Panek zdążył już Państwa poinformować, że na koniec lipca byliśmy na krótkim wypadzie w podkarpackim.
Łańcut to mała, malownicza mieścina, która głównie słynie z jednego z najpiękniejszych polskich zamków-pałaców. Wstyd się przyznać, ale zwiedziłem tylko jego park, urządzony w stylu angielskim. Wnętrza udostępniane są dla grup, zbierających się co jakiś czas, a pochód przez komnaty trwa około godziny.
Na tyłach zamku, przez chwilę pogalopowaliśmy razem z małym chłopcem na panterze, zupełnie jak Witia na kocie, w filmie "Sami swoi". Radosny to był has, ale lew upamiętniający wspólną wyprawę Potockich, do Sudanu Białego w 1924 roku, zrobił na mnie niesamowite wrażenie, a szczególnie jego... osobliwe spojrzenie. W drodze powrotnej, natknąłem się na przydrożny krzyż, który obecnie można raczej nazwać przybarnym. Tymczasem na noclegu w Starym Sadzie, spotkałem Ciasteczkowego Potwora, brzdąkającego na gitarze z jakimś autografem. Zupełnie grzecznościowo, choć niechętnie, zapozowałem z glinianymi plackami, wyprodukowanymi przez uczestników warsztatów. Proszę zwrócić uwagę, na małpie głowy, znajdujące się na dole zdjęcia. Powstały prawdopodobnie w wyniku inspiracji głowami szybenickimi.
Ostatni weekend lipca, zwieńczał pewien etap blogowych znajomości.
Na krańcu Polski (z mojego punktu podróży), spotkało się Kółko Wzajemnej Adoracji, skupione przy charyzmatycznej Doro.
Cukiniowa Czarownica, zorganizowała w swoim Starym Sadzie, warsztaty z Formowania Gliny oraz Współczesnych Technik Pozłotniczych.
Nabór na nie, odbywał się już na wiosnę, chętnych była cała masa, w wyniku morderczej selekcji, pozostało tylko dziewięciu najzdolniejszych.
Zakwalifikowali się: psychoanalityczna mistrzyni - Aneta, wieczne rozbawione HTF'y z przyjaciołami, prawiewarszawski Arthi, który w ostatniej chwili nie dotarł, głupawo hasający Kimi oraz moi z Fafikiem.
Po dwunastogodzinnej podróży pociągiem, dotarłem do malowniczego Łańcuta.
Pogoda śliczna, błękit nieba, białe chmurki, słonko grzeje, jednym słowem - sielskoanielsko.
Towarzystwo zjeżdżało się przez cały dzień, by wieczorem zasiąść w ogrodzie, przy grillu.
Sącząc piwko i inne alkohole, czas nam mijał na niezobowiązujących pogaduszkach i podśmiechujkach.
Tymczasem fronty pogodowe, zorientowały się gdzie spędzam wolny czas i przybyły umilać nasz pobyt nieustającym deszczem.
Żeby nie było, lojalnie uprzedzałem o takiej możliwości, w punkcie trzecim tego wpisu ;]
Notabene, padać przestało, gdy ostatecznie opuściłem Podkarpacie ;D
W sobotę odbyły się zajęcia z taplania w błocie, tfu... z formowania gliny.
Co prawda miałem chytry plan ulepienia czegoś szokujące, jednak glina była... za twarda ;>
Popołudniu, podczas tajnych rokowań, w domku na drzewie, skonkretyzowała się nazwa kooperatywy Ham&Kid.
Wieczorem Fafik poszedł zwiedzać Zamek w Łańcucie, a towarzyszący mu Małpik, zaliczał wszystkie drzewa w parku.
Niektórzy nie wytrzymywali ogromnego tempa zajęć i snem zmorzeni, trwali wieki zaszyci w pościeli.
Natomiast inni, w ramach tak zwanych zajęć dodatkowych, szydełkowali zwierzaki z włóczki.
W ramach wysępionego prezentu, otrzymałem czerwonookiego, wściekłego dzika z niespodzianką ;>
Jako dziękczynienie, zobowiązałem się zrobić z kości pewien przedmiot. Cieszę się bardzo z tego zamówienia, bo to będzie zupełnie nowa jakość w moich (po)tforach.
Niedziela była dniem złocenia.
Wyszło na to, że szkoliłem się tylko ja, gdyż cała reszta już to znała.
Niesamowite uczucie!!!
Nakładać delikatne płatki najprawdziwszego złota, na różne struktury.
Z wrażenia prawie się udusiłem, wstrzymując oddech, aby zbyt silnym westchnieniem, nie posłać zwiewnej blaszki w przestrzeń warsztatu.
Ostatecznie pozłociłem dwa przedmioty, wyłowione z morza, w chorwackiej Ulice. Pierwszy przedmiot, nawiązuje do tytułu, jednego z odcinków przygód, legendarnej postaci komiksowej (niedługo na ekranach kin). Drugi jest zabawą formą, gdzie jedna strona mieni się złotem, a druga naturalnie perłowo.
Nocami byłem wypożyczany (czytaj wędrowałem od łóżka do łóżka) jako uniwersalny termofor.
Podobno fantastycznie grzeję, cokolwiek to znaczy ;)))
Na zakończenie wspomnę, że naszyjnik wymieniony na wisiorek, był tylko jednym z wielu prezentów, które wywiozłem ze Starego Sadu - nawiązane znajomości, wspaniałe wspomnienia, masa zdjęć, szydełkowy dzik, cała głowa planów i projektów oraz miseczka Bastet.
Potajemnie wywiozłem też kilka marnych reprodukcji zdjęć, których nie zawaham się opublikować w lepszej rozdzielczości, w przypadku nie spełnienia żądań ;>
Coś powoli zaczyna ruszać, w tej naszej kulturze ;DDD
1. Po pierwsze i najważniejsze, już w przyszły piątek, będzie miała premierę, kolejna płyta mojej ulubionej, ukochanej, uwielbianej Kaśki Nosowskiej, zatytułowana po prostu "8".
Byłem chyba w ostatniej klasie podstawówki, gdy mój brat przywlókł do domu pierwszą (jeszcze wtedy) kasetę "Hey'a".
Szybko znudził się jej brzmieniem, natomiast ja zacząłem słuchać jej na okrągło.
Wszystkie kolejne płyty i single zespołu, czy też solowe, kupowałem samodzielnie. Braciak dał sobie spokój, zatrzymując się gdzieś na etapie Lady Pank.
Generalnie za poezją nie przepadam (męczą mnie te wszystkie metafory i przenośnie).
Jednakże teksty tej kobiety, trafiają idealnie w moje serce i umysł, a każda kolejna płyta (może z wyjątkiem mariażu z Osiecką) jest moim zdaniem coraz lepsza.
2. Tego samego dnia, na ekrany kin wchodzi animacja twórców rewelacyjnego filmu "Piotruś i wilk".
Tytuły kolejnego dziełka są różne:
"Latająca maszyna", "Magiczny fortepian", "Latająca maszyna Chopina".
Był na tapecie Prokofiew, teraz jest Chopin (przynajmniej w tytule).
3. W przyszły weekend, w Białymstoku odbędzie się festiwal up2d8 - czytaj up to date.
Raczej mnie tam nie będzie, bo raz, że za daleko, mimo że jedno z moich ulubionych miast, dwa, że będę wtedy w pracy.
Wspominam o nim tylko dlatego, bo podoba mi się film promocyjny ;)))
Specjalnie dla Doro, która mentalnie ciągle tkwi w pierwotnym oceanie, wybrałem piosenkę z rejonu, w którym nabawiła się ciężkiej choroby, zwanej melancholią ;)
Może pani łowiąca flądry szpilkami oraz panowie pławiący się w skarpetach, zdołają wyrwać ją z powszechnego marazmu i degrengolady ;D
Teledysk ma jedną zasadniczą wadę - mógłby trwać ze dwie minuty krócej.
Natomiast niewątpliwą zaletą jest operowanie stonowaną paletą barw.
Jestem, pędzę, zaraz będę :D a raczej już jestem z powrotem, bo mam się dobrze :P
Po ponad 2 miesięcznej przerwie powracam na hadesowe poletko :) z nowościami, ploteczkami i kolejnymi słodkimi opowieściami o hadesie, rozlewające miody na jego serce i nie tylko (które za wszelką cenę stara się zniwelować do minimum, a Ja nie pozwolę tak bardzo bajerować czytelników) ;] z racji, że sam emocjonalną istotą jestem, więc i te emocje najbardziej dostrzegam, które mimowolnie i bez mej ingerencji wyciągam - a raczej same one wychodzą - w szczególności od starszaków - bo jak tu nie zaopiekować się takim słodkim i pustym maleństwem, mającym metr pięćdziesiąt w kapeluszniku ;]
Przez ostatnie 2 miesiące, miałem przyjemność znów wiele czasu spędzić w towarzystwie Freak'a... Były to chwile przepełnione w momenty jak i przełomowe w naszej relacji, tak i kooperacji, która dostała oficjalnej nazwy Ham&Kid, czy jak kto woli Załoga Dzi&Dzi (czyli Dzidzia & Dziadziu), o której obydwoje napisaliśmy tu i tu... Spotkaliśmy się w tym czasie w czterech różnych miejscach, rozsianych po różnych zakątkach Polski (północ- południe), co doprowadziło do rozwinięcia skrzydeł przyjaźni oraz samego faktu wspólnego tworzenia, a aura otoczenia, tylko sprzyjała całemu rozwojowi akcji :) ale o tym napiszę w kolejnych odcinkach Pinku - by od razu nie wylewać kawy na ławę ;] Kto by pomyślał, że przypadkowa znajomość i współpraca, która miała początkiem posłużyć tylko do mego aktowego warsztatu przy egzaminach, doprowadzi do poważnych planów współpracy, która w końcu zaczyna się krystalizować... Plany są dość ambitne- wymagające zaangażowania i pracy z obu stron...
Hades Dziaduszek, faktycznie prywatnie jest... dziaduszkiem, i to w każdym aspekcie tego słowa ;] nie mówię tego tylko dlatego, że podczas biegów leśnych dostawał zadyszki, narzekał na zmęczenie wymawiając słowa rozlazłym głosem (daleko jeszcze???), burczenie w brzuchu, radosne pierdzenie, komary, ubierał się dość ubogo w rozciągniętym i rozlazłym swetrze, przemierzając miasto w czarnej, wełnianej czapce, lub zarośnięty niczym cap (od stóp do głów- łół) można mu było dodać +20, do wieku w którym obecnie panuje, a podczas korzystania z toalety, a raczej krzaczka, nie było słychać jednostajnego siiiiiiiik, a sik sik sik, sikkkk sik sik... Ale głównie dlatego, że dał mi się poznać ze strony... ojcowskiej! Różnica wiekowa faktycznie przekracza lat grubych kilka, a sam hds, wyzwolił z siebie instynkty rodzicielskie... Opowiadając ciekawostki z historii okolicy w których się poruszaliśmy, powracał myślami wstecz - by swoim życiowym doświadczeniem pokazać swoją drogę jaką przebył, by stać się takim a nie innym człowiekiem, błyskał wiedzą z zakresu różnych dziedzin, dając wiele rad Starszego Pana, no i co najbardziej mnie uderzyło - pokazanie swojej natury opiekuńczego... Tatina ;] Tatina który pokazuje dziecku jak się pływa, jak się wiosłuje, jak się nawiguje łódką, jak rozpoznać w terenie która może być godzina, jak zrobić węzeł, poznać zwierzaka po tropie itd itp... to tak z grubsza :) ale szczegóły również w innym odcinku pinkowego emocjonalnego...
kooperacja Ham&Kid przynosi nie tylko pierwsze efekty pracy wizualnej - tutaj szkic ,,Rapture In The Morning", o którym napisałem więcej u siebie, będącym preludium tego, czego można się po nas spodziewać - ale chyba wpływem jednego na drugiego w codzienności i podejściu do pewnych aspektów relacji, funkcjonowania i codzienności ;] uzupełniając swoje braki wzajemnie - choć ode mnie niewiele można się nauczyć - poza cierpliwością, wylewnością czy jak tutaj opieką - przykładem może być kilkudniowa dieta wegetariańska hds'a (bo jak wiadomo nie jem od 11 lat wszystkiego co na mnie się patrzy oczami), czy zrzucenie przez Niego kilku kilogramów (bo napatrzył się na wychudzone ciało K.I.M.'a) lub uzewnętrznienie więcej ciepłych pokładów emocjonalnych (pisząc chwilami więcej miłych słów na forum- bez ciętych ripost)... Ja sam zacząłem ćwiczyć, biegać, rzuciłem palenie, co uwarunkowało przybyciu kilku kilogramów w masie mięśniowej - głównie właśnie hades mnie do tego zmotywował swoimi opowieściami no i samo patrzenie na niego sprawia, że człowiek popada w jeszcze większe kompleksy niż posiada ;] zmieniłem garderobę na nieco więcej niż czerń, i zaprzestałem za bardzo przejmować się opinią otoczenia wobec swojego pląsu - nie zważając na krytykę, jeśli jest bezpodstawna... ale jeszcze długa droga przede mną, by stać się ,,małym hadeskiem"- bo jest to główny cel Freaka - by uplastycznić mnie na swój obraz i podobieństwo ha ha ha ha jak na razie efekt jest mizerny, ale podobno widzi światło w tunelu ;P
Na zakończenie bezproduktywnego ślinotoku, zdjęcie podesłane mi anonimowo na maila... Zostaliśmy z Hadesem ukradkowo przyłapani w naszej melinie, na obmyślaniu planów kooperacyjnych oraz zmieniania świata na bardziej pozytywny... Autor zagroził słowami kilkoma oraz wielkim uśmiechem na twarzy :P
dedykacja muzyczna sprowokowana poprzez samego hds'a, który nakarmił mnie w wolnym czasie, podczas mych oględzin w sławnym z opowiadań ,,kurniku" (gdzie miałem przyjemność podpatrzeć jego wyczyny w pracy - kolejny szok który przeżyłem - widząc Go w całkiem innej roli)
Anu a ja pożyczam miłego weekendu i mam nadzieje, że znów będzie mi się tu mile pisało piątku każdego :) fajnie było tu powrócić :D
Studiując zaocznie, miałem masę wolnego czasu.
Żeby jakoś rozerwać bombardowany wiedzą umysł, zarobić na suche bułki z serem i piwo, konsumowane podczas zjazdów, a także nie dać sflaczeć wątłemu wówczas ciałku, zatrudniłem się jako robotnik fizyczny.
Praca od poniedziałku do piątku, w trybie ośmiogodzinnym, niedaleko miejsca zamieszkania, zatem dojeżdżałem rowerem.
Przez cały rok, prowadziliśmy generalny remont kotłowni, na Fermie Tuczu Trzody Chlewnej.
Olbrzymie piece CO, zsypy węglowe, taśmociągi, miały dokumentnie wyprute wnętrza i wstawione nowiuśkie.
Wyobraźcie sobie masowego pochłaniacza książek, szkolnego kujona i okularnika, wrzuconego w takie środowisko.
Świat szlifierek, młotków, waserwag, śrubokrętów, kluczy francuskich, spawarek oraz... pędzli, stał przede mną otworem.
Do tego szef choleryk, więc trzeba było mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy, skąd i jaki sprzęt ciężki, poleci w waszym kierunku, rzucony dla odreagowania spierdolonej właśnie robótki ręcznej.
Wbrew pozorom, nie żałuję ani jednej chwili, spędzonej w pyle, smrodzie, ciemnościach, zimnie lub upale.
Dzięki tej pracy, nie jestem całkowitą sierotą, nie potrafiącą poradzić sobie z gwintami, zaworami, czy gniazdami elektrycznymi.
Jednak najważniejszą nauką, wyniesioną z tego okresu jest szacunek dla zwykłego robola oraz tego czym się zajmuje.
Podczas jednego z Pink Friday'ów, Kimon wygadał się przed oficjalną prezentacją, że podarowałem mu własnoręcznie wydzierganą małpkę.
Byłem w wielkim szoku, gdy zachwyt nad nią, okazała Doro ze Starego Sadu.
Od słowa do słowa, ugadaliśmy się na transakcję wiązaną, czyli ona robi mi cynamonowo-labradorytowy naszyjnik, a dla niej będzie zawieszka w podobnym klimacie.
Kolejny szok nastąpił, gdy zażyczyła sobie... ośmiornicę, bo spodziewałem się kotka (odrobinę przeprojektowałbym małpkę, zmieniając uszy oraz ogon i robota z głowy).
Głowonóg to już poważna sprawa.
Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił maleńkiego psikusa, zatem morski mięczak, zmutował razem z sierściuchem w Octopussycat, zwaną swojsko Kociornicą.
Czasu na takie robótki mam niewiele, ale dzięki temu mogłem prezentować Wam kolejne tajemnicze etapy tworzenia (tutaj oraz tutaj).
Małpka jest szybkim i bezbolesnym dzieckiem (owocem jednego, upojnego wieczoru), natomiast drapieżna Kociornica, rodziła się w bólach i mękach (te wszystkie zawijasy, kropeczki, otwory - masakra).
Ostatecznie jestem dumny z kolejnego bachora, tym bardziej że cudnie podkreśla zjawiskową urodę, płomiennowłosej właścicielki.
Uroczysta wymiana, nastąpiła podczas artystycznych warsztatów, w których miałem przyjemność uczestniczyć pod koniec lipca, przy okazji osobiście poznając masę fantastycznych ludzi.
Chyba mam jakąś chorobę mózgu, bo strasznie miły się zrobiłem ;D
Być może w nieokreślonej przyszłości, skrobnę kilka zdań na temat tego: co, jak, dlaczego, po co, z kim się tam działo?
Natomiast obszerną relację, możecie sobie przeczytać w tych kilku wpisach, zamieszczonych na blogu organizatorki.
Na zakończenie prezentuję jeden z dorowych prezentów zwrotnych.
Na zdjęciu smaży się na plaży, z kolei dumnie prezentuje się na mojej brudnej szyi, w towarzystwie wisiorkowych zwierzaków na ichnich właścicielach, na jednym ze zdjęć w tym wpisie.
Jeszcze smutna wiadomość.
Czarny Marian urwał niedawno kościanej małpce ogon i gdyby nie zaokrąglone uszy, to wyglądałaby jak kot.