Żeby jakoś rozerwać bombardowany wiedzą umysł, zarobić na suche bułki z serem i piwo, konsumowane podczas zjazdów, a także nie dać sflaczeć wątłemu wówczas ciałku, zatrudniłem się jako robotnik fizyczny.
Praca od poniedziałku do piątku, w trybie ośmiogodzinnym, niedaleko miejsca zamieszkania, zatem dojeżdżałem rowerem.
Przez cały rok, prowadziliśmy generalny remont kotłowni, na Fermie Tuczu Trzody Chlewnej.
Olbrzymie piece CO, zsypy węglowe, taśmociągi, miały dokumentnie wyprute wnętrza i wstawione nowiuśkie.
Wyobraźcie sobie masowego pochłaniacza książek, szkolnego kujona i okularnika, wrzuconego w takie środowisko.
Świat szlifierek, młotków, waserwag, śrubokrętów, kluczy francuskich, spawarek oraz... pędzli, stał przede mną otworem.
Wbrew pozorom, nie żałuję ani jednej chwili, spędzonej w pyle, smrodzie, ciemnościach, zimnie lub upale.
Dzięki tej pracy, nie jestem całkowitą sierotą, nie potrafiącą poradzić sobie z gwintami, zaworami, czy gniazdami elektrycznymi.
Jednak najważniejszą nauką, wyniesioną z tego okresu jest szacunek dla zwykłego robola oraz tego czym się zajmuje.




