środa, 14 marca 2018

Lomography

W ostatnim czasie, wędrując po grupach poświęconych fotografii analogowej oraz patrząc na zdjęcia znajomych fotografów, zaobserwowałem wzrost zainteresowania lomografią. Zresztą w fotografii modowej, również zaczyna ona odgrywać ważną rolę, przykład Terry'ego Richardsona czy okładka pierwszego numeru polskiego Vouge
Na czym to polega? Bierzesz stary, chujowy aparat kompaktowy, czyli taki masowej produkcji, który posiadał każdy zanim wyparła je "telefonografia" i cykasz foty. Bez większego ładu i składu, liczy się uchwycenie chwili ulotnej. To tak w wielkim uproszczeniu.
Mi się bardzo podoba ten nurt. Jest jak pop-art lub dadaizm i udowadnia, że artystą (w tym wypadku fotografem) może być każdy.
Od zawsze uważam, że na dobrą fotografię składają się:
- pomysł,
- współtwórcy (jeżeli takowi są), 
- sprzęt,
- szczęście,
- talent,
- mecenat,
- wiedza.
Właśnie w tej kolejności.
Lomografia wyrównuje szanse. 
Jak wspomniałem skupia się ona na chwili, więc najczęściej będzie wycieczkowo-imprezowa, zatem głównie widoczki i ludzie. Można coś tam zaaranżować, ale wiele zależy kto jest na fotce oraz co tam czyni.
Problem sprzętu odpada, więc nie ma "prężenia muskułów", kto ma większą matrycę, jaśniejszy obiektyw, który pięknie maluje i ma odjechane bokehy.
Szczęście się ma, albo nie, ale głównie los nim zarządza.
Talent podobno jest pomnażalny, jeśli ma się sporo samozaparcia.
O mecenat też można się postarać, ale to znowu zależy od samozaparcia i szczęścia.
Wiedza jest powszechnie dostępna.
W lomografii bez zajebistego SPRZĘTU, który najczęściej jest w chuj drogi, a zauważcie że umieściłem go na trzeciej pozycji wyróżniającej dobrą fotografię, łatwiej zdobyć szczyt!
Z fotografią analogową jestem oswojony od urodzenia. Mój tato miał na nią zajawkę, jak i na wiele innych rzeczy, więc cykał foty nałogowo. W naszym rodzinnym M3 posiadał warsztato-ciemnię, gdzie sobie sam filmy wywoływał, a z nich produkował odbitki.
Uwielbiałem siedzieć z nim w ciasnej kanciapie, oświetlonej pomalowaną na czerwono żarówką i podziwiać magię analoga.
W klasie siódmej szkoły podstawowej, podarował mi mój pierwszy aparat - Smiena 8, załadował do niego czarnobiały film ORWO i na koniec krótko wyjaśnił jego obsługę. Tak uzbrojony pierwszy raz pojechałem do Zakopanego razem z wycieczką szkolną.
Był maj 1991 roku.
Z 36 klatkowego filmu wyszły 22 kadry, na których widać coś sensownego. Reszta prześwietlona, niedoświetlona, albo jebnięta przypadkiem.
Zaprezentowałem je tutaj wszystkie, w kolejności powstawania, pomijając te których nie jestem autorem (znaczy się pojawiłem się na nich).
Później dziedziczyłem po tatuśku jego kolejne aparaty, gdy on dorabiał się nowych, które były nieodłącznymi towarzyszami moich podróży.
Paradoksalnie odechciało mi się fotografować odkąd dostałem pierwszą cyfrę.
Od jakiś dwóch lat gdybam mniej lub bardziej głośno, że chciałbym wrócić do fotografowania w wersji lomo.
Kusi coraz bardziej...

wtorek, 13 marca 2018

Trendseterek

Żeby nie było, że wrzucam tutaj same wspominkowe starocie. Jakbym tak robił, to wszystkie nowe rzeczy, które regularnie powstają, automatycznie stawałyby się przestarzałe.
Tak wiem, nie zaczyna się zdania od żeby, ale w tym przypadku to celowy zabieg stylistyczny. Tak jak celowo bawię się własnym wizerunkiem.
Najprościej zmienić wygląd kombinując cokolwiek z owłosieniem - zmiana uczesania, długości i koloru włosów, a także zarostu na twarzy (mężczyźni i niektóre kobiety mają ten "luksus" posiadania takowego). Kłaki mają tendencję do odrastania, co daje spore pole manewru, choć wymaga to czasu.
Większość ludzi ma odwrotny stosunek do swojego wyglądu. Mówi się, że nie należy oceniać książki po okładce, a jednak mniej lub bardziej nieświadomie to właśnie robimy. Jak już znajdziemy jakiś klucz do tego żeby prezentować się ładnie, to stosujemy go aż do znalezienia kolejnego. To samo dzieje się w postrzeganiu innych. Ludź ma prezentować się ładnie oraz schludnie, bo jak nie to pewnie jest przygłupi lub biedny, a do pomiaru urody, niestety często używamy kodu modowego. Modne automatycznie staje się ładne, a że moda zmienną jest, to również zmieniają się kanony piękna.
Odkąd na kark wskoczyła mi czterdziestka, czyli od jakiegoś roku, nosiłem się z zamiarem nostalgicznego powrotu w wyglądzie, do czasów wczesnej młodości. 
Co prawda polska rzeczywistość była wtedy szara, bura i ponura oraz mocno skrzeczała, ale za to na świecie kolorowo, neonowo, a także krzykliwie, we współczesnej ocenie kiczowato.
Problem w tym, że jestem koneserem kiczu. Wychowałem się na machinowych felietonach Maurycego Gomulickiego, gdzie on wielbił kicz w każdej postaci.
W latach osiemdziesiątych modna była fryzura na "czeskiego piłkarza", czyli z przodu krótko, z tyłu długi dywan, zwany plerezą, a do tego wąs. Kiedy to uczesanie wyszło z mody, stało się do teraz synonimem megakiczu. Ktokolwiek tak by się obciął, automatycznie wystawiłby się na społeczne pośmiewisko.
Ja z kolei czekam, aż z mody wyjdzie królująca od paru lat na ulicach fryzura a la "worek na śmieci" i jej modyfikacje oraz zadbany zarost na miejskiego drwala. Nie dlatego, że źle to wygląda, tylko dlatego że nie jestem w stanie odróżnić ludzi, prezentujących się jakby zeszli z taśmy produkcyjnej.
Pod koniec zeszłego roku zgadałem się z Jackiem Rybackim, jednym z najlepszych obecnie polskich fryzjerów, że na wiosnę ostrzyże mnie na Limalha, natomiast pod koniec lutego pojawiła się perspektywa zrobienia tego na pokazie fryzjerskim, prezentującym najnowsze trendy fryzjerskie na nadchodzący sezon.

Ode mnie wyszedł pomysł na fryzurę, bo oprócz własnych spaczonych preferencji, widać tendencję powrotu w modzie do wspomnianego, wyśmiewanego dziesięciolecia. Ludzie widocznie znowu pragną być barwnymi ptakami
Z kolei Jacek zaproponował kolor, który właśnie znalazł się w palecie L'Oreal Professionnel, nazwany jakże oryginalnie #colorful yellow.
Powiem szczerze, że jak mi go podesłał w propozycji, to aż jęknąłem... niekoniecznie z zachwytu. Obecnie kojarzy się on z nieprofesjonalnym rozjaśnianiem włosów i prawdopodobnie każdy kto miał do czynienia z koloryzacją, spotkał się z takim zjawiskiem, złośliwie nazywanym "kaczyną".

Na początku marca udałem się do jackowego salonu celem nałożenia farby i dopiero po tym fakcie zakochałem się w tym kolorze włosów.
Pomijam fakt, że koloryzacji poddają się głównie kobiety, bo przecież to takie niemęskie farbować sobie włosy, ale jak wspomniałem yellow hair = brak profesjonalizmu. Można nosić bordo, fuksje, turkusy... jednak AMARILLO NO PASARAN!!!
WHY???!!!
Na pokazie Look&Learn Color Addict, który odbył się siódmego marca w sopockim Sheratonie, moje wejście spotkało się z aplauzem. Nie wnikam czy tak żywa reakcja nastąpiła w wyniku szoku czy akceptacji, ale parafrazując Madonnę grunt, że została zauważona.

Miło było przypomnieć sobie po latach, jak się hasa po wybiegu.
Stylizowała i malowała Paulina Nowacka-Bylica.
Koordynowała Weronika Jegorow.
Jestem ciekawy czy ulica ten trend kupi?
Uważam, że jak najbardziej TAK. Może nie w aż tak odjechanym stylu, bo tutaj nastąpiła świadoma zabawa kiczem, łącząca wyśmiewaną dotychczas fryzurę z "nieudaną" koloryzacją.
Twierdzę wręcz, że taki styl pasuje do obecnych czasów!
kaczyna + look na lata '80 = KACZYZM

wtorek, 6 marca 2018

Ciało, światło, zmysły

Zbigniew Brzeziński zagadał do mnie gdzieś na początku 2016 roku, że chciałby zrobić serię zdjęć, gdzie motywem miało być ciało w detalach, które docelowo pragnąłby pokazać na wystawie.
Myślę sobie - wariat! Bez portfolio, zawraca mi dupę, żeby fotografować detale, nie chcąc jak większość portretów, stylizacji, streetów czy innych aktów. Jak zwykle w takich przypadkach, bardzo uprzejmie go olewałem, jednak on również bardzo uprzejmie co jakiś czas się przypominał.
Pod koniec sierpnia udało mi się znaleźć odrobinę wolnego, takiego tylko dla siebie. Zazwyczaj prawie całość takiego czasu poświęcam na wyjazdy stricte fotograficzne, minimalną część zostawiam na wizyty rodzinne i zaledwie promil zostaje na prawdziwy relaks. Tym razem postanowiłem jechać znowu do Chałup, które bardzo lubię i wracam tam z przyjemnością. Słońce, morze, rozgrzany piasek i spacery wśród wydm. Raj!
No i dzwoni znowu ten Zbyszek, więc mówię mu że akurat wypoczyn na Helu, a on że jest w Rumi. Nie miałem sumienia znowu go spławiać, skoro był już tak blisko, a na co dzień mieszka w Łomży. W sumie takie "detaliczne" pozowanie, to nie pozowanie, więc jak chce niech wpada.
Poniżej efekt jego pstrykania i mojego leżenia, który pokazywany był również, po raz drugi we wspomnianej Rumii.
Z wielką przyjemnością pragnę zaprosić Was na trzecią odsłonę tej wystawy. Tym razem odbędzie się ona 7 marca w Kolneńskim Ośrodku Kultury i Sportu.




Nie byłbym sobą, gdybym mając na podorędziu fotografa nad wodą, nie naciągnął go w ramach transakcji wiązanej na ofelionowe historie.

czwartek, 1 marca 2018

Od plażingu do modelingu

O mojej znajomości z fotografem z Łodzi Ryśkiem Łucyszynem, dzięki któremu zacząłem przygodę z modelingiem, pisałem przy okazji tych wspomnień. Dwa akty jego autorstwa, które bardzo lubię, znalazły się w tym wpisie. Właściwie nie bardzo mam co dodać do tamtych tekstów. Może jedynie tyle, że z racji tego iż specjalizował się w akcie męskim, nauczył mnie jak pracować ciałem i mięśniami, żeby ładnie prezentowały się na zdjęciach.

Pokazywane tutaj sesje pochodzą z naszych dwóch pierwszych spotkań. Plażowego oraz w jego maleńkim studio, zaaranżowanym w mieszkaniu na ostatnim piętrze łódzkiego bloku.


Drugą umiejętnością, którą zyskałem dzięki pracy z nim, jest prawidłowe ustawianie się do światła. Uważam, że Rysiek był mistrzem światłocienia. Potrafił ustawiać je długie minuty, tam zdjął, tu dodał, coś tam przestawił, zanim sam był zadowolony z uzyskanego efektu. Podczas tej mozolnej pracy, obserwowałem jak układa się ono na ciele.
Choć model(ka) nie ma bezpośredniego wglądu w powstający kadr, powinna znać chociaż podstawy umiejętnej prezencji, czyli czuć swoje ciało oraz światło, a także pokazać odpowiednie emocje.
Poniższe dwa zdjęcia, nie bez powodu kojarzą się z pewnym filmem.


W kwestii zaprezentowanych tutaj stylizacji są one oczywiście moje własne, co pokazuje że właściwie od zawsze nie ubierałem się do końca normalnie.

Natomiast na poniższym portrecie dokładnie widać, że jestem... krzywy. Obecnie mniej więcej jestem w stanie tą asymetrię skorygować do zdjęć, natomiast lubię jak fotograf mi o tym fakcie przypomina, albo dokładnie mnie do zdjęcia ustawia.