Po prawie dwóch tygodniach dość sporych mrozów, kilka dni temu nastąpiła odwilż, a wraz z nią gołoledź, by znowu przymrozić. Było bajkowo, choć niebezpiecznie, a spontaniczny jednodniowy wyjazd na wieśkę skończył się wielogodzinnym czekaniem na kolei na pociąg powrotny. Jak byłem na stacji po 19tej, to pociągu z16tej jeszcze nie było, a jak wreszcie po 21 przyjechał zupełnie inny skład, to tamtego nadal ni widu ni słychu.
Od jutra zaczynam praktyki ze specki, czując lekki stres. Nie jest on związany z tym, że lękam się powinięcia nogi, niczym na ślizgawce, tylko bardziej tego, że ogarnięcie tego czasowo będzie wymagało dość sporych fikołków logistycznych, ale skoro robiło się studia na dwóch kierunkach, z często pokrywającymi się zjazdami, to co tam jakaś nauka, praca, życie na dwa domy i inne przyjemności, przez najbliższe minimum pół roku.
Choć aura za oknem wymarzona, zimowa, z mrozem szczypiącym w policzki i nos, krą spływającą Wisłą, ino zasp śnieżnych brakuje do pełni szczęścia, to psychicznie czuję jakbym zjeżdżał z górki. Może nie jest to niekontrolowany ślizg z Nosala, a raczej slalom na oślej łączce, to jednak z każdym dniem jestem coraz niżej, pomimo dorzucenia dodatkowego leku. Choć ciemna dolina jeszcze daleko, to chciałbym się już zatrzymać, a nie potrafię.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz