czwartek, 15 września 2011

Przodownik pracy - Robotnik fizyczny

Studiując zaocznie, miałem masę wolnego czasu.
Żeby jakoś rozerwać bombardowany wiedzą umysł, zarobić na suche bułki z serem i piwo, konsumowane podczas zjazdów, a także nie dać sflaczeć wątłemu wówczas ciałku, zatrudniłem się jako robotnik fizyczny.

Praca od poniedziałku do piątku, w trybie ośmiogodzinnym, niedaleko miejsca zamieszkania, zatem dojeżdżałem rowerem.
Przez cały rok, prowadziliśmy generalny remont kotłowni, na Fermie Tuczu Trzody Chlewnej.
Olbrzymie piece CO, zsypy węglowe, taśmociągi, miały dokumentnie wyprute wnętrza i wstawione nowiuśkie.

Wyobraźcie sobie masowego pochłaniacza książek, szkolnego kujona i okularnika, wrzuconego w takie środowisko.
Świat szlifierek, młotków, waserwag, śrubokrętów, kluczy francuskich, spawarek oraz... pędzli, stał przede mną otworem.
Do tego szef choleryk, więc trzeba było mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy, skąd i jaki sprzęt ciężki, poleci w waszym kierunku, rzucony dla odreagowania spierdolonej właśnie robótki ręcznej.
Wbrew pozorom, nie żałuję ani jednej chwili, spędzonej w pyle, smrodzie, ciemnościach, zimnie lub upale.
Dzięki tej pracy, nie jestem całkowitą sierotą, nie potrafiącą poradzić sobie z gwintami, zaworami, czy gniazdami elektrycznymi.
Jednak najważniejszą nauką, wyniesioną z tego okresu jest szacunek dla zwykłego robola oraz tego czym się zajmuje.

wtorek, 13 września 2011

Wieśniacki artycha - Kociornica

Podczas jednego z Pink Friday'ów, Kimon wygadał się przed oficjalną prezentacją, że podarowałem mu własnoręcznie wydzierganą małpkę.
Byłem w wielkim szoku, gdy zachwyt nad nią, okazała Doro ze Starego Sadu.
Od słowa do słowa, ugadaliśmy się na transakcję wiązaną, czyli ona robi mi cynamonowo-labradorytowy naszyjnik, a dla niej będzie zawieszka w podobnym klimacie.
Kolejny szok nastąpił, gdy zażyczyła sobie... ośmiornicę, bo spodziewałem się kotka (odrobinę przeprojektowałbym małpkę, zmieniając uszy oraz ogon i robota z głowy).
Głowonóg to już poważna sprawa.
Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił maleńkiego psikusa, zatem morski mięczak, zmutował razem z sierściuchem w Octopussycat, zwaną swojsko Kociornicą.

Czasu na takie robótki mam niewiele, ale dzięki temu mogłem prezentować Wam kolejne tajemnicze etapy tworzenia (tutaj oraz tutaj).

Małpka jest szybkim i bezbolesnym dzieckiem (owocem jednego, upojnego wieczoru), natomiast drapieżna Kociornica, rodziła się w bólach i mękach (te wszystkie zawijasy, kropeczki, otwory - masakra).
Ostatecznie jestem dumny z kolejnego bachora, tym bardziej że cudnie podkreśla zjawiskową urodę, płomiennowłosej właścicielki.
Uroczysta wymiana, nastąpiła podczas artystycznych warsztatów, w których miałem przyjemność uczestniczyć pod koniec lipca, przy okazji osobiście poznając masę fantastycznych ludzi.
Chyba mam jakąś chorobę mózgu, bo strasznie miły się zrobiłem ;D

Być może w nieokreślonej przyszłości, skrobnę kilka zdań na temat tego: co, jak, dlaczego, po co, z kim się tam działo?
Natomiast obszerną relację, możecie sobie przeczytać w tych kilku wpisach, zamieszczonych na blogu organizatorki.

Na zakończenie prezentuję jeden z dorowych prezentów zwrotnych.
Na zdjęciu smaży się na plaży, z kolei dumnie prezentuje się na mojej brudnej szyi, w towarzystwie wisiorkowych zwierzaków na ichnich właścicielach, na jednym ze zdjęć w tym wpisie.

Jeszcze smutna wiadomość.
Czarny Marian urwał niedawno kościanej małpce ogon i gdyby nie zaokrąglone uszy, to wyglądałaby jak kot.

niedziela, 11 września 2011

Qltury week 62

Kulturalna bieda trwa, tak jak niekończąca się, tegoroczna komiksowa żenada.
Plakat reklamujący największą komiksową imprezę, pokazuje idealnie co się dzieje.
Szary blok, gadające gacie i robocik z kartonu.

sobota, 10 września 2011

Saturday Zbok Fever 62

Zdjęcie wykonane przez Roba Colgana.

Złota plaża mi się marzy, a także tak obficie wyposażone blondyny, hasające na niej półnagie i lśniące od oliwki ;DDD

czwartek, 8 września 2011

Bizarre Bite 3 - Leczo

Leczo to węgierski odpowiednik polskiego bigosu, czyli kuchenny śmietnik, ugotowany z tego co akurat było pod ręką, z zachowaniem odpowiedniej podstawy (bigos - kapusta, leczo - papryka).
Jesienią jest to główne paliwo żerne, którym odżywiamy się z Pankiem.
Gotujemy tego pełen gar i pochłaniamy przez kolejny tydzień, popiardując radośnie po kątach.
Generalnie leczo odmienia się przez wszystkie gospodynie, czyli co kuchnia, to inny sposób wykonania. Dlatego nawet nie próbuję przedstawić jedynej właściwej wersji, bo taka chyba już nie istnieje.

LECZO

Składniki:
1 kg papryki czerwonej,
0,5 kg pieczarek,
2 duuuże cebule,
pęto kiełbasy,
średni słoiczek koncentratu pomidorowego,
100 ml wody,
oliwa (olej),
ostra papryka (przyprawa).


Czas przygotowania: około 1 godzina.

Sposób przygotowania:
W odpowiednio dużym garze, podsmażamy na oliwie kawałki papryki, aż puszczą pierwszy soczek. Następnie dodajemy wodę i dusimy pod przykryciem, na małym ogniu.
W międzyczasie podsmażamy pieczarki, później wrzucamy do gara, kiełbasę i do gara oraz cebulę krojoną w "piórka" - do gara.
Składniki kroję na dość duże kawałki, gdyż lubię czuć, co trzymam w pyszczku.
Gdy wszystko, wspólnie dusi się w naczyniu, dodaję koncentrat pomidorowy, wymieszany z ostrą papryką, tak żeby cała potrawa była odpowiednio (w zależności od preferencji) ostra.
Solić nie trzeba, gdyż sama kiełbasa jest dostatecznie słona.

Jeszcze chwilę bulgocimy leczo i właściwie możemy je nakładać na talerze wygłodniałych gości.
Oczywiście o wiele lepiej smakuje, gdy wszystkie składniki "przejdą się" nawzajem, czyli na drugi-trzeci dzień, po uprzednim schłodzeniu (zmrożeniu) i kolejnym zagrzaniu.

Jó étvágyat!

wtorek, 6 września 2011

Fafik's travels 19 - USA. Ann Arbor

Leciałem, leciałem, wreszcie dotarłem na miejsce.

Być może spodziewaliście się widoków nowojorskich drapaczy, słonecznej Florydy, dzikiej Alaski, wietrznego San Francisco, Wielkiego Kanionu lub niezmierzonej, trawiastej prerii.

Nic z tego.

Tak jak zapowiedziałem, wizyta w Stanach była krótka, a wiązała się z konferencyjnymi występami na University of Michigan.

Kampus uniwersytecki znajduje się w Ann Arbor.
W USA byłem po raz pierwszy, zatem nie mam porównania, jednakże oglądam wiele amerykańskich filmów i jedyne co mogę powiedzieć o tym mieście, to tylko tyle, że nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych.
Ot sieć ulic, budynków, stacji paliwowych i marketów.

Specjalnie dla Panka sfotografowałem się przy Wolverine Tower.

Jemu ta nazwa kojarzy się tylko z komiksowym bohaterem, natomiast przeciętnemu hamerykaninowi z futrzastym zwierzakiem.

That's all Folks!

niedziela, 4 września 2011

Qltury week 61 czyli Black & White. Niepoprawny komiks i animacja

Kulturalny sezon ogórkowy jeszcze się nie skończył, zatem zostałem poproszony przez Panka o małą agitkę.
Z racji tego, że za oknami raczej cały czas szaro, buro i ponuro, kto ze stolycy lub okolicy, albo przejazdem, niech koniecznie wstąpi do Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Naszukałem się go jak głupi, bo wciśnięte toto między Hotel Intercontinental, a budowany wieżowiec Libeskinda (bynajmniej gdzieś w tym fyrtlu), jednak było warto!

Otóż jeszcze tylko niecałe pół miesiąca (do 18 września) odbywa się tam wystawa - Black & White. Niepoprawny komiks i animacja.

Kolejny to raz, próbuje się wbić temu narodu (przepraszam NARODOWI), że jedno i drugie nie som tylko dla dzieci.


Wystawa nie jest duża.
Myślę, że poświęcając całą uwagę wszystkim wyświetlanym filmikom oraz prezentowanym grafikom (w antyramach, na ścianach, czy szkle), a także pobieżnie kartkując "zakazane" komiksy, można bardzo miło spędzić jakąś godzinkę, chroniąc się przykładowo przed deszczem pod dachem i to za totalną darmoszkę.

Najwięcej radochy sprawiła mi salka, wymalowana specjalnie przez Marka Raczkowskiego.
Szczególnie jednego obrazka warto poszukać, bo łatwo go z racji położenia przegapić.

Kwintesencja Raczkowskiego ;DDD
Bezlitośnie jeździ po nadętym ego Polaków, jak na łysej kobyle.

Powiem Wam w sekrecie, że jak rzadko kiedy, musiałem chronić Panka przed popełnieniem jednego z grzechów głównych.
W jednej z sal, na stoliku, leżała sterta różnych komiksów, wśród których spoczywał TEN KOMIKS!!!
Gdy go Panek zauważył, zrobił się niespokojny, oczy dostał rozbiegane, ręce spocone i roztrzęsione, w kąciku ust zalśniła stróżka śliny.
Ojojoj...
Niezbyt dobrze to wróżyło.
Musiałem stanąć tuż przy książce

warcząc, szczekając i groźnie szczerząc zęby, wybić mu z pustej, uzależnionej łepetyny głupie myśli.
Było ciężko, ale wreszcie odszedł, strzelając megafocha.
Później na spokojnie przejrzałem rzeczone dziełko i wiecie co?
Nie wiem czemu, zrobiono z tego taką sensację.
Widziałem u Panka na półkach o wiele "gorsze" rzeczy.

Zatem jeśli nie macie co ze sobą zrobić, będąc akurat w Warszawie, to idźcie do MSN, tym bardziej, że jest niedaleko Dworca Centralnego.
Po co czekać na wiecznie opóźnione pociągi w hałasie i smrodzie?