niedziela, 8 marca 2026

International Women's Day

Dzisiejszy SZF ciut spóźniony nawet podwójnie, bo primo w niedzielę z okazji Dnia Kobiet, a po drugie pierwszy w tym roku, gdyż autentycznie czasu na skrobanie postów nie styka. 

Zatem wszystkiego NAJ Drogie Panie!!!

foto - Kuba Łakomy 

wtorek, 3 marca 2026

Yuanxiao

Od zawsze fascynowały mnie świetliste festiwale, gdzie ogień gra główną rolę. Noc Kupały (skakanie przez ognisko, puszczanie wianków, poszukiwanie kwiatu paproci), Adwent (odpalanie czterech świec co tydzień, wieczorne roraty z lampionami), Święto Zmarłych (masowe zapalanie zniczy na grobach), żydowska Chanuka (dziewięcioramienny świecznik), hinduskie Diwali, czy azjatyckie święta lampionów i wiele innych. Dzisiaj obchodzimy chińskie Yuanxiao, podczas którego w pierwszą pełnię nowego roku, zapala się czerwone latarnie.

Z racji tego, że ostatnio w jednym terminie nagromadziło się u mnie ptasich trucheł, pomyślałem sobie że zrobię im przy okazji tego święta pochówek nad jeziorem, robiąc też z nich magiczne totemy, strzegące granic posiadłości. 

Zrobiłem z nich mumie. Najpierw ich ciała zabandażowałem, nogi obwiązując czerwoną włóczką, a na piersi ułożyłem szkaplerze z muszli św. Jakuba i jednogroszówek. 

Później je całościowo zawoskowałem, a na koniec zagipsowałem przez co wyglądały jak... szynki.

Przez całą noc leżakowały jeszcze przed taty portretem pogrzebowym, z położonymi na nich agatem, kryształem górskim oraz srebrną monetą, by po zmroku, w świetle księżycowej pełni, ostatecznie spocząć w grobach. Kawka strzegąca drogi dojazdowej, jastrząb spoczął od strony lasu, natomiast czapla pilnuje ścieżki nad jezioro. Na ostatniej stronie usytuowany jest zwierzęcy cmentarz.

poniedziałek, 23 lutego 2026

W kryzysie

Z depresją tańcuję od ponad dekady, więc już zdążyłem się przyzwyczaić do jej wygibasów i to nie będzie kolejny wpis z serii jak mi źle i chujowo, bo starając się spojrzeć z boku oraz obiektywnie, to wcale tak nie jest, tylko percepcja rzeczywistości jest zupełnie inna. Potrafię się z niej śmiać, ale to nie jest śmiech przez łzy, tylko totalnie czarny gęsty i cuchnący jak smoła humor, gdzie rzucając żartem, który mnie bawi, spotykasz się z reakcją w stylu WTF, albo ejjjjjj.... nie wolno z tego żartować. Czas gdzie miotałem się zupełnie zanurzony w mule, nie wiedząc gdzie góra, gdzie dół, gdzie przód, a gdzie tył, mam nadzieję że kompletnie przeminął. Obecnie pływam w wodzie, czasem mętnej, czasem przejrzystej, a jej nurt bywa rwący. Grunt, że potrafię już rozpoznawać pierwsze symptomy tąpnięcia i odpowiednio wcześnie na nie reagować.

Zgodnie z prognozami żyćko nabrało takiego tempa, że serio nie mam czasu na skrobanie postów, czy wręcz czytanie tych jeszcze publikowanych. Ba!!! Nawet na komiksiki średnio go styka, więc choć ograniczenia zakupowe wdrożone, to hałda wstydu powoli zmienia się w górotwór. W minioną sobotę zamiast moich ulubionych Złotych Kurczaków, odbyły się pierwsze Podziemne Kocury, w tym samym miejscu i formule. Jednym z zakupionych tam zinów jest kolejny stworzony przez Anię Krztoń, której twórczość bardzo lubię i cenię za autobiograficzne wiwiseksje, podane w ironiczno-nostalgicznym sosie z dużą dawką humoru.

czwartek, 29 stycznia 2026

Domowi pupile

W moim życiu pojawiały się różne zwierzaki. Na początku były rybki, ale pamiętam je jak przez mgłę, bo byłem bardzo mały.

Następnie pojawił się pies, którego wspólnie z bratem i tatą wybraliśmy z całego miotu szczeniaków. Przygarnęliśmy akurat jego, bo miał na czole brązowe jajko. Na samym początku zafundowaliśmy mu istną karuzelę z imieniem, gdyż najpierw otrzymał Maksiu i jak już się do niego przyzwyczaił, to ojcu się odwidziało i zaczął do niego wołać Dolar i tak zostało, ale żeby nie było tak łatwo, to zdrobnienie od niego jest... Cent... tego już nie dał rady ogarnąć. Dolar był kundelkiem schodowo-domowym, czyli zazwyczaj miał swój kojec przed drzwiami mieszkania na klatce schodowej, a sporadycznie mógł przychodzić do mieszkania. Pieskiem był stadnym i terytorialnym, zatem dla swoich był milusi, natomiast obcych obszczekiwał, a nawet kąsał po łydkach, z tego powodu koledzy przychodzący do mnie w odwiedziny, musieli popisać się dość akrobatycznymi umiejętnościami. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zatem na półpiętrze (do tego miejsca Dolar wyznaczył swój areał) wdrapywali się na poręcz i albo wdrapywali się po niej, żeby ich bestia nie dosięgnęła, albo kijkiem sięgali do dzwonka. Do tego ganiał wszelkie zwierzaki i zdarzyło mu się zagryźć kilka kur, uwielbiał gonić wszelakie pojazdy, jednak pewnego razu przeszarżował i wpadł pod koło traktora. Na szczęście skończyło się na poturbowaniu prawej tylnej łapy, zatem od tego czasu sprawnie biegał na trzech, a ta była chroma. Kochałem go mocno!!! Niestety pewnego razu jeden z sąsiedzkich dzieciaków go szczuł, więc ten go ugryzł, zrobiła się chryja i Dolar został uśpiony. Ten dzień utkwił mi w pamięci na zawsze! Uważałem, że nasz kundelek został potraktowany niesprawiedliwie! Owszem! Był nadreaktywny, bo po prostu nikt go niczego nie nauczył (takie beztroskie czasy). Został ewidentnie sprowokowany przez gówniaka, a rany jako takiej nie było, tylko ślad po zębach. Gdy tato go zabrał, łudziłem się że po prostu gdzieś go wywiózł i nigdy nie pogodziłem się z jego uśpieniem. Nawet nie wiem gdzie został pochowany.

Kolejna była chomiczka, której imienia nie pamiętam, ani nie mam żadnego zdjęcia. Mieszkała w akwarium przykrytym grubą sklejką, na której położony był cylider silnikowy, a to i tak nie powstrzymywało jej przed namiętnym uciekaniem. Kiedyś podpatrzyłem jak to robi. Wchodziła na dach swojego domku i wspinając się dosłownie na palce, milimetr po milimetrze przesuwała pyszczkiem tą ciężką konstrukcję, aż szpara stawała się na tyle szeroka, że mogła przez nią się przecisnąć, podciągając się wcześniej na przednich łapkach. Na szczęście nie robiła na gigancie żadnych szkód, tylko chowała się zawsze w to samo miejsce. Robiła sobie gniazdko w wacie szklanej izolującej kuchenkę gazową... Chyba nie było to zbyt zdrowe, bo po kilku latach zdechła. Była zima, ziemia zmrożona, więc ukryłem jej ciało w stercie gałęzi, pod płotem po pałacowego parku. Jak przyszła wiosna i chciałem ją godniej pochować, z przyczyn oczywistych nie znalazłem trupa.

Po jej śmierci płakałem tak mocno, że babcia Irena będąca akurat u nas w gościnie, dała mi pieniądze na kolejnego pupila. Tym razem podszedłem do tematu bardzo świadomie oraz racjonalnie. Przewertowałem masę różnych hodowlanych przewodników, rozważając różne gatunki zwierząt, aż padło na papużki nierozłączki. Po pierwsze dlatego, że są ładne. Po drugie nie wymagają jakiejś nadmiernej opieki, więc jak mają pełny karmnik i poidełko, to mogą tak sobie funkcjonować bez opiekuna prze kilka ładnych dni. Po trzecie trzymając je w parach, tym bardziej nie potrzebny im jakoś specjalnie ludzki partner, bo zajmują się same sobą. Po czwarte wziąłem też pod uwagę średnią życia zwierzaków, no i nauka wskazywała, że akurat te papugi żyją około 8 lat, czyli akurat skończę podstawówkę i szkołę średnią, a jak pójdę na studia, to nie będę musiał kombinować nad ich opieką. W ten oto sposób do białej klatki trafiła parka - Punia i Zipo. Życie zweryfikowało te ambitne plany. Dość szybko, w przeciągu kilku tygodni Zipo zadziobał Punię, którą pochowałem na RODos obok ławeczki. Myślałem, że ten morderca dość szybko kipnie bez drugiej połówki, a ten zamiast ośmiu książkowych lat, przekroczył termin przydatności do życia o następne 10 lat!!! Zatem wyprowadzając się po studiach i okresie nieróbstwa do Bydgoszczy za pracą, musiałem ją zabrać ze sobą do wielkiego miasta. Wstyd się przyznać, bo już dawno straciłem do niej cierpliwość i pragnąłem jej rychłego odejścia w zaświaty, wystawiając ją na niekorzystne warunki atmosferyczne jak np. przeciąg w mieszkaniu, ale to chyba ją jeszcze bardziej uodparniało. Jej zgon ze starości przyjąłem z ulgą, a truchło pochowałem pod wielkim dębem, rosnącym na daczy nad jeziorem, dając początek rodzinnemu "pet sematary". Po jej odejściu stwierdziłem, że raczej wyrosłem z posiadania zwierząt, bo będąc już ukształtowanym wolnościowcem i opiekując się wcześniej różnymi zwierzętami, wiedziałem ile czasu, energii oraz obowiązków wiąże się z byciem opiekunem.

Gdy w rodzinnym mieszkaniu radośnie ćwierkały ptaki, do pracy mojego taty przybłąkał się kot, któremu nadał imię Wiktor i dopiero jak zajrzałem mu pod ogon, zwyrokowałem że to ona, więc została przechrzczona na Wiktorię. Tak jak piesek był pupilem domowo-klatkowym, tak kotka stała się zwierzakiem domowo-piwnicznym, czyli nocowała w piwnicy, a na dzień mogła być w domu. Miała piękne "czeczotowate" umaszczenie i w każdym mocie kociąt (a było ich klika) trafiał się przynajmniej jeden rudzielec. Formalnie nie byłem jej opiekunem, ale bardzo się do niej przywiązałem. Również żyła ponad kocią średnią, a gdy musiała zostać uśpiona, bo zupełnie straciła władzę w tylnych łapach, trzymałem ją do ostatniego tchnienia. Ona jako druga trafiła pod cmentarne drzewo.
Tutaj opowieść o zwierzakach mogłaby dobiec końca, ale nieznane są wyroki boskie. Kiedy tato postanowił zostać pustelnikiem nad jeziorem, sprawił tam sobie istny zwierzyniec. Najpierw przybłąkała się do niego szara kotka Agatka, potem z delegacji przywiózł suczkę Fionę, a te się rozmnożyły. Pierwsze mioty zostały rozdane, a z drugich miotów od kocicy zostały dwa białe kocury:  Leon i Lord, natomiast psią sforę zasiliły Żabka i Shrek.
Pierwszy wykruszył się Leon, zostając uznanym za zaginiętego w akcji, a po nim Lord, z czym wiąże się śmieszno-straszna opowieść. Na początku 2021 roku tato oznajmił, że Lordzik również zaginął. Przyszła wiosna pod koniec której, rodziciel musiał nagle trafić do szpitala, bo mu "wrzód pękł na żołądku", a że miał akurat gości, to postanowiliśmy pod jego nieobecność wysprzątać mu chawirę, bo mówiąc kolokwialnie tytanem czystości tatko nie był. W pewnym momencie z sypialni dobiegł krzyk Andżeliki, gdyż odnalazła ona na wpół rozkładającego się kociego trupa pod łóżkiem. Już wcześniej w domku coś mi śmierdziało, ale z powodu tego wszechobecnego syfu pomyślałem, że to psy naznosiły sobie jakieś stare kości z lasu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił z tej okazji żartu tacie. Zadzwoniłem do niego radośnie oznajmiając, że Lordzik się znalazł, a gdy ten się ucieszył odpowiedziałem, że przez pół roku wiernie leżał pod jego łóżkiem. Pochowałem go w lesie i w sumie dopiero teraz zacząłem się zastanawiać dlaczego nie pod dębem. Pewnie dlatego, że z synami Agaty znaliśmy się tylko z widzenia i nawet nie były specjalnie tulaśne, więc nie miałem do nich żadnych głębszych uczuć, a poza tym ten pochówek gdzie indziej, wpisuje się w casus jego zaginionego brata.
Psiaki choć na pierwszy rzut oka podobne, to każde z nich inne fizycznie i charakterologicznie. Fiona jako przewodniczka stada faktycznie rządzi: pierwsza do jedzenia, pierwsza do brojenia i typowy pies ogrodnika, czyli sama z czegoś nie skorzystam, ale innemu też nie dam, a do tego z obsesją na punkcie piłeczek oraz kopania dziur w ziemi. Myślę, że jest po części autystyczna z ADHD, bo jest wulkanem energii, ale piłkę daje tylko wtedy jak ona chce, a niedajborze jej zabierzesz, to zapamięta i już nigdy nie da. Tak samo jest z pieszczotami, które odbywają się tylko na jej zasadach, bo z jednej strony jest bardzo płochliwa, a z drugiej to bestia o sarnich oczach, nienawidząca innych psów i pierwsza rzucająca się do niesprowokowanego ataku, nawet na dużo większe osobniki. Shrek to takie duże dziecko. Niby głupiutki, ale szybko się uczy podglądając innych. Cholernie zazdrosny o pieszczoty i zawsze się wpycha pod rękę, choć głaskany i miziany jest inny zwierz. Wychowany razem z kotami, podpatrzył u nich, że mruczą jak jest im przyjemnie i na swój sposób też potrafi mruczeć podczas głaskania. Inną podejrzaną u innych sztuczką, że za "buziaki" oraz lizanie też można zarobić głaskanie i widać, że ewidentnie go to brzydzi i całuje na odpierdol, to wie że działa. Żabcia najmniejsza, ostatnia w szeregu i moim zdaniem najsprytniejsza, a przy tym największy pieszczoch z całej trójki. Najlepiej jakby ją non stop głaskać i trzymać na kolanach, gdzie spała jak kot. Niestety zginęła jak tacie spłonął domek. Przez długi czas liczyliśmy, że uciekła z domu z resztą zwierząt i zgubiła się w panice gdzieś w lesie, niestety sprzątając pogorzelisko odnalazłem jej niespalone ciało pod stertą nadpalonych ubrań, w miejscu gdzie stała szafa. Ze strachu zamiast uciec, schowała się w szafie i tam się zaczadziła, bo wyglądała jakby spała. Ona jako trzecia spoczęła na zwierzęcym cmentarzyku.
Po śmierci taty postanowiłem przygarnąć Agatę, Fionę i Shreka, choć mógłbym je przekazać komu innemu lub ostatecznie uśpić, ale nie potrafiłem tego zrobić. Agata już wiosną zachorowała, a mianowicie jej odbyt zaczął przypominać krwistego kalafiora. Początkowo próbowaliśmy to leczyć na różne sposoby, ale od razu z weterynarzem tato ustalił, że nie będą dokładać wiekowej już kocicy dodatkowych cierpień zabiegiem operacyjnym, którego skuteczność była nieprzewidywalna. Liczyłem, że choroba dość szybko ją dobije, natomiast ona znikała powoli (raz było lepiej, raz gorzej). Agata stała się dla mnie chodzącym wyrzutem sumienia!!! Z jednej strony patrzenie na to jak ją choroba wyniszcza było dobijające, a z drugiej strony nie miałem odwagi, żeby zakończyć ten stan. Do momentu choroby była moim ulubionym zwierzakiem, niezwykle mądrym, bardzo łownym i żywotnym kotem, a później ze wstydem przyznaję, że zaczęła mnie brzydzić i denerwować. Przymierzałem się kilka razy do jej uśpienia, jednak ten moment nadszedł dopiero parę dni temu (26I26). Od ponad tygodnia przestała oddawać stolec (prawdopodobnie się zniedrożniła), jadła coraz mniej i mocno wychudła, a w ostatnie dni głównie spała, choć nadal cudownie mruczała podczas głaskania. Samodzielnie ją uśpiłem za pomocą leków przyniesionych z pracy. Zasnęła spokojnie...
Zostałem z dwoma psami. Od lata uczyłem je różnych rzeczy, bo z tatą żyły zupełnie beztrosko i żadnych zasad, ale żebym mógł się nimi zająć musiały ogarnąć chodzenie na smyczy czy jakieś proste komendy. Nie było łatwo, szczególnie z Fioną, ale idziemy do przodu i wbrew obawom bezproblemowo odnalazły się w miejskiej dżungli.

sobota, 24 stycznia 2026

Memories summoner

Wczoraj była rocznica urodzin mojego taty. Korzystając z pobytu na wieśce, podjechałem w jego rodzinne strony, żeby odwiedzić bliskie mu miejsca, w których pewnie spędzał mnóstwo czasu i miał stamtąd bez liku doświadczeń oraz wspomnień. 

Dom rodzinny w Czersku Świeckim wybudował mój dziadek z gliny i słomy. Rozbudował i zmodernizował go mój wujek, który zmarł ponad 3 lata temu i od tego czasu stoi pusty. 
Niedaleko na "Pustkowiu" niszczeje dom tatowego wujka i jeszcze kilka lat minie, aż zupełnie popadnie w ruinę.
Po gospodarstwie cioci Trudy zostało kilka wiekowych drzew owocowych i rozłożysty świerk, który posadzono obok domu.
Podczas tej nostalgicznej podróży znowu naszła mnie myśl, jaki sens ma ludzka chęć posiadania? Miejsca, które wcześniej tętniły życiem wielodzietnych rodzin, gdzie każdy miał jakieś marzenia, cele, troski, ulubione rzeczy, pamiątki, dzisiaj rozpadają się w proch.
W serii komiksów o przygodach Lanfeusta z Troy, w jednej z krain żyli bogowie. Niektórzy niezwykle potężni, inni po prostu dziwni, a ich moc zależała od ... ludzi w nich wierzących. Umieszczona jest tam niezwykle wzruszająca scena, podczas której jeden z nich znika, bo właśnie umarła ostatnia osoba w niego wierzącą.
Z ludźmi jest jeszcze bardziej prozaicznie i cokolwiek znaczymy za życia, a po naszej śmierci pozostaje tylko gromadzony przez nas majątek, o który szarpią się nasi spadkobiercy, garść przedmiotów które dla nas były cenne, a dla innych to zwykłe kurzołapy, bo przecież mają SWOJE SSSSSKARBY, a te po kimś można ewentualnie spieniężyć, rozdać, wyrzucić lub zniszczyć. 
Jednostki to mały pikuś, skoro w proch sypią się całe cywilizacje albo w niepamięć odchodzą wierzenia jak chociażby słowiański panteon, który z braku pisemnego dziedzictwa jest teraz zaledwie marną rekonstrukcją.
Lubię urbex!!! Wchodzić w opuszczone przestrzenie, śmierdzące stęchlizną, gdzie kiedyś żyli czy pracowali ludzie. Lubię gromadzić artefakty i przydasie! W każdym przedmiocie jest wspomnienie lub wyobrażenie o KIMŚ kiedyś dla kogoś ważnym!

niedziela, 18 stycznia 2026

Downhill convention

Po prawie dwóch tygodniach dość sporych mrozów, kilka dni temu nastąpiła odwilż, a wraz z nią gołoledź, by znowu przymrozić. Było bajkowo, choć niebezpiecznie, a spontaniczny jednodniowy wyjazd na wieśkę skończył się wielogodzinnym czekaniem na kolei na pociąg powrotny. Jak byłem na stacji po 19tej, to pociągu z16tej jeszcze nie było, a jak wreszcie po 21 przyjechał zupełnie inny skład, to tamtego nadal ni widu ni słychu.
Od jutra zaczynam praktyki ze specki, czując lekki stres. Nie jest on związany z tym, że lękam się powinięcia nogi, niczym na ślizgawce, tylko bardziej tego, że ogarnięcie tego czasowo będzie wymagało dość sporych fikołków logistycznych, ale skoro robiło się studia na dwóch kierunkach, z często pokrywającymi się zjazdami, to co tam jakaś nauka, praca, życie na dwa domy i inne przyjemności, przez najbliższe minimum pół roku.
Choć aura za oknem wymarzona, zimowa, z mrozem szczypiącym w policzki i nos, krą spływającą Wisłą, ino zasp śnieżnych brakuje do pełni szczęścia, to psychicznie czuję jakbym zjeżdżał z górki. Może nie jest to niekontrolowany ślizg z Nosala, a raczej slalom na oślej łączce, to jednak z każdym dniem jestem coraz niżej, pomimo dorzucenia dodatkowego leku. Choć ciemna dolina jeszcze daleko, to chciałbym się już zatrzymać, a nie potrafię.

piątek, 9 stycznia 2026

Lost lives

Jestem przegrywem!!!

Czasem nachodzą mnie takie myśli, które wydaje mi się, że nie są związane ze zniżką nastroju, tylko obserwacją ludzi wokół.

Nie jest łatwo starać się żyć alternatywnie według własnych zasad, a nie tych dyktowanych przez społeczny dyskurs. Nawet jeśli masz wyjebane na ten współczesny dobrostan, to i tak znajdą się "życzliwi", którzy dziwią się wielce i dają "dobre" rady. Jednak najgorzej bywa, gdy najbliżsi starają się w dobrej wierze umeblować egzystencję.

Zdarza mi się rozmyślać jak wyglądałoby moje żyćko, gdybym na rozdrożach poszedł inną ścieżką? Został leśniczym, albo nauczycielem, założył rodzinę, gromadził dobra lub zwiedzał świat... Gdybym słuchał siebie, a nie kogoś bliskiego, bo jestem jak to pokorne cielę żrące trawsko tam gdzie pastuszek wskazuje. Krowy w stadzie upasione, ta ma lepsze korytko, inna bardziej lśniące futro, ładnej brzęczący dzwonek. Łąka pachnąca ziołami, niczego nie brakuje, brzuch pełen, słonko miło przygrzewa i choć wewnętrzy wilk wyje wzywając w leśną głuszę, to mościsz sobie kawałek obory po swojemu, bo lękasz się zmian.