który prowadził mnie niczym dziecko we mgle. Zazwyczaj podczas zdjęć pracuje się na wydechu, a tutaj pozowanie odbywało się na wdechu, więc samo przestawienie oddechu było też wyzwaniem.

Finalnie jestem bardzo zadowolony z tych zdjęć! Po pierwsze i najważniejsze, po prostu takich w portfolio jeszcze nie posiadam. Po drugie robienie czegoś nowego, nawet jeśli sprawia dyskomfort, finalnie, niezmiennie nadal sprawia mi frajdę. Po trzecie to są zdjęcia w totalnej kontrze do tego, co zazwyczaj pokazuje się publicznie.

Czy ta zdjęciowa terapia, przyniosła efekt jaki chciałem osiągnąć? NIE!!! Liczyłem, że po obejrzeniu tych fotografii albo zupełnie pogodzę się z aktualnym wyglądem, albo ponownie zmobilizuję się do katowania dietą oraz ćwiczeniami, aby wpisywać się we współczesny kanon piękna. Tymczasem nie zmieniło się nic. Są dni gdy nie mogę na siebie patrzeć, po których przychodzą kolejne, gdy mam na to zupełnie wywalone.

wtorek, 6 grudnia 2022

Ćmielowskie trzy gracje

Najważniejszą polską fabryką porcelany jest Ćmielów, która paradoksalnie została założona u schyłku pierwszej Rzeczpospolitej w 1790 roku, natomiast prawie upadła w latach transformacji, czyli po pełnym odzyskaniu niepodległości przez Polskę. W czasach PRL nie było chyba w kraju domu, w którym nie byłoby wyrobów tej manufaktury, tym bardziej że charakteryzowały się one egalitaryzmem, więc dostępne były masowo wytwarzane naczynia i zastawy, czy kolekcjonerskie figurki i tu znowu historia rechocze, gdyż społeczeństwo zachłystujące się zalewem taniej tandety z Chin czy ikeły, w większości wywaliło ćmielowskie starocie na śmieci, przez co obecnie oryginały z tamtych lat śmigają za horrendalne ceny na rynku wtórnym. Natomiast sama fabryka została sprywatyzowana i podzielona na dwa podmioty. Właścicielem pierwszego został Adam Spała, który skupił się głównie na rynku kolekcjonerskim i od inicjałów zarządcy nazywa się AS Ćmielów. Natomiast drugi połączył siły z innymi polskimi fabrykami porcelany (Chodzież i Lubiana), tworząc Polską Grupę Porcelanową, która głównie zajmuje się masową produkcją naczyń.

Moja zajawka na porcelanę zaczęła się przez Lubomira Tomaszewskiego, który dla Ćmielowa zaprojektował całą masę figurek i naczyń, a jego koronnym osiągnięciem jest serwis kawowy Dorota/Ina. Od niego wzięło się też główne założenie kolekcji, czyli skupienie się na formie, która w przypadku tego projektu urzeka prostotą i elegancją, a moim największym marzeniem porcelanowym jest posiadanie pełnej zastawy, wyprodukowanej w czasach komuny.

Mikołaj w tym roku przyniósł bardzo bogate upominki, a mówiąc wprost, właśnie skończyłem spłacać trzy różne filiżanki, które zakupiłem podczas majowej wycieczki do manufaktury AS Ćmielów, więc oficjalnie mogę się nimi pochwalić. Jedną z nich jest właśnie wspomniana, śnieżnobiała Ina. 
W 1936 roku Bronisław Kryński opatentował recepturę wytwarzania różowej porcelany, która od tego czasu była produkowana tylko w Ćmielowie!!! Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ odkrywca zginął podczas drugiej wojny światowej w obozie koncentracyjnym i wydawało się, że sekret jej wytwarzania zabrał ze sobą w zaświaty. Dopiero wspomnianemu Adamowi Spale udało się parę lat temu odtworzyć recepturę, na podstawie osobistych notatek twórcy.
Ktoś może powiedzieć, że zakup filiżanki wykonanej z takiej porcelany kłóci się z podstawowym założeniem kolekcji, gdzie jasno zostało powiedziane, że ma być ona BIAŁA. Zasadniczo taka nadal jest, tylko dodatek sproszkowanego złota powoduje, że staje się różowa w całej masie, a w wytycznych chodziło głównie o brak malatury, która sama w sobie może być przepiękna, natomiast zaburza odbiór formy. Tym sposobem do Iny/Doroty dołączyła filiżanka wiedeńska, którą na własny użytek nazywam Teresą.
Zaledwie półtora roku temu na świecie pojawiła się porcelana szmaragdowa, której "tajnym" składnikiem jest... szmaragdowy pył, a jej wynalazcą nie kto inny tylko właściciel AS Ćmielów.
Projekt filiżanki wykonanej z tej porcelany, również wymyślił pan Adam i nadał jej imię na cześć swojej córki - Pola.

sobota, 3 grudnia 2022

SpermaDonna

Pod koniec 2020 roku zdechły duet HamKid, na poczet pewnego dokumentu, został reaktywowany na FAKOf, zwany też Katastrofą. Jak zapewne stali czytelnicy tego bloga wiedzą, swego czasu była to bardzo płodna kooperatywa, dzięki której zrodziło się sporo obrazów, grafik, perfo, czy sam projekt Ofelion. Jednym z rodzajów tej działalności były moje "przeróbki" dzieł wyskrobanych łapką Maupeczki, jak chociażby DustyCover, Cernunnos, czy kolorowy tryptyk - 1, 2, 3.

Ten wskrzeszony stfur nie jest już tak aktywny, można wręcz powiedzieć efemeryczny, jednak od czasu do czasu coś tam jeszcze się w eterze wydarza. Parę miesięcy temu wziąłem na tapetę jej stary autoportret przy świeczce. Tak jak w przypadku tryptyku, za pędzel posłużył mi Farfocel zwany obecnie Ptysiakiem, tak tutaj również się nim posługuję, gdyż proces przekształcania cały czas trwa. Tam używałem kolorowej farby akrylowej, natomiast teraz za farbę służy mi sperma, a podkładem jest kurz, z angielskiego dust i w ten sposób holistycznie nawiązuję to tych poprzednich "arcydzieł".


Powolutku powstaje portret Kaśki w świetlistej aureoli, a kolekcjonerzy obrazów chwytają się za głowy.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Kiblove mikole

Był wrzesień 1991 roku. Razem z grupą ministrantów laskowickiej parafii, pojechaliśmy na wycieczkę do Warszawy. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ z tej wyprawy pochodzi chyba moje pierwsze zdjęcie, zrobione na tle pociągu EN57, popularnie nazywanego Jednostką, a potocznie Kiblem.

W latach mojej młodości podróżowanie komunikacją zbiorową (PKP, PKS) było zjawiskiem dość powszechnym, z racji dość małego procentu posiadania samochodów. Co prawda moja rodzina taki posiadała, a dość długo tym autem była czeska Skoda 100, jednak wszelkie wycieczki szkolne itp., organizowane były właśnie koleją bądź autobusami. Chyba najbardziej epicką podróżą z lat szkolnych, była pielgrzymka maturzystów na Jasną Górę. Jechaliśmy ówczesnym pośpiesznym w wagonach z przedziałami, więc opiekunowie mieli małą możliwość kontroli, co w nich się dzieje, a działo się tyle, że w Częstochowie prawie wysiadałem "na czterech", z czego mając ogromne wyrzuty sumienia, spowiadałem się totalnie pijany w sanktuarium.

Pierwszą samodzielną wyprawą, właśnie pociągiem, a właściwie kilkoma, bo z przesiadkami, był wyjazd na zlot ptakolubów z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków w Antoninie, na który jechałem dokładnie trzy lata po stolicznej eskapadzie. 

Byłem totalnie zestresowany podróżą i pamiętam jak podczas przesiadki w Zduńskiej Woli, nie posiadając jeszcze biletu na kolejny, pobiegłem do maszynisty (sic!) tegoż składu, poprosić żeby na mnie poczekał aż dokonam zakupu. Wyszedłem z założenia, że skoro on jest kierowcą, to od niego wszystko zależy, nie zdając sobie sprawy, jak faktycznie wygląda organizacja ruchu na kolei.

Pamiętam również jeden z powrotów z pieszej pielgrzymki na Jasną Górę, który zorganizowany został dla całej diecezji pelplińskiej pociągiem specjalnym i jakże by inaczej, odbywał się on we wspomnianej Jednostce. Będąc już dorosłym mężczyzną, który od razu założył, że nie ma potrzeby posiadania własnego auta, zostałem niejako skazany na transport zbiorowy. Bynajmniej nie narzekam na ten stan, a nawet sobie go chwalę, bo dzięki temu mam masę ciekawych wspomnień z podróży. Te nad morze i na rodzinną wieś, prawie zawsze miały miejsce w ENkach, bo w Przewozach Regionalnych taniej, a czas przejazdu wiele się nie różnił od pospiesznego, zatem Kible oraz pojazdy innego typu, z czasem totalnie mi spowszedniały, wrastając w życie jakie wiodę. 

foto - Sławek Krala

Gdy kiedyś dowiedziałem się, że istnieją miłośnicy kolei (mikole), którzy czasami popadają wręcz w fanatyzm, trochę się zaśmiałem i zlekceważyłem rodzaj pasji, z drugiej strony szacunek, bo warto jakąś mieć. Gdzieś tam poznałem osoby, które w to się "bawią", czasem widziałem ludzi "polujących" na peronach z aparatami w ręku. No i ostatnio wpadła mi do ręki przepięknie wydana książka "Kult Jednostki", która okazała się też niezwykle ciekawą lekturą o ludziach, kulturze i pociągu, który był wyprodukowany w największej ilości na świecie przez wrocławski Pafawag, stając się jednym z symboli PRL, a powoli cicho odchodzącym do lamusa, czyli masowo ciętym na żyletki.

Nagle zupełnie inaczej zacząłem patrzeć na Klasyki, wspomniana lektura przywołała masę zakurzonych wspomnień, z których część właśnie przytoczyłem, a także zainspirowała do kolejnego cyklu polaroidów, gdyż postanowiłem również zostać kolejowym łowczym.
Pierwsze zdjęcia (niestety telefonem komórkowym) już zrobione, podczas wczorajszej, spontanicznej wycieczki do Terespola Pomorskiego.

piątek, 28 października 2022

Fuck cup

Wchodząc coraz głębiej w świat porcelany, pływając w oceanie internetu, trafiłem na przedmioty wytwarzane przez słowaczkę, mieszkającą i tworzącą w NYC Stepankę Horalkovą.
Na cienkościennej porcelanie drukuje ona różne słowa i wyrazy. Cena jak dla polskiej "piguły" horrendalna, ale uparłem się, że prędzej lub później muszę mieć od niej jakieś naczynie, które swoją drogą zdobyć nie łatwo, bo artystka sporadycznie ogłasza sprzedaż produktów na IG, a rzeczy rozchodzą się jak ciepłe bułeczki w przeciągu paru godzin.
Gdy już w końcu zdecydowałem się wydać zaskórniaki i upolowałem jeden z kubków, z duszą na ramieniu zastanawiałem się i czekałem, czy coś tak kruchego przetrwa podróż przez pół świata, która trwała wyjątkowo długo (prawie miesiąc) i odbyła się przez... Jamajkę!
Ostatecznie wielgachny kubas, który jak na swoje gabaryty jest bardzo lekki (wszakże to porcelana), pięknie prześwitujący pod światło oraz ozdobiony złotym napisem FUCK, dotarł z imienną dedykacją oraz porcelanowym znaczkiem "love", w moje spragnione łapki.

poniedziałek, 10 października 2022

Try to set the night on fire

Czy widzisz te gruzy na szczycie, tam wróg Twój się kryje jak szczur! Musicie, musicie, musicie, za kark wziąć i strącić go gór!

Właśnie mija Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Tego najbardziej lekceważonego przez ludzi, zarówno tych chorych, jak i potencjalnie zdrowych, służących dobrą radą w stylu "Weź nie pierdol"... Wiem co piszę, bo sam kiedyś takie farmazony gadałem, ale to było bardzo dawno temu i chyba już nieprawda.

W filmie "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy jest słynna scena z kieliszkami, w której dwaj kumple z AK wspominają tych co polegli. Interpretuję ją pod kątem chorych na depresję, wracających do starych, dobrych czasów oraz znajomych, którzy odebrali sobie życie w wyniku choroby. Zapalają kolejne kieliszki napełnione spirytusem-duszą, wymieniając ksywki oraz imiona. Przy dwóch ostatnich, jeden z nich przerywa rytuał mówiąc 

My żyjemy!

Tylko co to za życie, niby pełne, ale nie rozpalone?

Jednak to były czasy! Jak się żyło i w jakiej kompanii? Było kiedy tylu fajnych chłopców i dziewcząt?

I tu tkwi sedno wychodzenia z choroby. Próbujesz znowu wzniecić ten płomień życia, coś się tli, coś się dymi, żar się dławi i gaśnie. Ciągle coś nie idzie. Opał zawilgocony więc suszysz lub go po prostu brak i szukasz, albo jakieś kolejne zawirowanie zdmuchnie lichy ognik. Jedni starają się nie poddawać, inni po prostu odpuszczają.

- Co z tego? Wszyscy prawie zginęli.
- To inna sprawa, ale życie było fajne!
- Myśmy byli...
- Młodsi..
- Nie tylko. Wiedzieliśmy czego chcemy!

Od paru miesięcy mój płomień pali się w miarę stabilnie. Może nie jara się jak supernova przed chorobą, ale jest na tyle jasny, że coś tam widać w okolicy. Najważniejsze, że na chwilę obecną nie potrzebuję sztucznych rozpałek i paliwa.

- Ginąć to żadna sztuka.
- Zależy jak! Przecież nie trzeba brać tego wszystkiego na serio! Po prostu trzeba się przepchać przez tą całą hecę! Nie dać się nabrać! Nie nudzić się!

czwartek, 21 lipca 2022

Climax na sali kinowej

Po uczciwie przepracowanym dniu, poszedłem do kina, z którego właśnie wróciłem w doskonałym nastroju. Z nieukrywaną przyjemnością obejrzałem niezwykle ciepłą, szczerą i zabawną obyczajówkę "Powodzenia, Leo Grande". 

Film teoretycznie opowiadający o sex workingu oraz ciałopozytywiźmie. To tak w skrócie! Poza tym o szczerości i szacunku wobec siebie oraz innych, przyjemnościach małych i dużych, umiejętnym small talk'u. Generalnie dużo gadania, choć ani przez chwilę nie poczułem, że jest on przegadany, za to rewelacyjnie obsadzony i zagrany. Przez większość filmu miałem zaciesz na twarzy, wiele razy zachichotałem, a raz nawet brechtnąłem. Oczywiście jest "obowiązkowa" drama, ale całość wymieszana i podana z wyczuciem i smakiem. Sam scenariusz i dialogi bez żadnego zadęcia i fałszu. 

Pewnie sporo ludzi oleje ten film, a części się nie spodoba, natomiast na mnie zadziałał niczym oczyszczające katharsis. Choć wszystkie nuty w tej melodii były mi znane, to zostały tak zagrane, że idealnie uderzyły w odpowiednie struny, we właściwej kolejności, tempie i czasie.