czwartek, 19 września 2019

Co z tym Fafikiem?

Fafik żyje i mimo dojrzałego wieku ma się dobrze.
Zatem dlaczego nie publikuje, skoro bywa tu i tam oraz podróżuje?
Mam po prostu dylemat, gdzie te wpisy publikować.
Debiutował na tym blogu, ale z racji googlowskiej blokady przeniósł się na swoje poletko. Przez jakiś czas szło mu nieźle, a potem życie go przygniotło, wraz z nim niemoc twórcza, po nich permanentny brak czasu, a przez ten czas materiału podróżniczego uzbierała się cała masa. Nie licząc ciągłych wycieczek po kraju, za granicami zdążył zaliczyć USA, Koreę, Norwegię, Irlandię, Islandię, Maroko, Grecję.
Naturalnie powinien się udzielać u siebie, bo tam zasięgi lepsze, czytelnicy trafiają przez wyszukiwarkę, ale kusi żeby wrócił do Pancia, więc tkwi w tym zawieszeniu.

poniedziałek, 16 września 2019

Wadera

Julia jest jedną z najsilniejszych psychologicznie osób jakie znam!
Każdego mężczyznę, któremu wydaje się, że jest alfą, bardzo szybko, metodycznie i merytorycznie sprowadza do poziomu szczeniaczka, uciekającego przed jej gniewem, bądź błagającego o chwilę atencji.
 Pozując do tej sesji niezastąpionej Renacie Młynarczyk, w styczniu 2017 roku, nie widziałem kompletnie żadnej innej możliwości jak poddać się tej sile, bez prężenia muskułów, wciągania brzucha, wojny płci, z boleśnie skurczonym siurem.

poniedziałek, 9 września 2019

Drugie spotkanie z B.

Na temat pierwszej sesji z M. rozpisywałem się w tym miejscu.
Okazało się, że mamy podobny zmysł estetyczny, co poskutkowało kolejnymi spotkaniami, przegadanymi wieloma godzinami, litrami przelanego alkoholu oraz niezliczoną ilością wspaniałych kadrów, czy całych projektów
 Kolejny raz spotkaliśmy się jeszcze przy okazji Ofeliona, w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego. Zdjęcie, które wtedy powstało, podwójnie wyłamuje się ze ściśle założonych reguł. Po pierwsze zamiast pełnej sylwetki, kadr został ucięty gdzieś w okolicach kolan, a po drugie pojawia się tam cień tajemniczej kobiety. Po latach mogę napisać, że jest nią Izabela Kozłowska, z którą M. umówił się wtedy na sesję, w towarzystwie wielkiego, pluszowego misia.
Pełnosesyjne, drugie spotkanie nastąpiło w lutym 2014 roku.
Pojechaliśmy w to samo miejsce co poprzednio i wbrew leżącym połaciom śniegu, nie było tak kurewsko zimno jak w listopadzie. Bezwietrznie, temperatura około zera, idealnie na zdjęciowe rozbieranki.
No dobra!!!
Czerwone końcówki naszych ciał, bo tradycyjnie partnerowałem Pauli, pokazują że odrobinę idealizuję warunki meteorologiczne.
Co jednak nie przeszkadzało nam w dobrej zabawie.

sobota, 7 września 2019

Pomorzanin Reaktywacja

Nie jestem rodowitym bydgoszczaninem, ale moja pamięć ma kilka flashbacków, że w młodości bywałem w kinach "Adria", "Orzeł" oraz "Pomorzanin" i właśnie to ostatnie robiło na mnie największe wrażenie, dzięki wyłożonemu marmurami oraz lustrami holu, charakterystycznym kasom biletowym, olbrzymiej sali z wielkim balkonem. Wewnątrz unosił  się zapach kurzu i stęchlizny, a fotele skrzypiały niemiłosiernie.
Gdy sprowadziłem się do miasta nad Brdą, dwa pierwsze rzęziły ostatkiem sił, na filmy chodziło się do Multikina, a Pomorzanin przez chwilę funkcjonował jako bazar, by później zamknąć swoje gościnne progi na wiele długich lat.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy podczas afterparty pierwszego bydgoskiego Marszu Równości, odbywającego się właśnie w Pomorzaninie dowiedziałem się, że wraca on na lokalną mapę kulturalną, a palce w tym przedsięwzięciu macza QueerPop. Na chwilę obecną odbywają się tam tylko okolicznościowe wydarzenia, ponieważ miejsce jest mocno zaniedbane i wymaga generalnego remontu.
foto by Dariusz Gackowski
03.09.2019 roku miała tutaj miejsce repremiera filmu "Sąsiedzi". Obraz opowiada o bydgoskiej krwawej niedzieli, czyli dywersyjnych działaniach mniejszości niemieckiej w dniach 3-4 września 1939 roku. Swoją premierę właśnie w Pomorzaninie miał 03.09.1969.
Kibicuję mocno reaktywacji Pomorzanina, bo to miejsce z duszą oraz olbrzymim potencjałem i sądząc po tym co się obecnie tutaj dzieje, miejsce to stanie się moim ulubionym w Bydgoszczy.

środa, 21 sierpnia 2019

Invidious City

Przymusowa zmiana formy wypoczynku ze śródziemnomorskich plaż na rodzinną łąkę, skutkowała prawie dwutygodniowym oderwaniem (z chwilowymi wyskokami) od cywilizacji oraz dużych skupisk ludzkich, co spowodowało pogłębienie niechęci do tychże.
Praktycznie przez cały ten okres, kompletnie obce były mi uczucia zirytowania, złości, niechęci itp.
Wystarczyła jednak dosłownie dwugodzinna podróż z wieśki do miasta, pokonanie 60 km pociągiem oraz 12 km rowerem, żeby poczuć się siedem razy źle dzięki:
- zajadle ujadającemu mikrokundlowi na peronie,
- parce zjebów namiętnie kopiących permanentnie otwierające się drzwi, zamiast poprosić rezydującą trzy metry od nich obsługę pociągu o ich zablokowanie,
- uczynnemu pomocnikowi powyższych, który kwitując "jestem z kolei" na własną rękę próbował wrota zamknąć, co gówno pomogło,
- młodzikowi bez kondycji, który starał się ze mną ścigać na rowerze bez wzajemności,
- ślepej babie idącej środkiem ścieżki rowerowej, dostającej prawie zawału, bo przecież celowo próbowałem ją rozjechać,
- kolejnemu szczylowi na rowerze, który zamiast skupić się na prawidłowej jeździe rowerem, napierdalał wężyki patrząc pod koła żeby się nie wyjebać,
- piratowi drogowemu wymuszającemu autem pierwszeństwo na skrzyżowaniu...
ŻEGNAJ URLOPIE!
WITAJ ZNIENAWIDZONE MIASTO!

Przez te dwa tygodnie nie oszczędzałem wątroby oraz innych narządów wewnętrznych, a zainspirowany weekendowymi gośćmi, postanowiłem stworzyć pierwszy autorski koktajl, który pod wpływem powyższych emocji nazwałem INVIDIOUS CITY.
Do przygotowania potrzeba:
50 ml Bacardi
10 ml Martini Bitter
niewielka kiść jarzębiny
gałązka mięty
łyżeczka miodu gryczanego
kilka ziaren pieprzu
sok pomarańczowy w ramach dopełniacza
Jarzębinę, miętę, pieprz ugniatamy w moździerzu, dodajemy resztę, mieszamy, ozdabiamy i możemy się delektować.

wtorek, 13 sierpnia 2019

FotoBajoro

Według Słownika Języka Polskiego PWN, bajoro to potocznie «zarośnięty staw, błotnista kałuża itp.»
Wypoczywając na urlopie, w głowie kłębią się tysiące myśli, bądź hula wiatr pod czaszki sklepieniem.
Proza dnia zeszła na dalszy plan, więc myślotropy prowadzą również w rejony fotografii.
Z góry zaznaczam, że są one mocno subiektywne, pisane z perspektywy własnej kałuży, zatem obarczone sporym błędem poznawczym i wyrwane z kontekstu mogą być mylnie interpretowane.
No więc kminię sobie na tym chwilowym bezrobociu oraz fotograficznej emeryturze ogłoszonej ponad rok temu, coraz bardziej umacniając się w słuszności tej decyzji. Odcięty od masturbackich fanpejdży licznych znajomych, grup fotograficznych, czy wszelkiej maści instastory, gdzie szczątkowym źródłem obrazowych bodźców został zdegenerowany maxmodels, dochodzę do wniosku zmultiplikowanego pożerania własnego gówna przez leszcze, które uparcie próbują pływać w tej brei.
Wgryzając się głębiej w grube pokłady mułu, zakładam że pierwotny problem nie wynika z wszechobecnej wtórności, która w sztuce już dawno została udowodniona. Prawdziwym problemem jest brak nowych nośników, za pomocą których ta wtórność mogłaby na chwilę nabrać świeżych barw.
Ile jeszcze można jarać się obłędnymi kolorami przeterminowanych filmów, bo już nie produkowanych Fuji czy Kodaków, retronostalgią reaktywowanego z miernym skutkiem Polaroida czy vintage'owym urokiem ponadstuletnich technik fotograficznych?
Jeszcze jest fotografia cyfrowa, czyli milion możliwości, których większość i tak nie potrafi spożytkować. 
JAŚNIEJ-click-CIEMNIEJ-click-KOLOR-click-B&W-click...
Tekstura taka, śmaka i owaka...
W fotografii, jak w malarstwie, wszystko głównie kręci się wokół technik, natomiast tematyka jest sprawą drugorzędną i wtórną. Można zostać MISTRZEM danej techniki, bywają WIRTUOZI tematyki, natomiast i tak większość to zwykłe płotki, które zżynają od nich oficjalnie (na warsztatach) lub nieoficjalnie (internet, wystawy, albumy).
Fotografia dotarła do takiego punktu, gdzie brak nowych akwenów stricte technologicznych, powoduje geometrycznie spadającą jakość artystowskich wypocin.
Akceptuję jeżeli TWÓRCA czerpie ze swojej pracy czystą satysfakcję, nie dopisując żadnego troloideolo, ani nie bije sztucznej piany w poszukiwaniu poklasku, stając się zwyczajnym tfurcą bez krzty polotu.
Wpis sponsoruje czysta wódka, zagryzana słoniną na łonie natury, z ptasimi trelami, igraszkami oraz opowiadaniami w tle.
 Szukając dla siebie miejsca w tym bajorze, obsadziłbym się w roli wymierającego żółwia błotnego, zamkniętego we własnej skorupie, nie nadążającego za pędzącym światem.

piątek, 2 sierpnia 2019

DayPressOff

Zaczynam pierwszy, długi urlop od czterech lat.
Nie wiem czy się odnajdę w tym luksusie.
Miały być chorwackie tropiki, ale z racji szeroko zakrojonego programu + będzie krajowa sielanka, bo wszystkie oszczędności przeznaczone na cel pierwotny przejęło Państwo.
Od bloggera również przerwa, choć znając życie prawdopodobnie zdarzy mi się wrzucić jakiś wakacyjny pościk.