Zatem wszystkiego NAJ Drogie Panie!!!
foto - Kuba Łakomy
Zatem wszystkiego NAJ Drogie Panie!!!
foto - Kuba Łakomy
Od zawsze fascynowały mnie świetliste festiwale, gdzie ogień gra główną rolę. Noc Kupały (skakanie przez ognisko, puszczanie wianków, poszukiwanie kwiatu paproci), Adwent (odpalanie czterech świec co tydzień, wieczorne roraty z lampionami), Święto Zmarłych (masowe zapalanie zniczy na grobach), żydowska Chanuka (dziewięcioramienny świecznik), hinduskie Diwali, czy azjatyckie święta lampionów i wiele innych. Dzisiaj obchodzimy chińskie Yuanxiao, podczas którego w pierwszą pełnię nowego roku, zapala się czerwone latarnie.
Z racji tego, że ostatnio w jednym terminie nagromadziło się u mnie ptasich trucheł, pomyślałem sobie że zrobię im przy okazji tego święta pochówek nad jeziorem, robiąc też z nich magiczne totemy, strzegące granic posiadłości.
Zrobiłem z nich mumie. Najpierw ich ciała zabandażowałem, nogi obwiązując czerwoną włóczką, a na piersi ułożyłem szkaplerze z muszli św. Jakuba i jednogroszówek.
Później je całościowo zawoskowałem, a na koniec zagipsowałem przez co wyglądały jak... szynki.
Przez całą noc leżakowały jeszcze przed taty portretem pogrzebowym, z położonymi na nich agatem, kryształem górskim oraz srebrną monetą, by po zmroku, w świetle księżycowej pełni, ostatecznie spocząć w grobach. Kawka strzegąca drogi dojazdowej, jastrząb spoczął od strony lasu, natomiast czapla pilnuje ścieżki nad jezioro. Na ostatniej stronie usytuowany jest zwierzęcy cmentarz.
Z depresją tańcuję od ponad dekady, więc już zdążyłem się przyzwyczaić do jej wygibasów i to nie będzie kolejny wpis z serii jak mi źle i chujowo, bo starając się spojrzeć z boku oraz obiektywnie, to wcale tak nie jest, tylko percepcja rzeczywistości jest zupełnie inna. Potrafię się z niej śmiać, ale to nie jest śmiech przez łzy, tylko totalnie czarny gęsty i cuchnący jak smoła humor, gdzie rzucając żartem, który mnie bawi, spotykasz się z reakcją w stylu WTF, albo ejjjjjj.... nie wolno z tego żartować. Czas gdzie miotałem się zupełnie zanurzony w mule, nie wiedząc gdzie góra, gdzie dół, gdzie przód, a gdzie tył, mam nadzieję że kompletnie przeminął. Obecnie pływam w wodzie, czasem mętnej, czasem przejrzystej, a jej nurt bywa rwący. Grunt, że potrafię już rozpoznawać pierwsze symptomy tąpnięcia i odpowiednio wcześnie na nie reagować.
Zgodnie z prognozami żyćko nabrało takiego tempa, że serio nie mam czasu na skrobanie postów, czy wręcz czytanie tych jeszcze publikowanych. Ba!!! Nawet na komiksiki średnio go styka, więc choć ograniczenia zakupowe wdrożone, to hałda wstydu powoli zmienia się w górotwór. W minioną sobotę zamiast moich ulubionych Złotych Kurczaków, odbyły się pierwsze Podziemne Kocury, w tym samym miejscu i formule. Jednym z zakupionych tam zinów jest kolejny stworzony przez Anię Krztoń, której twórczość bardzo lubię i cenię za autobiograficzne wiwiseksje, podane w ironiczno-nostalgicznym sosie z dużą dawką humoru.W moim życiu pojawiały się różne zwierzaki. Na początku były rybki, ale pamiętam je jak przez mgłę, bo byłem bardzo mały.
Następnie pojawił się pies, którego wspólnie z bratem i tatą wybraliśmy z całego miotu szczeniaków. Przygarnęliśmy akurat jego, bo miał na czole brązowe jajko. Na samym początku zafundowaliśmy mu istną karuzelę z imieniem, gdyż najpierw otrzymał Maksiu i jak już się do niego przyzwyczaił, to ojcu się odwidziało i zaczął do niego wołać Dolar i tak zostało, ale żeby nie było tak łatwo, to zdrobnienie od niego jest... Cent... tego już nie dał rady ogarnąć. Dolar był kundelkiem schodowo-domowym, czyli zazwyczaj miał swój kojec przed drzwiami mieszkania na klatce schodowej, a sporadycznie mógł przychodzić do mieszkania. Pieskiem był stadnym i terytorialnym, zatem dla swoich był milusi, natomiast obcych obszczekiwał, a nawet kąsał po łydkach, z tego powodu koledzy przychodzący do mnie w odwiedziny, musieli popisać się dość akrobatycznymi umiejętnościami. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zatem na półpiętrze (do tego miejsca Dolar wyznaczył swój areał) wdrapywali się na poręcz i albo wdrapywali się po niej, żeby ich bestia nie dosięgnęła, albo kijkiem sięgali do dzwonka. Do tego ganiał wszelkie zwierzaki i zdarzyło mu się zagryźć kilka kur, uwielbiał gonić wszelakie pojazdy, jednak pewnego razu przeszarżował i wpadł pod koło traktora. Na szczęście skończyło się na poturbowaniu prawej tylnej łapy, zatem od tego czasu sprawnie biegał na trzech, a ta była chroma. Kochałem go mocno!!! Niestety pewnego razu jeden z sąsiedzkich dzieciaków go szczuł, więc ten go ugryzł, zrobiła się chryja i Dolar został uśpiony. Ten dzień utkwił mi w pamięci na zawsze! Uważałem, że nasz kundelek został potraktowany niesprawiedliwie! Owszem! Był nadreaktywny, bo po prostu nikt go niczego nie nauczył (takie beztroskie czasy). Został ewidentnie sprowokowany przez gówniaka, a rany jako takiej nie było, tylko ślad po zębach. Gdy tato go zabrał, łudziłem się że po prostu gdzieś go wywiózł i nigdy nie pogodziłem się z jego uśpieniem. Nawet nie wiem gdzie został pochowany.
Kolejna była chomiczka, której imienia nie pamiętam, ani nie mam żadnego zdjęcia. Mieszkała w akwarium przykrytym grubą sklejką, na której położony był cylider silnikowy, a to i tak nie powstrzymywało jej przed namiętnym uciekaniem. Kiedyś podpatrzyłem jak to robi. Wchodziła na dach swojego domku i wspinając się dosłownie na palce, milimetr po milimetrze przesuwała pyszczkiem tą ciężką konstrukcję, aż szpara stawała się na tyle szeroka, że mogła przez nią się przecisnąć, podciągając się wcześniej na przednich łapkach. Na szczęście nie robiła na gigancie żadnych szkód, tylko chowała się zawsze w to samo miejsce. Robiła sobie gniazdko w wacie szklanej izolującej kuchenkę gazową... Chyba nie było to zbyt zdrowe, bo po kilku latach zdechła. Była zima, ziemia zmrożona, więc ukryłem jej ciało w stercie gałęzi, pod płotem po pałacowego parku. Jak przyszła wiosna i chciałem ją godniej pochować, z przyczyn oczywistych nie znalazłem trupa.
Po jej śmierci płakałem tak mocno, że babcia Irena będąca akurat u nas w gościnie, dała mi pieniądze na kolejnego pupila. Tym razem podszedłem do tematu bardzo świadomie oraz racjonalnie. Przewertowałem masę różnych hodowlanych przewodników, rozważając różne gatunki zwierząt, aż padło na papużki nierozłączki. Po pierwsze dlatego, że są ładne. Po drugie nie wymagają jakiejś nadmiernej opieki, więc jak mają pełny karmnik i poidełko, to mogą tak sobie funkcjonować bez opiekuna prze kilka ładnych dni. Po trzecie trzymając je w parach, tym bardziej nie potrzebny im jakoś specjalnie ludzki partner, bo zajmują się same sobą. Po czwarte wziąłem też pod uwagę średnią życia zwierzaków, no i nauka wskazywała, że akurat te papugi żyją około 8 lat, czyli akurat skończę podstawówkę i szkołę średnią, a jak pójdę na studia, to nie będę musiał kombinować nad ich opieką. W ten oto sposób do białej klatki trafiła parka - Punia i Zipo. Życie zweryfikowało te ambitne plany. Dość szybko, w przeciągu kilku tygodni Zipo zadziobał Punię, którą pochowałem na RODos obok ławeczki. Myślałem, że ten morderca dość szybko kipnie bez drugiej połówki, a ten zamiast ośmiu książkowych lat, przekroczył termin przydatności do życia o następne 10 lat!!! Zatem wyprowadzając się po studiach i okresie nieróbstwa do Bydgoszczy za pracą, musiałem ją zabrać ze sobą do wielkiego miasta. Wstyd się przyznać, bo już dawno straciłem do niej cierpliwość i pragnąłem jej rychłego odejścia w zaświaty, wystawiając ją na niekorzystne warunki atmosferyczne jak np. przeciąg w mieszkaniu, ale to chyba ją jeszcze bardziej uodparniało. Jej zgon ze starości przyjąłem z ulgą, a truchło pochowałem pod wielkim dębem, rosnącym na daczy nad jeziorem, dając początek rodzinnemu "pet sematary". Po jej odejściu stwierdziłem, że raczej wyrosłem z posiadania zwierząt, bo będąc już ukształtowanym wolnościowcem i opiekując się wcześniej różnymi zwierzętami, wiedziałem ile czasu, energii oraz obowiązków wiąże się z byciem opiekunem.Jestem przegrywem!!!
Czasem nachodzą mnie takie myśli, które wydaje mi się, że nie są związane ze zniżką nastroju, tylko obserwacją ludzi wokół.
Nie jest łatwo starać się żyć alternatywnie według własnych zasad, a nie tych dyktowanych przez społeczny dyskurs. Nawet jeśli masz wyjebane na ten współczesny dobrostan, to i tak znajdą się "życzliwi", którzy dziwią się wielce i dają "dobre" rady. Jednak najgorzej bywa, gdy najbliżsi starają się w dobrej wierze umeblować egzystencję.
Zdarza mi się rozmyślać jak wyglądałoby moje żyćko, gdybym na rozdrożach poszedł inną ścieżką? Został leśniczym, albo nauczycielem, założył rodzinę, gromadził dobra lub zwiedzał świat... Gdybym słuchał siebie, a nie kogoś bliskiego, bo jestem jak to pokorne cielę żrące trawsko tam gdzie pastuszek wskazuje. Krowy w stadzie upasione, ta ma lepsze korytko, inna bardziej lśniące futro, ładnej brzęczący dzwonek. Łąka pachnąca ziołami, niczego nie brakuje, brzuch pełen, słonko miło przygrzewa i choć wewnętrzy wilk wyje wzywając w leśną głuszę, to mościsz sobie kawałek obory po swojemu, bo lękasz się zmian.